quantum

Najwyższy czas! Pojawił się w końcu film, który na nowo Nas podzielił. Wraca tym samym idee fixe tego bloga, która u swoich źródeł zakładała obusieczną i bezkompromisową krytykę filmową.

Bond wg Dominika: 

Ja w tym sporze będę (choć nie bez zastrzeżeń) bronił nowego Bonda. Mam bowiem swoje powody, zdecydowanie subiektywne, bo to właśnie one, w przeciwieństwie do obiektywnych, zaważyły o moim przychylnym spojrzeniu na ten film.

Już spieszę zatem z wyjaśnieniami….

Żeby była jasność od samego początku – Quantum of Solace jest wyraźnie słabsze od Casino Royale Co jednak w żaden sposób jeszcze nie przekreśla tego obrazu. Spadek jakości jest podyktowany wieloma czynnikami. Pierwszym i zasadniczym jest zmiana reżysera z Martina Campbella na Marca Forstera, która odbiła się wyraźnie na filmie. Zmiana, która uwidacznia się w sposobie prowadzenia historii. I tak mamy tutaj delikatną dysproporcję między nieustającą akcją, a jakaś ciekawszą fabularną refleksją. Film pędzi przed siebie z prędkością Astona Martina na wysokooktanowym paliwie i ze startymi klockami hamulcowymi. Brakuje tej części, niestety, pewnej ostrości scenariusza. Dialogi trzymają poziom, jednak wiemy po poprzedniej części, że Bond potrafi zdecydowanie więcej.

Jeszcze słów parę o kilku potknięciach. Piosenka otwarcia jest naprawdę amuzyczna i nadaje się, co najwyżej, do kosza. Kolejnym aspektem, który trochę kuleje to dziewczyna Bonda. No jasne, że jest ładna, ale co z tego jak psuje cały urok swoim drewnopodobnym aktorstwem. Nie chce się już tu z aptekarską dokładnością doszukiwać kolejnych wad. Najważniejsze wymieniłem.

Teraz czas na właściwą i wyraźnie subiektywną, ocenę tego filmu. Największym atutem filmu jest niezaprzeczalnie Daniel Craig i cała kosmetyka jaka towarzyszy wykonaniu tej części przygód agenta 007. Jest niezwykle stylowo, designersko  i ze smakiem. Jako że Bond w tej części dużo podróżuje to na pierwszy plan wysuwają się przepiękne scenerie. Włochy, Boliwia, Ameryka Południowa i cała masa państewek, o które Bond gdzieś tam przypadkowo zahacza. Scena otwarcia filmu, gdzie we włoskich Alpach, Bond ucieka swoim Astonem Martinem przed złymi ludźmi w Alfach Romeo, to chyba najczyściej podana scena akcji w filmie. Jest przeraźliwie szybka i szarpie widzem – takiego Bonda własnie lubię. Wysoka estetyka tego filmu przejawia się również w najlepiej do tej pory ubranym Bondem, który nawet kiedy jest sponiewierany wygląda niezwykle dostojnie. Czarny charakter grany przez Matthieu Amalrica zasługuje również na słowa pochwały. No i na koniec najlepsze – James Bond. Daniel Craig odświeżył znakomicie tę postać, tworząc z niej namacalnego człowieka z krwi i kości, z którym można sympatyzować. Craig gra oszczędnie, jak na Bonda przystało. Jednak nie idzie w tym na skróty, bo widać po tej kreacji doskonałe wyczucie roli.

Co na koniec? Najzwyczajniej w świecie rekomendacja pójścia do kina. Nie każdy z pewnością wyjdzie zachwycony, ale z nie wątpię, że każdy znajdzie w tym filmie coś dla siebie, co mu się spodoba.

Sobolewski_7


Bond wg Macieja: 

22 Bond to pierwszy sequel w historii serii. Czy było dobrym pomysłem zostawiać otwarte zakończenie w Casino Royale i siłą rzeczy narażać się na porównanie z rewelacyjnym pierwowzorem. Po obejrzeniu Quantum of Solace stwierdzam, że jednak nie…

Na stołku reżyserskim zasiadł Mark Forster, świetny reżyser skromnych, klimatycznych dramatów. Jego brak doświadczenia widać szczególnie w dwóch pierwszy sekwencjach dynamicznych. Pierwsza – pościg samochodowy – pojawia się tak nagle, że nie sposób zauważyć kilku pierwszych sekund. A jest to problem, gdyż scena jest tak szybka i niestety tak źle zmontowana, że ciężko jest się w niej połapać już do końca. Jeszcze gorzej wygląda druga sekwencja, która nie dość, że jest nakręcona nieznośnie trzęsącą się kamerą, to jeszcze wygląda jakby została wyrwana z innego filmu. Matrix? Gwiezdne Wojny? Spiderman? Ale na pewno nie Bond…

Później fabuła zaczyna się rozwijać, poooooooowwwwwwwoooooli rozwijać. Wszystko się tutaj rozbija o zemstę Jamesa za śmierć ukochanej Vesper. Bond chce się dowiedzieć za kim stała Lynd, czemu musiała zginąć. Trafia na trop handlowego potentata, działającego pod przykrywką obrońcy przyrody, Dominica Greene’a (w tej roli znakomity Mathieu Amalric). Bond rozpoczyna osobistą rozgrywkę, której celem ma być pomszczenie i odkrycie prawdy o ukochanej. Pomaga mu Camille (świetna Olga Kurylenko), która w misji 007 widzi szansę na realizację własnej zemsty. Bond w pewnym momencie przekracza jednak granicę. M (jak zawsze solidna Judi Dench) traci nad nim kontrolę. Po piętach zaczyna mu deptać CIA. Co z tego będzie?

Z tej całej zagmatwanej fabuły wychodzi niestety co jakiś czas nudnawy film, który momentami przypomina bardziej, znajome Markowi Forsterowi, charakter-study Bonda, niż film sensacyjny. Ze starego Bonda w Quantum of Solace poza nim samym i M nie pozostało już nic. Nie ma gadżetów, panie są mniej efektowne, a My name is Bond…James Bond nie pada. Nie byłby to zarzut, gdyby nie fakt, że realizm znany z Casino Royale także się rozmywa. Ostatnia scena w hotelu, mimo że bardzo efektowna, nie ma z nim zupełnie nic wspólnego. Gdzie tu konsekwencja? Ani gadżetowo-fajnie, ani konsekwentnie pod względem realizmu…

Niemniej jest jednak mrocznie, co dodaje filmowi nieco więcej napięcia. Trzeba Forsterowi przyznać, że potrafił zbudować klimat, którego w Bondach nie spotkamy. Na szczególne brawa jednak reżyser zasługuje za scenę w operze. Połączenie akcji z muzyką klasyczną – perełka!

Najsilniejszym punktem filmu jest niezmiennie Daniel Craig. O ile kreacja w Casino Royale przyniosła mu nominację do nagrody Bafta, to ta nawet lepsza rola mogłaby zaowocować jeszcze ciekawszą nagrodą. Solidna obsada to już w Bondzie marka. Amalric, Dench, Kurylenko, niemal kradnący show Giancarlo Giannini…

Reasumując…rozczarowanie.

Podstawowe powody: irytujący montaż, słabo nakręcone sekwencje dynamiczne, momenty nudy, rozmyty realizm.

Pozytywy to poza obsadą mroczny klimat i piękne lokalizację. O wiele za mało.

Stasierski_6