Wrocław z roku na rok wyrasta Nam na najbardziej filmowe miasto w Polsce. Od kilku dobrych lat jesteśmy gospodarzem Ery Nowe Horyzonty Romana Gutka – bezsprzecznie największego festivalu filmowego w Polsce. Na tym jednak Gutek nie poprzestał i w tym roku debiutuje u Nas swoim nowym projektem – ‚American Film Festival’. Idea festivalu jest prosta – odkłamac mainstreamowy wizerunek kina z Ameryki. To, że Hollywood może pozwolic sobie na wydawanie popcornowych blockbusterów jeden po drugim, wcale nie świadczy, że nie jest zdolne do produkowania i  promowania filmów niszowych, których Europa i reszta świata może im pozazdroscic. Kino europejskie jest dobre, a często bardzo dobre, co nie zmienia jednak faktu, że koniec konców to ostatnie zdanie zawsze należy do kina amerykańskiego.  Niech zatem wszyscy hejterzy Ameryki porzucą nadzieje, bo to właśnie Ameryka  jest kolebką kina i zarazem najwiekszym mecenasem X muzy. Roman Gutek jest znany z tego, że sprowadza do Polski dużo kina autorskiego, przecierajac tym samym nowe szlaki w sposobie dystrybucji filmów w Polsce. I to właśnie on jest odpowiednią osobą, która może oswając widza z kinem autorskim zaa Oceanu.  Festival ma kilka różnych sekcji, ale całośc mozna podzielic na 4 filary.

1-      Kino autorskie z Ameryki, produkcje festiwalowe, dokumenty etc

2-      Wielkie klasyki XX wieku

3-      Premierowo wysoko cenione filmy komercyjne

4-      Retrospektywa ( w tym roku John Cassavetes)

Organizacja festiwalu była na pięc. Cały Helios był obrandowany w barwy imprezy, prózno szukac było plakatu z typowego repertuaru kina, nie było żadnego zamiesznia, kolejek oraz partactwa. Ale  najbardziej spodobało mi się nowatorskie rozwiązanie jakim było wycofanie na czas festiwalu popcornu ze sprzedaży. Nie było wiec zadnego jedzenia i ,idącego za tym, syfu w kinie. Wielki szacunek za takie posuniecie.  Co do frekwencji to było imponująco dobrze jak na debiut nowej marki – nawet podczas porannych seansów była zawsze ponad połowa sali na każdym filmie, nie mówiac o wieczorach, gdzie czasami nie było biletów na kilka dni wcześniej.

Przejdźmy zatem do tego co udało mi się obejrzec ( wybór jest subiektywny, obejrzałem tyle na ile starczyło mi sił, zmaganie się z chorobą podczas festiwalu zdecydowanie nie pomogło). Naliczyłem 14 filmów, ale nie o wszystkich będe pisał. Tym razem zastosuje nową formułe i opiszę filmy w sposób skrótowo-esencjonalny.

Aż po grób – jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego festiwalu. Spodziewałem się przyzwoitego filmu, a otrzymałem zdecydowanie coś więcej.  Prosta, ale opowiedziana z wielkim smakiem, historia człowieka, który urządza swój pogrzeb za życia. Charyzmatyczne i zabawne postaci stworzone przez Roberta Duvalla i Billa Murray’a dodają tej produkcji dużej klasy i naturalności. Dodatkowo wszystko przyozdobione klimatycznymi zdjęciami oraz nastrojową muzyką Jana Kaczmarka.

Skandalista George Lucas -dokument o nerdach i geekach wytkających Lucasowi, jak to rzekomo zepsuł on uniwersum Gwiezdnych Wojen, tracąc tym samym status ich Boga. W filmie jest tyle Lucasa, co kot napłakał i to zawsze z materiałów archiwalnych ( sam Lucas nie przyłożył ręki do tego filmu), a całe 100 minut tej projekcji to zlepki rozmów nerdów, wrzuty fanoskich filmików z YouTube’a oraz spora dawka nudnego bełkotu. Z tego wszystkiego wychodzi mało merytoryczny dokument.  Duże rozczarowanie

Dwóch Esobarów  – dokument przedstawiający wzajemny wpływ na siebie historii Pablo Escobara oraz Andres Escobara. Ten pierwszy to największy w historii przestępczosci zorganizowanej producent kokainy, a zarazem najbogatszy gangster świata. Ten drugi to kolumbijski piłkarz, który na Mundialu w 1994 strzelił gola samobójczego w wyniku czego został bestialsko zamorodowany po powrocie do kraju. Film to niezwykły i do bólu przejmujący. Reżyser narracyjnie tak przeplata historie tych dwóch sylwetek, że ogląda się to siędzac na krawędzi krzesła. Tłem filmu jest ostra jak brzytwa analiza przemian społecznych w Kolumbii na przestrzeni lat. Pikanterii dodaje fenomenalnie skomponowana muzyka oraz bogactwo materiałów archiwalnych zaprezentowanych w filmie. Ze wszystkich festiwalowych filmów to własnie ten zrobił na mnie największe wrażenie. Jestem przekonany, że będzie to główny faworyt do tegorocznego wyścigu oscarowego w swojej kategorii. Film wygrał na ‚American Film Festiwal’ nagrodę publiczności.

