jack strong

Pułkownik Ryszard Kukliński to postać w polskiej historii ze wszech miar kontrowersyjna. Dla jednych bohater, który przeciwstawił się totalitarnemu systemowi, dla innych zdrajca ujawniający najbardziej skrywane tajemnice Układu Warszawskiego. Władysław Pasikowski w swoim filmie „Jack Strong” bardzo mocno stawia się po stronie zwolenników pułkownika. Nie zmienia to jednak faktu, że mimo idealistycznego portretu Kuklińskiego, kręci przy okazji najlepszej jakości kino gatunkowe w tym kraju.

„Jack Strong” opowiada pełny wycinek z życia Kuklińskiego łączący się z jego szpiegowaniem na rzecz obcego wywiadu. Pasikowski od samego początku nie kryje swoich sympatii względem głównego bohatera, którego przedstawia jako oficera bez skazy, a przy okazji ojca dzieciom i wiernego, choć nie zawsze radzącego sobie z życiem, męża. Reżyser drobnymi wrzutkami, jak choćby ta dotycząca opracowywania „interwencji” Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, sygnalizuje pewne rysy w charakterze pułkownika, jednak trudno uznać je z jednej strony za zbyt znaczące, z drugiej za wiarygodnie przedstawione. Ten na wskroś wyidealizowany obraz stara się łamać co jakiś czas Marcin Dorociński, który po paru wpadkach („Miłość” Sławomira Fabickiego” czy nowy Smarzowski) po raz kolejny pokazuje, że jest aktorem z pierwszej europejskiej ligi, dzięki naturalnej charyzmie potrafiącym uwiarygodnić każdy tekst. Od jego znakomitej kreacji można zacząć punktować dobre strony, których w „Jacku Strongu” jest daleko więcej niż tych złych. Pasikowski po raz kolejny udowadnia, że jest najlepszym w Polsce fachowcem od kina rozrywkowego. Dużymi momentami „Jack Strong” jest świetnie, z dużą precyzją skonstruowanym spektaklem, w którym nigdy nie brakuje napięcia, który ogląda się z niekłamaną przyjemnością, który w końcu co jakiś czas porusza i wzbudza prawdziwe emocje. Dzięki sprawnej reżyserii, świetnemu montażowi i zdjęciom Magdaleny Górki (obok Jolanty Dylewskiej jedyna znana mi polska pani operator), sprawdza się więc jako skrojone na miarę kino gatunkowe.  Na szczęście Pasikowski ma ambicje wspiąć się ponad ramy łatwego filmu sensacyjnego. Widać to na przykład w stylu pokazywania mechanizmów funkcjonowania systemu komunistycznego, a szczególnie jego sfery wojskowej. Idealnie obrazuje je pozornie mało znacząca scena narady marszałka Kulikowa (najlepszy z całego filmu, elektryzujący Oleg Maslennikov) z polskimi oficerami na czele z generałem Wojciechem Jaruzelskim (świetnie ucharakteryzowany Krzysztof Dracz). Kulikow, jeden z ostatnich marszałków Związku Radzieckiego, traktuje w niej Jaruzelskiego (w tym czasie jedną z najbardziej wpływowych postaci polskich władz) jak uczniaka, chłopca do bicia, ten z kolei na jego pokrzykiwanie odpowiada „Dziękuję”. Taki smaczków jest w „Jacku Strongu” więcej, choć są też momenty słabsze, które powodują zachwianie dobrego tempa filmu (dla mnie na siłę dokręcane niektóre sceny w Waszyngtonie czy nieco histeryczny, choć wyśmienicie zagrany, wątek rodzinny pułkownika). Na szczęście Pasikowski na sam koniec szykuje nie jedną, a co najmniej dwie niespodzianki, które chyba tylko najbardziej dokładnie patrzący widz będzie w stanie przewidzieć. Ja nie umiałem i dzięki temu miałem z „Jacka Stronga” jeszcze lepszą zabawę.

Bo właśnie o to głównie Władysławowi Pasikowskiemu chodziło – żeby zrobić dobrą, bardzo rzadką w Polsce, rozrywkę. Jednak twórca „Jacka Stronga” jest zbyt doświadczonym i wytrawnym filmowcem żeby na tym poprzestać. Daje filmowy hołd postaci z pewnością nietuzinkowej, mając przy tym pełną świadomość, że przez jednych będzie za to kochany, a przez innych znienawidzony. Po „Pokłosiu” powinien się jednak do tego już przyzwyczaić.

Stasierski_8