erratum

Z jednej strony kinowy debiutant Marek Lechki, z drugiej wyjadacz nie tylko wielkiego ekranu Maciej Ślesicki. Z jednej strony Tomasz Kot i masa mniej znanych wykonawców, z drugiej Linda, Stroiński, Królikowski, Grochowska – słowem plejada gwiazd. Dlaczego więc to Erratum, film Lechkiego, jest tym czym chcemy żeby polskie kino było, a obraz Ślesickiego Trzy minuty. 21.37 tym, co powinno zostać jak najszybciej zapomniane?

Marek Lechki, na podstawie własnego scenariusza, stworzył naprawdę kawałek świetnego, bardzo subtelnego i stonowanego kina. Film opowiada historię Michała (kapitalna rola Tomasza Kota), niespełnionego muzyka, który po latach na parę godzin wraca do swojego rodzinnego Szczecina. Splot nieszczęśliwych wydarzeń sprawia, że musi jednak tam pozostać zdecydowanie dłużej niżby chciał. Pobyt w Szczecinie przynosi niechcianą konfrontację ze znienawidzonym ojcem (mistrzowski Ryszard Kotys – słynny Paździoch) oraz rozliczenie z własną przeszłością. Lechki pokazuje w tym filmie, że ma dar do opowiadania historii potencjalnie dołujących i ciężki w sposób nieznany w polskiej kinematografii, a więc bez zadęcia, za to z lekkością, innowacyjnością środków. Prowadzi narrację w sposób dość prosty, stosując przy tym wiele ciekawych i rozwijających fabułę rozwiązań formalnych. Przy okazji udaje mu się znakomicie poprowadzić aktorów. Obok wspomnianych Kota i Kotysa, na drugim planie błyszczy Janusz Michałowski jako ekscentryczny policjant z zamiłowaniem do muzyki klasycznej. Nie przynosi film Lechkiego rozwiązania wszelkich problemów Michała, ale element nadziei pozostaje. Nadziei na pogodzenie się z tym co z przeszłości bolesne. Ostatnia scena majstersztyk!

Stasierski_8


Ślesicki z kolei daje niestety popis nieudolności. Jego film miał być zapewne swoistą hybrydą. Z jednej strony chciał przeprowadzić pewien eksperyment formalny, który udał się jako tako. Rzeczywiście mamy potencjalnie niepowiązane historie, które w samym finale spajają się w jedną całość. Problem jednak jest z ich treścią, którą można nazwać pseudointelektualnym bełkotem. Pierwsza opowiada historię reżysera przechodzącego, nie tylko twórczy, kryzys. Jakież można z tej części filmu wyciągnąć wnioski? Otóż żadne. Historia jest błaha, rozłazi się na kilkanaście (?!) wątków i jedynym dla niej ratunkiem jest znakomity Krzysztof Stroiński. Druga jest jeszcze gorsza, bo Ślesicki ma ambicje, żeby w końcu zaserwować nam jakiś przekaz. Tymczasem dostajemy niewiarygodnie nudną, idiotyczną tyradę na temat Boga, jego roli w życiu człowieka, jaki to on jest zły i niedobry. I to tyradę wygłoszoną z myślach przez niemogącego zrobić ani jednego ruchu, sparaliżowanego Bogusława Lindy! Oj karkołomnie to wygląda naprawdę. Dodatkowo wieje nudą i ocieka kiczem. Trzecia historia do pewnego momentu wydaje się być nawet udana. Niestety w końcówce Ślesickiemu kompletnie zabrakło hamulców i z ciepłej, choć banalnej opowiastki o koniu wyszła mu krwawa jatka. Szkoda dobrych ról Pawła Królikowskiego i cudownego Marcina Walewskiego (znanego z Wenecji Kolskiego). Podsumowując z kolei moją tyradę: silący się na mądrości, fatalnie przeszarżowany, koszmarnie nudny, choć momentami nieźle zagrany kicz.

Stasierski_2

Dwa pokolenia filmowców, a jak wielka różnica poziomów. I co zaskakujące na korzyść tego młodszego…