whose-afraid

23 marca zmarła legenda Hollywood – Elizabeth Taylor. Szerokiej publiczności znana była głównie ze swej posągowej urody oraz burzliwych związków z mężczyznami, z których jako najważniejszy zawsze opisywała ten z Richardem Burtonem. Był nie tylko jej ukochanym mężem, ale też bardzo częstym partnerem ekranowym, począwszy od słynnej Kleopatry. Dla uczczenia Elizabeth Taylor, ikony Fabryki Snów, postanowiłem odświeżyć jeden z filmów tej pary – Kto się boi Virginii Woolf„.

Film ten będący jednym z największych wspólnych osiągnięć Burtona i Taylor dał znać światu sygnał o istnieniu jeszcze jednego ważnego nazwiska – reżysera Mike’a Nicholsa. Ekranizacja sztuki Edwarda Albee to wciąż jeden z najwybitniejszych debiutów w historii światowego kina, film niemalże doskonały, balansujący na granicy czarnej komedii i wstrzasającego dramatu rodzinnego.

W dwugodzinnym popisie obserwujemy nocne spotkanie dwóch par małżeńskich, z których ta starsza postanawia udowodnić sobie kto potrafi lepiej zabawić gości. Jednak z tej swoistej rywalizacji wychodzi rozliczenie całego życia razem, pełne cynizmu wyznania, odsądzanie od czci i wiary. Druga para początkowo pozostaje tylko widzem, jednak George i Martha skutecznie wciągają ich w tę grę. W pewnym momencie jednak wszystko pęka. Dochodzi do ostatecznego starcia, z którego chyba nikt nie może wyjść zwycięsko.

Ciężko bardziej dokładnie opisać fabułę tego filmu, gdyż nie o nią dokładnie tutaj chodzi. Dlaczego? Bo Nichols tak skutecznie żongluje motywami, że do samego końca nie wiemy, czy wszystkie zachowania bohaterów to jedynie iluzja, gra, czy też prawdziwe życie. Jedno jest wszak pewne – dostajemy popis kapitalnych sekwencji dialogów, genialną gęstą atmosferę i mistrzowsko narastające napięcie. I to wszystko praktycznie w czterech ścianach domu Marthy i George’a. Film ogląda się lepiej niż niejeden thriller pełen akcji i zwrotów sytuacji, co jest tym większym osiągnięciem, że motorem napędowym akcji są praktycznie wyłącznie dialogi.

Najbardziej jednak napędzają ją Taylor i Burton jako starsze małżeństwo. Taylor za tę rolę otrzymała swojego drugiego Oskara, Burton którąś z kolei nominację. Tak brawurowego aktorstwa już się dzisiaj nie spotyka. Wszystko jest tutaj w punkt, każdy gest, każdy wybuch emocji czy wyraz uspokojenia, każda mina. A przy takiej popisówce aktorzy nie zapominają o tworzeniu pełnokrwistych postaci. Wprost niebywały popis!

Elizabeth Taylor odeszła przedwcześnie. Pozostawiła jednak, jak każdy artysta, po sobie pomnik w postaci swoich kreacji. Jeśli inne jego fundamenty są tak mocne jak ten, to naprawdę nie ma takiego, który mógłby go zburzyć!