Dziś zaproponujemy Wam specjalne wydanie Piguły, ze wszystkimi najważniejszymi premiera tego tygodnia (pomijając „Dianę”, którą obiecujemy zrecenzować w przyszłym tygodniu). Zaczynamy!

w imie

„W imię” w reż. Małgorzaty Szumowskiej

Informacja po jaki temat sięga tym razem Małgorzata (błagam nigdy nie Małgośka!) Szumowska, mogła wywołać bardzo duże obawy. Homoseksualny ksiądz, prowincja, ognisko dla chłopców z poprawczaka – brzmi jak materiał na irytujące, tabloidowe, stereotypowe kino. Obawy wzmogła pamięć o tym, że chwytliwe tematy często Szumowska przedkładała nad jakość czysto filmowej realizacji – wychodziło świetnie („33 sceny z życia”) i koszmarnie („Sponsoring”). „W imię” jest po środku, ale zdecydowanie bliżej mu tym pierwszemu. Szumowska co prawda wydaje się po omacku szukać tematu, bo chce opowiedzieć tak dużo rzeczy, że w końcu „W imię” idzie w zupełnie niezrozumiałym, nieco ogłupiającym kierunku. Trzeba jednak powiedzieć, że mimo tematycznych problemów, Szumowska znajduje wreszcie swój język filmowy, opowiada historię Adama bardzo efektownie, nie ustrzegając się co prawda publicystyki i śmieszność (sceny otwierająca i finałowa – co to miało być?). Potrafi jednak używać kamery, świetnie posługuje się muzyką wielkiego Pawła Mykietyna. A co najważniejsze ma do dyspozycji genialnego Andrzeja Chyrę, któremu wystarczy jedna scena rozmowy z siostrą przez skype, by kompletnie uwiarygodnić człowieka wewnętrznie zniszczonego, pełnego pretensji do świata, który nie pozwala mu realizować marzeń, czy choćby żyć normalnie. Wielka rola w zaskakująco solidnym filmie!  Stasierski_7


time1_1803027a

„Czas na miłość” w reż. Richarda Curtis

Kolejny dowód, że Richard Curtis jest niekwestionowanym królem komedii romantycznej, gatunku tyleż popularnego, co dla wielu niewygodnego, bo wymagającego połączenia humoru z wątkiem romantycznym. Curtis już w genialnym „To właśnie miłość” pokazał, że umie to robić jak mało kto. „Czas na miłość” to być może nie tak wybitny przedstawiciel gatunku, ale jednak wciąż duże osiągnięcie. Tym większe, że oparte na pomyśle karkołomnym, przy nadmiernym użyciu potencjalnie irytującym – podróży w czasie. Curtis jednak nie nadużywa tego motywu, ba korzysta z niego tak wyśmienicie, że udaje mu się dzięki niemu stwarzać zarówno komiczne, jak i romantyczne sytuacje. Historia nieśmiałego rudzielca Tima (fantastyczny Domhnall Gleeson), który próbuje znaleźć w Londynie tę jedyną nie jest przesadnie oryginalna, ale jednak posiada wystarczająco dużo uroku, ciepła, humoru, żeby zainteresować. Poza tym Curtis jest mistrzem w kreowaniu ciekawych postaci, których i tutaj nie brakuje. Między Timem a jego przyszłą wybranką Mary (zaskakująco dobra Rachel McAdams) jest bardzo dużo chemii, świetny dodatek do nich stanowią zaś ojciec Tima w wyśmienitej interpretacji niezrównanego Billa Nighy, jak i Tom Hollander jako niespełniony dramaturg Harry. Bardzo dobra rozrywka na smutny jesienny wieczór. Na pewno wyjdziecie z seansu w lepszym humorze! 

Stasierski_8


berlinale-2013-alle-24-filme-im-wettbewerb-3690687-paradies-hoffnung554jpg

„Raj: nadzieja” w reż. Ulricha Seidla

Bezapelacyjnie najgorsza część trylogii „Raj”, fatalna jej konkluzja pokazująca, że spadek formy przy „Wierze” nie był dziełem przypadku. Tam jednak trzeba chociaż docenić pewną konsekwencję Seidla, który miał pomysł, na pokazanie przesadnie religijnej, fanatycznej kobiety w krzywym zwierciadle – wyszło źle, ale nie aż tak źle jak tu. Problem główny z „Nadzieją” jest bowiem taki, że Seidlowi zabrakło pomysłu do skończenia trylogii, a za brakiem pomysłu poszła i fatalna realizacja. Na ekranie nie zgadza się absolutnie nic – od okropnie sztampowej, zupełnie nieangażującej emocjonalnie historii, przez idiotycznie skonstruowanych bohaterów, po brak jakiejkolwiek puenty. Nie będę tutaj wspominał o filmowej stronie „Nadziei” po też nigdy u Seidla nie była ona najważniejsza. Niemniej jeśli przypomnieć sobie kreację Margarete Thiesel z „Miłość” i porównać ją z tym, co tutaj robią aktorzy, widać ewidentnie, jak bardzo Seidl opadł z sił tworząc swoją potencjalnie wielką trylogię. Teraz warto pamiętać z niej tylko „Miłość”, a o „Nadziei” szybko zapomnieć.

 Stasierski_3