Michał Hernes: Może cię zaskoczę, ale podziwiam odwagę i konsekwencję Darrena Aronofsky’ego na takiej samej zasadzie, jak szanuję upór Terrence’a Malicka. Co łączy filmy Mother!Drzewo życia? To przykłady autorskich, odważnych i filozoficznych wizji zrealizowane z hollywoodzką obsadą i za duże pieniądze. Osobiście jestem zdania, że jeśli twórca nie zaryzykuje poniesienia porażki, nie wyjdzie z tego wielki film. W tym sensie uważam Mother! za bardzo dobre filmowe dzieło. A Ty?

Maciej Stasierski: Ja traktuję Mother! jak wynik rozbuchanego ego reżyserskiego bufona, któremu przy okazji kosmicznie brakuje warsztatu, żeby takie historie opowiadać. Jeśli ktoś nie widzi, że zaproponowana konstrukcja filmu, na zasadzie kuriozalnie poprowadzonej klamry, nie wypada wiarygodnie i w gruncie rzeczy może tylko irytować, to chyba warto zastanowić się nad jego osądem. Przykład: jak według Ciebie można usprawiedliwić obsadzenie w roli głównej Javiera Bardema? Jak?!  

mother1

Michał: Moim zdaniem Javier Bardem świetnie sprawdził się jako nieco irytujący pisarz. Kompletnie mi nie przeszkadzał i nie rozumiem Twojego zarzutu. Nie zgadzam się też, że reżyserowi brakuje warsztatu. Szarżowanie w ten sposób naprawdę nie jest łatwe. Odnoszę wrażenie, że Aronofsky wystawia się na ryzyko poniesienia porażki, szukając nowych środków wyrazu. Coś czuję, że bardziej od klasycznego kina interesują go eksperymenty z emocjami i onirycznymi, kabalistycznymi wizjami, zaglądanie do własnego wnętrza w poszukiwaniu nowych interpretacji i środków wyrazu. Jako kabalistyczna opowieść o relacjach między Bogiem a człowiekiem ten film naprawdę mnie zaintrygował. Intryguje mnie także to, że w tym filmie z pogranicza thrillera i egzystencjalnego horroru nie ma muzyki, choć reżyser intensywnie pracował nad nią z kompozytorem Johanem Johannssonem. Ponoć wspólnie zdecydowali, że Mother! będzie lepszy właśnie bez warstwy muzycznej. To kolejna odważna decyzja Aronofsky’ego. Naprawdę nie doceniasz jego odwagi i warstwy wizualnej tej opowieści o rzeczywistości, która ulega przekłuciu?

Maciej: Po pierwsze odniosę się do Bardema, bo ciężko mi zaakceptować to co mówisz. Przecież on gra amerykańskiego pisarza, a tymczasem brzmi wręcz tak jakby jego angielski wciąż się nie poprawił od czasu pierwszej współpracy z Coenami. Ale abstrahując od tego – jeśli jesteś w stanie wytłumaczyć mi czym ten śmieszny, irytujący koleś mógł przyciągać te masy, skąd mogła pochodzić ta jego magia. Nie ukrywam, że zależałoby mi na wyjaśnieniu tego fenomenu, o czym Aronofsky zapomniał. A może nie umiał? W każdym razie bez sprawnej ręki reżysera Bardem skompromitował się totalnie. To gorsza rola od tej w Piratach z Karaibów. A co do Twojego pytania – nie ma w tej wizji według mnie żadnej unikalności, niczego co przyciąga uwagę, bo kamerę idącą w ten sposób za bohaterem widać choćby świetnie (i z lepszym skutkiem) u Malicka. Co do odwagi, dla mnie bardziej to szarża, której Aronofsky nie chciał lub nie mógł skontrolować, więc poszedł po bandzie i dla mnie przegrał. Nie szukałbym w tym głębi, bo oznaczałoby to dla mnie dodawanie dodatkowych walorów Mother!. Walorów, których nie widzę. Chciałbym wierzyć, jak Piotrek Czerkawski, że jednak to wszystko nie było na serio. Bo jak było, to świadczy o absolutnej klęsce. Myślisz, że było?

Mother_4

Michał: Ach, przecież amerykański pisarz nie musi władać perfekcyjnie językiem angielskim. Joseph Conrad po angielsku pisał jak żaden Anglik, bo dokładny sens słów mu umykał i czarował tym Anglików. Inna sprawa, że często książki są mądrzejsze od ich autorów, a smutnym znakiem czasów jest, że celebryci i osoby publiczne bywają częstokroć miałkie, nieciekawe i irytujące.

Nie zgodzę się z Tobą – dla mnie Aronofsky wypracował sobie swój unikalny styl opierający się właśnie na szarżowaniu, ale ja upieram się, że w tym szaleństwie tkwi dla mnie metoda. Ta odważna, szalona i bardzo ambitna wizja zapadła mi w pamięć i będę do tego filmu wracał. Poza tym pewnych wizji i metafor zawartych w tym filmie nie należy, moim zdaniem, traktować zbyt serio.

Maciej: Ciekawe, że będziesz wracał do tego filmu, a tak bardzo nie lubisz jedynego bodaj w pełni udanego filmu Aronofsky’ego czyli Czarnego łabędzia. Ale to oczywiście kwestia gustu. Ja o Mother! chętnie zapomnę, choć nie sądzę by Aronofsky mi pozwolił na to choćby przyszłymi filmami. Bo jeśli się zapętli w tej swojej maniakalnej szarży człowieka, który myśli, że jest wielkim artystą, to nie ma dla niego ratunku. Podobnie jak dla Jennifer Lawrence, która być może od teraz będzie grała już tylko u niego. Nie życzę jej tego. Widzom z kolei życzę lepszych filmów.

Michał: O Czarnym łabędziu zmieniłem zdanie na jego korzyść, ale to temat na osobną dyskusję. Ja z kolei życzę widzom jak najwięcej tak odważnych i bezkompromisowych filmowych wizji.