Nigdy nie chciałbym się znaleźć w centrum działań wojennych. Mam szczerą nadzieję, że za mojego życia nie dojdzie do sytuacji, w której wojna stanie się ostatecznym i jedynym środkiem rozwiązywania konfliktów między krajami. Oczywiście mam świadomość, że w pewnym rejonach świata już teraz tak jest, ale my Europejczycy żyjemy w pewnego rodzaju bańce ochronnej, która pozwala nam w miarę spokojnie spać. I oglądać filmy, które nam przypominają, że ta bańka może jednak kiedyś zniknąć. Dunkierka robi to niejako przy okazji, zaciskając na szyi widza pętlę niepokoju i zapraszając go do filmowej jazdy poprowadzonej w zawrotnym tempie.

Kierowca tego rollercoastera nazywa się Christopher Nolan i można śmiało powiedzieć, że tym filmem wraca do pełni swojej reżyserskiej formy.

dunkirk6

Nie ma w Dunkierce nic z chłodno przyjętego Intestellar czy nie do końca równego Mroczny rycerz powstaje. Jest świadomy swoich atutów reżyser, który wchodzi w rolę chirurga, z precyzją tnącego plan filmowy na trzy równe części, czy też kompozytora tworzącego niemal perfekcyjnie brzmiącą symfonię. Co ciekawe ułożoną z wyjątkowo prostych, ale jakże skutecznie ze sobą połączonych elementów. Nie ma tutaj bowiem piramidalnie skonstruowanej konstrukcji fabularnej Incepcji czy ryzykownych wizji tuneli podprzestrzennych. Są trzy dziejące się nie do końca równocześnie historie, podział między którymi jest zarysowany od samego początku. Łączą je bohaterowie, których losy splotą się w tytułowej Dunkierce. Z czysto filmowego punktu widzenia łączy je coś zupełnie innego: tempo narzucane przez reżyserskiego mistrza u szczytu swoich możliwości, którego skrypt nie pozostawia żadnych złudzeń z jaką historią mamy do czynienia. Nie jest to historia bohaterów, Nolan nie kreśli w niej wysmakowanych portretów postaci, które traktuje bardziej jako elementy tego wojennego chaosu. Jest to ryzykowne posunięcie, bo odbiera Dunkierce ten prosto pojmowany ludzki wymiar, który utożsamiamy z oczywiście wskazywanymi postaciami. Tutaj tak naprawdę głównym bohaterem jest wojna, zniszczenie, tragedia ludzka, która czyha na każdym kroku – na lądzie, w morzu i w powietrzu. Jedynie bohater wybornie zagrany przez Marka Rylance’a może być uznany za jako tako emocjonalnie pogłębionego.

dunkirkpic2

Brzmi to jak zarzut wobec Dunkierki, ale cytując klasyka „jest nawet wręcz przeciwnie”. Sukces Nolana tkwi w tym, że przy tak szczątkowym nakreśleniu postaci udało się wytworzyć między nimi prawdziwe emocje, a widzem momentami wstrząsnąć, trzymać go w ciągłym napięciu, żeby w końcu bardzo mocno poruszyć. Nolan zaprzeczył tym samym twierdzeniu powtarzanemu wielokrotnie po Interstellar, że nie ma pojęcia jak kreślić ludzkie konflikty, że potrzebuje w swoich fabułach bohaterów ekstrawaganckich, nietypowych, aby relacje między ludźmi zyskiwały energii i realizmu. Tutaj działają one na poziomie niejako podstawowym, niemalże na zasadzie li tylko fizycznej zależności i dzięki temu najmocniej je czujemy. Zasługa w tym wielka po ekspercku zebranej obsady, w której obok Rylance’a doskonale spisują się zarówno prosi tacy jak Kenneth Branagh czy Cillian Murphy, ale też nowicjusze Fionn Whitehead i, tak tak, Harry Styles.

Dunkierka nie byłaby nawet w połowie tak potężnym ciosem (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), gdyby nie jeszcze dwie osoby – Hans Zimmer za pulpitem kompozytorskim oraz Hoyte Van Hoytema za kamerą. Ten pierwszy stworzył bodaj najlepszy soundtrack ze swoich wszystkich kolaboracji z Nolanem. Ta muzyka robi za Nolana połowę atmosfery, narzuca filmowi rytm (trochę jak w tegorocznym Baby Driverze), pozostając jednak ilustracją, a nie wychodząc nigdy na plan pierwszy. Van Hoytema, który zadomowił się z gronie bliskich współpracowników Nolana, w niektórych sekwencjach plenerowych (wszystkie sceny w powietrzu – nie mam pytań!) przechodzi samego siebie. Prawdziwym mistrzostwem jest jednak styl kręcenia różnych bohaterów, jak choćby komandora Boltona granego przez Kennetha Branagha. Jego zdjęcia same w sobie stają się bardzo znaczącą ilustracją postaci. Jest to radykalny przykład podejścia do zdjęć, ale w tym wypadku absolutnie uzasadniony.

nintchdbpict000337847303

Warto na koniec powiedzieć jeszcze jedną rzecz – Dunkierka to najmniej nolanowski film podpisany przez brytyjskiego mistrza: konstrukcyjnie klarowny, bez oparcia na nagłych zwrotach fabularnych. A jednak robi wrażenie filmu najbardziej dojrzałego, w którym po raz pierwszy Nolan postawił na realizm i tak wielką siłę samego obrazu. Dunkierka rozgrywa się na poziomie ludzkim, nie ma tu niepotrzebnych ekspozycji, pełnych patosu przemów. Jest zaś wojna, w pełni swojego okrucieństwa i chaosu. To jest właśnie magia kina, że oglądamy film wojenny, zakwalifikowany jako PG-13, który nawet na moment nie odchodzi od realistycznego obrazu wydarzeń z przeszłości. Oglądając go czujemy się tak, jakbyśmy właśnie czekali na cud na plaży lub na molo Dunkierki.

Cud pomógł tamtym ludziom przeżyć. Nie cud jednak sprawił, że Dunkierka jest tak wyjątkowym filmem, a ręce, głowa i serce Christophera Nolana. Czy Akademia Filmowa się zgodzi?