bitwa warszawska

Mam pewną teorię na temat tego jak powstawała Bitwa Warszawska 1920. Otóż jakiś amator ukrywający się pod nazwiskiem słynnego polskiego reżysera Jerzego Hoffmana najpierw siedząc na ubikacji napisał scenariusz, a potem jakimś cudem przekonał Polski Instytut Sztuki Filmowej, że warto w niego zainwestować. Następną zupełnym zrządzeniem losu udało mu się zaangażować genialnego operatora Sławomira Idziaka i namówić do zrobienia pierwszego polskiego filmu w 3d. Sam zaś nigdy nie pojawił się na planie i kierował poczynaniami ekipy ze swojego pokoju w sanatorium. Jeśli nie było tak jak mówię i za obrazem, który właśnie wszedł na polskie ekrany stoi wielki Jerzy Hoffman, twórca klasyki rodzimej kinematografii w postaci choćby Potopu czy Prawa i pieści, to jestem głęboko wstrząśnięty i zasmucony. Zasmucony, bo żal patrzeć, jak fatalnym filmem kończy się kariera wybitnego reżysera.

Historię jednej z najważniejszych bitew w historii współczesnego świata (choć po obejrzeniu tego filmu można mieć wątpliwości co do jej skali i znaczenia) stara się ukazać Hoffman na tle miłosnych poczynań dwójki bohaterów – Oli (debiutująca na dużym ekranie Natasza Urbańska) oraz jej męża Janka (zaskakująco przyzwoity Borys Szyc), który właśnie zaciąga się do wojska. Z rozkazu marszałka Piłsudskiego (Daniel Olbrychski) armia musi się przenieść na wschód w celu zdobycia Lwowa. Tymczasem Armia Czerwona rozpoczyna swój marsza na Europę. Pierwszym poważniejszym przystankiem na jej drodze ma być stolica Polski.

Jerzy Hoffman znany był dotychczas z tego, że bardzo sprawnie, choć zwykle niezbyt wyszukanymi środkami, potrafi opowiadać historię. Udawało się kapitalnie w Potopie, Panu Wołodyjowskim, nieco mniej, ale wciąż strawnie w Ogniem i mieczem. Niestety w przypadku „Bitwy Warszawskiej” zrobiło się niestrawnie. Ciężko się zorientować o co dokładnie Hoffmanowi chodzi – czy o pokazanie jednego z największych zwycięstw polskiego oręża, czy prezentację wdzięków Nataszy Urbańskiej. Początek filmu wszak sprowadza się praktycznie tylko i wyłącznie do tego drugiego. Urbańska, piękna kobieta i utalentowana piosenkarka, śpiewa, tańczy, recytuje. Odśpiewawszy 17 piosenkę z rzędu zabiera się niestety do grania. Tutaj pojawiają się dwa podstawowe problemy – z jednej strony skrypt Hoffmana i Jarosława Sokoła to nie Mickiewicz, z drugiej film kinowy to nie muzyczny Teatr Buffo. Natasza nie dostaje ani milimetra ciekawszego materiału do zagrania. Kreacja jej bohaterki ogranicza się co najwyżej do płaczu i uśmiechania. Szkoda, że i tego Urbańska nie potrafi zrobić porządnie. Niemniej jej roli daleko do bycia najsłabszym punktem filmu. Obok Urbańskiej dostajemy same aktorskie perełki: Linda jako Wieniawa-Długoszowski, Żebrowski (wciąż odgrywający rolę Skrzetuskiego) jako premier Grabski, czy najgorszy ze wszystkich Jerzy Bończak, którego postać miała być aspektem humorystycznym filmu, a stała się tragicznym symbolem jego poziomu. Aktorsko bronią się jedynie Szyc, który stara się wykrzesać cokolwiek ze swojego pozbawionego życia bohatera, Olbrychski, który na szczęście nie szarżuje za mocno i genialny Adam Ferency w roli cynicznego czekisty Bykowskiego. Postać może to płaska, ale za to kreacja mistrzowska.

Kolejnym problemem Bitwy Warszawskiej jest ukazywana historia. Wątek Oli i Janka wykazuje dwie podstawowe cechy – jest do bólu wręcz sztampowy, a jeszcze rozłazi się na dwa. Przez pół filmu właściwie między bohaterami nie ma żadnego związku. Janek walczy na froncie, zostaje uznany za zdrajcę, aż w końcu wraca w chwale zwycięzcy. O ile jeszcze jego historia pozostaje znośna, o tyle wątek Oli składa się z pojedynczych, zupełnie niepowiązanych ze sobą scen, wśród których mamy takie perły jak spotkanie z kapitanem granym przez Bończaka, czy sekwencję ostatecznego oblężenia, z którego Ola wychodzi cało. Dodajmy, że jako jedyna! Obok tego dostajemy pojedyncze sceny ze sztabu dowodzenia, z Belwederu gdzie obronę konstruuje Piłsudski oraz kilka sekwencji bitewnych. Wszystko pozostaje zupełnie nieposklejane. Obserwujemy nieprzystające do niczego sceny, jak ta gdy marszałek zostaje zrugany przez biskupa (Krzysztof Globisz). Skąd się ona wzięła w scenariuszu? I jakim cudem nie zniknęła w montażu? Odpowiedź może być jedynie taka, że po kilku cięciach z Bitwy… zupełnie nic by nie zostało.

Problemem pozostają sceny bitewne, których jedyne bardziej efektowne fragmenty dało się zobaczyć już w zwiastunach. W sumie jak na cały 2godzinny film bitwy trwają może z 20 minut. Niewiele, jeśli mamy w pamięci jak ważną bitwą był Cud nad Wisła. Co zaskakujące, technicznie pozostawiają one wiele do życzenia. Zaskakuje bardzo słaba biegłość Sławomira Idziaka w posługiwania się ujęciami kręconymi z ręki. Wprowadzały one element chaosu, zamiast nadawać scenom więcej realizmu. Ze zdjęciami plenerowymi zresztą nie jest wiele lepiej. Przez fatalną inscenizację ciężko się zorientować jakie strony reprezentują walczący. Dochodzi do tego jeszcze koszmarna, pozbawiona melodii wiodącej muzyka Krzesimira Dębskiego.

Wszystko to, a może i wiele więcej składa się na niesłychany seans Bitwy Warszawskiej, pierwszego polskiego filmu w 3d (które akurat wygląda całkiem przyzwoicie). Niesłychane jest jak dużo talentu tutaj zmarnowano, jak wielką indolencją twórczą wykazał się Hoffman, jak bardzo aktorzy nie potrafili przeskoczyć kłód rzucanych im pod nogi przez scenariusz. Czy trzeba o gorszą rekomendację, gdy powiem, że Bitwa Warszawska jest o klasę gorszym filmem o takiej Zemsty Andrzeja Wajdy czy Quo Vadis Jerzego Kawalerowicza? To mówi wiele…

Stasierski_2