My-week-With-Marilyn-DI

‚Mój tydzień z Marilyn Monroe’ to ładnie przyozdobiona wydmuszka – ładna z zewnątrz, pusta wewnątrz. Aż tyle i tylko tyle.

Nie żebym się spodziewał jakiegoś kosmosu, ale jednak film zawodzi nawet na umownej linii luźno opowiedzianego fragmentu biografii Marilyn Monroe. Brakuje tu mięsa i historii która zainteresuje losowo wybraną osobę. Pomijam tu oczywiście fanboy’ów blond legendy. Ten film trochę przypomina upośledzonego kuzyna ‚Jak zostać królem’. W obu przypadkach mamy do czynienia z bardzo ładnie wystylizowaną scenografią, wyszukaną garderobą i całym tym modnym blichtrem. Jednak zeszłoroczny laureat Oscara nie utonął pod ciężarem tej stylówy i był zdolny przemycić przy tym ciekawą, sprawnie opowiedzianą i mistrzowsko zagraną, historię Króla-Jąkały.

Tutaj historia sprowadza się do tygodnia z życia Monroe, kiedy to gościła w Wielkiej Brytanii na planie filmu ‚Książę i aktoreczka’. I może by nawet wyszło ciekawie, gdyby nie przestrzelenie osoby podmiotu lirycznego, którym staje się jej przelotny kochanek z planu filmowego. Ale nawet na tym etapie mogłyby się to jeszcze obronić, gdyby nie postać głównego bohatera. Aktora grającego rolę wspomnianego kochanka. Jeeesus, czy naprawdę nie było nikogo innego? Ten koleżka mogły co najwyżej zagrać w reklamie lodów Koral z tymi swoimi spuchniętymi wargami. Ewentualnie widziałbym go w reklamie chrupek ‚Maczugi’. Oparcie filmu na tak wątpliwym aktorze wiele tu popsuło.

Ujmując film od strony pozytywów, trzeba natychmiastowo wskazać dwa silne punkty – Michelle Williams (Marilyn Monroe) i Kennetha Branagh (Laurence Olivier). Williams wykonała dobrą robotę trafnie naśladując nietypowy styl bycia ‚najsłynniejszej aktorki wszechczasów’. Widać tu jej znakomity aktorski warsztat, mimo tak młodego wieku. Niemałą oscarową niespodzianką byłoby jej tryumf nad Meryl Streep. Partnerujący jej Kenneth Branagh kradnie każdą scenę i od początku kupuje sympatię widza. Jego Laurence Olivier to wyrafinowany intelektualista, duszący się pod ciężarem ciągłego pozostawania w cieniu Monroe. Ten aktorski pojedynek – najbardziej utalentowanego aktora swoich czasów z największą celebrytką świata- ogląda się znakomicie. Nie wypada nie wspomnieć o, znakomitej jak zwykle, Judi Dench na drugim planie. Cieszy też w filmie nagromadzenie dobrych ‚one-linerów’ i nierzadko błyskotliwie napisanych dialogów.

Pozostaje tylko pożałować, że film nie wychodzi poza ograniczoną formułę aktorskiego popisu.

Sobolewski_6