piraci

Kapitan Jack Sparrow po raz czwarty nawiedził kina na całym świecie. Kultową już postać, stworzoną przez Johnny’ego Deppa, pokochali widzowie o czym świadczą niekwestionowane sukcesy komercyjne filmów. Mam jednak wrażenie, że tym który powoli przestaje ją postać jest sam Johnny. W Na nieznanych wodach jego kreacja, mimo że wciąż wyjątkowo profesjonalna, nie jest już tak wyraźnie najjaśniejszym punktem filmu. Sam obraz zyskuje na wymianie obsady drugoplanowej, traci zaś z powodu zmiany reżysera, pozostając w końcu filmem poprawnym, nic niewnoszącym do serii.

Jack Sparrow jak zwykle nie stroni od kłopotów. Po brawurowej ucieczce z Londynu trafia na statek słynnego Edwarda Czarnobrodego Teacha (w tej roli znany z serialu Deadwood Ian McShane). Tam spotyka swoją dawną miłość Angelikę (Penelope Cruz). Sparrow zostaje zmuszony do poprowadzenia wyprawy do Źródła Młodości. Jego tropem podąża hiszpańska armada i Anglicy dowodzeni przez nawróconego korsarza Hectora Barbossę (Geoffrey Rush).

Problemem drugiej i trzeciej części było zbyt duże nagromadzenie wątków. Nie radził sobie z tym ówczesny reżyser Gore Verbinski – filmy rozłaziły się, fabuła rozpadała się na niepowiązane kawałki. W Na nieznanych wodach historia jest daleko bardziej uproszczony i tym większa szkoda, że Verbinski zrezygnował z kontynuowania serii. Na jego miejsce przyszedł Rob Marshall, reżyser znany z tego, że jego filmy pod względem wizualnym i inscenizacyjnym zawsze są znakomite. Jego problemem jest natomiast stworzenie koherentnej historii i narzucenie tempa jej opowiadania. O ile w przypadku Chicago się to nie ujawniło, gdyż tam bronił się sam materiał wyjściowy, o tyle przy Nine a szczególnie Wyznaniach Gejszy te kwestie się bardzo uwypukliły. Niestety Piraci nie są wyjątkiem. Marshall miesza pojedyncze znakomite sekwencje ze scenami słabymi, nie potrafi utrzymać dobrego tempa, wytworzyć napięcia. Zakończenie zaś rozczarowuje i, co gorsza, pozwala sądzić, że ta część nie jest ostatnią.

Film mocno zyskuje dzięki aktorom. Johnny Depp gra swoje, choć jak wspomniałem wcześniej już bez takiej brawury. Drugi plan jednak nadrabia za niego zaległości. Geoffrey Rush, wciąż najfajniesza postać serii, ze znaną sobie werwą dopisuje kolejny rozdział w historii swojej postaci – tym razem mściwego koniunkturalisty. Penelope Cruz to hiszpańska energia, a Ian McShane, ze słabo napisanej roli Czarnobrodego, tworzy kreację imponującą. Jedynie Sam Claflin, który miał zastąpić Orlando Blooma w roli honorowego gogusia, pozostaje kompletną pomyłką.

Piraci z Karaibów w interpretacji Roba Marshall to niestety w dużej mierze powtórka z rozrywki o poziom nieco niżej. Lepsza jest u Marshall obsada, gorzej niestety wypada historia oraz koszmarna muzyka Hansa Zimmera, który zaserwował ścieżkę bez jednej oryginalnie napisanej nuty. Do pewnego czasu Piraci byli świetną zabawą dla wszystkich. Teraz niestety zaczyna to wyglądać tak, że bawią się dobrze twórcy, widzowie już mniej.

Stasierski_6