‚Synekdocha Nowy York’ – debiut reżyserski Charliego Kaufmana, scenarzysty takich filmów jak ‚Byc jak John Malkovich’ czy ‚Adaptacja’. W roli głównej Phillip Seymour Hoffman. Motyw przewodni filmu – główny bohater, scenarzysta teatralny, chce stworzyc sztukę imitująca codziennie życie. Film to przedziwny – ma naprawdę dobre pierwsze 30 minut, wpisanych jest w niego dużo ciekawych i nowatorskich pomysłów, ale koniec konców wszystko to jest wysoko niestrawne. Fabuła zadręcza widza wszechobecną dłużyzną, nudą oraz bólem siedzenia przez ponad 2 godziny w fotelu kinowym. Propozycja dla ascetów, którzy z powodzeniem mogą zastąpic rytualne wieczorne bicie się pasem z klamrą po plecach na coś boleśniejszego – Synekdoche.

‚Do szpiku kości’ – zwyciężca tegorocznego festiwalu Sundance w Toronto. Film to niełatwy. Mamy w nim do czynienia z rustykalnym zadupiem USA, dużą ilością patologii na metr kwadratowy oraz z surowym realizmem. Ogląda się to nieźle z powodu świetnego aktorstwa oraz inteligentnej oszczędności formy na rzecz treści. Przejmująca historia uderza w widza, który ma szansę emocjonego zaangażowania się w nią. Jeden z lepszych filmów festiwalu, choc nie powala, mimo statusu championa z Sundance.

‚Obywatel Kane’ – ten film otworzył dla mnie festiwal i był to start z grubej rury. Filmu nie trzeba przedstawiac bo do dziś uważany jest przez wiele źródeł za ‚film wszechczasów’, który zmienił kino. I dużo w tym prawdy bo ogląda się ‚Obywatela’ znakomicie, widzącym tym samym jak wiele film wniósł do kina. To Klasyka przez duże K. I to ten rodzaj klasyki, który nie jest znany z tego, że jest znany i szanowany. To ten rodzaj, który się ogląda i podziwia, jak silne kino było na długo przed naszym przyjściem na ten świat.

‚Ty i ja i wszyscy, których znamy’ – ogromny powiew świeżości. Zabawny, inteligentny oraz uroczy film. Mała produkcja zrobiona z ogromnym wyczuciem i balansem dramatu i komedii. Film składa się z 3 historii, które w finale łączą się w całośc. Zagrany przez praktycznie nikomu nie znanych aktorów w sposób, jakiego nie powstydzili się najlepsi. A scenę finałową była tak magiczna, że zapamiętam ją do końca życia.

Fantastyczny Pan Lis’ – bajka Wesa Andersona wykonana w technice poklatkowej opowiadająca o rodzinie Pana Lisa i jego problemach wieku średniego. Niby to bajka, ale jako dziecko czułbym się co najmniej dziwnie ją ogladajac. Dlaczego? Dialogi są tutaj nacechowane dużej klasy błyskotliwością oraz inteligencją, a całosc klimatycznie ocieka czymś czego jeszcze w bajkach nie było. Smiechu jest co niemiara, a głosów podkladają takie osobistosci jak chocby George Clooney, Meryl  Streep czy Bill Murray. Film zresztą w tym roku walczył o kilka oskarów. Brawo za oryginalnosc!

Zabójca we mnie’ – najgorszy film festiwalu. Nie wiem jakim cudem przeszło to selekcję do programu i zostało zatwierdzone przez Gutka. Pseudo-noir w wykonaniu Casey Afflecka, Jessiki Alby i Kate Hudson to idiotyczny, starający się byc czyms innym niz jest, film. Ani to rasowy kryminał, ani to dramat, ani to film porno. Fabularnie to nawet nie ma o czym pisac, a co do reszty to niech również pozostanie milczeniem. Zdecydownie NIE polecam

‚Wyjście przez sklep z pamiątkami’ – dokument o enigmatycznym street artyście Banksy’m opowiedziany przez pryzmat kamery francuza, którego pasja życia, a zarazem nieuleczalnym nałogiem jest filmowanie całego swojego życia symulatanicznie z jego z tym jak ono trwa. Film to bardzo niebanalny, bo oprócz pokazania historii zwariowanego francuza, jest zarazem pierwszym prawdziwym dokumentem o sztucze XXI wieku, czyli street-artcie. Przeciekawy film, o jeszcze ciekawszych ludziach. Pierwsza liga w repertuarze całego festiwalu.

‚Człowiek, którego nie było’ – bracia Coen i czarny kryminał. Billy Bob Thorton wypowiada w tym filmie kilkanaście zdań, James Gandolfini ponownie ze smakiem je obiad, a cała reszta koncertowo im wtóruje. Czarno-biała stylistyką jesczce bardziej odrealnia klimat całości. I jak to u braci Coen, jednych znudzą, innych zahipnotyzują. Należe do tych drugich.

Romek do zobaczenia za rok!