To może ja też dorzuce swoje trzy groszę i przekażę moje odczucia z American Film Festival. Cieszy mnie bardzo, że Roman Gutek i jego ekipa postanowili otworzyć się na nieco inną publiczność niż ta, która co roku gości na Erze Nowe Horyzonty. Postawili na dużą różnorodność filmów, dzięki której każdy w miarę możliwości mógł znaleźć coś dla siebie – od amerykańskiej niszy po klasykę z Hollywoodzkiego mainstreamu. To jedyny chyba taki festiwal, na którym w jednej sali oglądać mogliśmy często bardzo eksperymentalne kino z Sundance, a w następnej taką kwitesencję Fabryki Snów jaką jest adaptacja prozy Margaret Mitchell „Przeminęło z wiatrem”. Ja, po troszę ze względu na brak czasu, po troszę także ze względu na pewne braki jeśli chodzi o klasyczny repertuar postanowiłem obejrzeć parę staroci, które nie zawiodły. Ale po kolei.

W pierwszy dzień festiwalu, środę, wybrałem się na „Zakochanego bez pamięci” oraz „Dziecko Rosemary„. I co tu dużo mówić dwukrotnie wychodziłem z kina z poczuciem pełnej satysfakcji. Charlie Kaufmann po raz kolejny pokazał, że jest scenarzystą niezawodnym tworząc najbardziej oryginalną i prawdziwą komedię romantyczną dekady z godnymi wszelkich pochwał rolami Kate Winslet i przede wszystkim skutecznie zostawiającego za sobą swoje komediowe emploi Jima Carreya. Z kolei klasyk Romana Polańskiego widać, że jest filmem z zupełnie innej epoki. Nie jest to jednak wada, acz zaleta filmu, który swoją atmosferą i klasutrofobicznym klimatem powala. Dodatkowo dostajemy popisowe aktorstwo ekscentrycznej Ruth Gordon, a zwłaszcza Mii Farrow, której rola jest po prostu niezapomniana.

Po dniu przerwy kolejnym dniem AFF był dla mnie piątek, kiedy to obejrzałem „Butch Cassidy i Sundance Kida George’a Roy Hill oraz „Pół żartem, pół serio Billy’ego Wildera. Można powiedzieć satysfakcja gwarantowana i rzeczywiście znowu się nie zawiodłem. Western Hilla to znakomita rozrywka ze wspaniałymi rolami Paula Newmana Roberta Redforda, których porozumienie na ekranie widać nieomal w każdym geście. Dodatkowo słynna piosenka „Raindrops keep falling on my head„. „Pół żartem, pół serio” to z kolei mistrzowska farsa Wildera z iście szekspirowskim widaniu. Wszak to właśnie klasyk brytyjskiego dramatu jako jeden z pierwszych wprowadził do sztuki element przebierania się, zmiany płci. Wilder wykorzystał ten motyw w celach czysto komediowych i wyszło mu wyśmienicie. Stworzył komedię wszechczasów z wybitnymi kreacjami Lemmona, Curtisa i Monroe, a film zapisał się w historii także dzięki ostatniej scenie ze słynnym „Nobody’s perfect„.

Intensywne zamknięcie festiwalu przyszło w niedzielę, kiedy to obejrzałem 4 filmy. Rozpocząłem „Bonnie and Clyde„, bardzo solidnym filmem gangsterskim ze słynnimi rolami Warrena Beattie i Faye Dunaway, z których jednak tylko ta drugą się rzeczywiście kapitalnie wybroniła przed próbą czasu. Aktorstwo Beattiego wygląda już nieco mniej okazale. Natomiast niezrównany popis dała młodziutka Jennifer Lawrence w drugim filmie tego dnia – „Do szpiku kości„. Obraz ten, który wygrał nagrodę publiczności, to z jednej strony świetne formalnie rzemiosło, z drugiej kapitalnie rozpisana historia, która nie wpada w schemat ani histeryczne przerysowanie. Debra Granik tworzy wstrzasający obraz społeczności zamieszkującej okolice lasów Missouri, którą musi poznać główna bohaterka, aby uratować swoją bezradną rodzinę przed utratą domu – rewelacja! Potem przyszła kolej na największy klasyk – „Obywatela Kane’a” w reżyserii Orsona Wellesa. Film, uznawany przez wielu za największe osiągnięcie w historii amerykańskiej kinematografii, rzeczywiście jest dowodem jak wielkim Welles był artystą. Wszak w debiucie – aktorskim, reżyserkim i scenariuszowym – stworzył nie tylko wielką kreacją, ale także potrafił utrzymać epicki rozmach opowieści o człowieku, który wyprzedził i przerósł swoje czasy. Wystarczy kilka ujęć, by stwierdzić, jak niesamowite wyczucie kamery miał Welles. Na sam koniec zostawiłem sobie prostą rozrywkę w postaci „Scotta Pilgrima kontra świat” i nie zawiodłem się. Film był nie tylko zabawny, ale także formalnie pomysłowy i bardzo solidnie zagrany.

Szkoda by było, gdyby AFF nie przyjął się w kalendarzu filmowym naszego kraju. Patrząc na termin miałem co do tego obawy. Jednak moje przewidywania nie sprawdziły się. Publiczność wrocławska jak zwykle nie zawiodła, a Roman Gutek już zapowiedział drugą edycję. Więc do zobaczenia za rok!