hobo-with-a-shotgun

Hobo with a shotgun to godny reprezentant nurtu grindhouse.

Skromny film z Kanady, który szturmem wszedł na wiele festiwali filmowych i zgarnął niemały aplauz. A to rzadkość by film w tej stylistyce przedarł się gdzieś dalej niż poza względnie wąskie grono fanów gatunku. A tu taka miła niespodzianka. Produkt oczywiście sprzedaje osoba Rutgera Hauera czyli tytułowego Żula.

Nie tak dawno mieliśmy do czynienia z Maczetą Roberta Rodrigueza, która przez wielu została okrzyknięta ‚chorym i kultowym filmem’. Dla mnie Maczeta była filmem średnim, którego zwiastun zdecydowanie przerósł sam film. Nawet wielkie nazwiska tam niewiele pomogły. Rodriguez zresztą jest mocno wątpliwym reżyserem.

Hobo… poszedł inną drogą. Nie gra tu nikt znany oprócz ‚całkiem’ znanego Rutgera Hauera, a film stawia na esencje gatunku i jest w tym diabelnie konsekwentny. Brutalność Maczety jest niczym dobranocka przy filmie jakim jest ‚Hobo…’

Film wyróżnia się wieloma elementami. Po pierwsze – zajebistą wręcz kolorystyką, zmieniającą się odpowiednio do klimatu sceny. Po drugie – zapadającym w pamięć, rewelacyjnym motywem muzycznym odpalanym w scenach egzekucji. Po trzecie – fontanną pomysłowości w gatunku; oryginalność i świeżość niektórych scen kopie dupy.

No ale główną atrakcją filmu jest Rutger Hauer, który na stare lata angażując się w eksperymentalne dla siebie projekty, tworzy niezapomnianą rolę. Jest odpowiednio surowy, przemyślany i charyzmatyczny, by widz przez cały film trzymał jego krwawą stronę.

Film do polskich kin NIE WEJDZIE. Jest zdecydowanie bardziej hardcorowy niż Maczeta, nie sprzedają go takie nazwiska więc dystrybutor postanowił go nie kupować.

A film to wyraźnie lepszy niż Maczeta

Niech żyją Żule!

Dominik Sobolewski

Sobolewski_7

Zwiastun