butler

Obrodziło w premiery filmowe na koniec 2013 roku. Jedną z nich jest zbierający entuzjastyczne recenzje i uznanie publiczności „Kamerdyner” w reżyserii Lee Danielsa. Niestety bardzo ambitnie pomyślany projekt pozostawia spore uczucie niedosytu.

Daniels na przykładzie niesamowitej, arcyciekawej historii kamerdynera Cecila Gainesa (najlepszy od lat Forest Whitaker), który z plantacji bawełny ciężką pracą doszedł do pozycji głównego kamerdynera Białego Domu, chciał przy okazji przedstawić nam bogatą historię Stanów Zjednoczonych XX wieku. Niestety ambicje go w tym momencie przerosły. Co prawda sama postać Gainesa i jego rodziny została przedstawiona ciekawie, niestety cała reszta wygląda trochę jak wyciąg z przeciętnie napisanego licealnego bryku. Jest to tym większy problem, że cała postawa życiowa Gainesa powinna być odzwierciedleniem właśnie historycznych wydarzeń, których doświadczał dzięki bliskim kontaktom z kolejnymi prezydentami USA. Tutaj niestety tych przemian musimy się domyślać sami, bo sposób przedstawienia relacji kamerdynera z prezydentami nie pozwala nam na wysnucie żadnych dodatkowych wniosków. Dużo ciekawiej wypada w tym momencie ta część opowieści, w której oglądamy Gainesa w kontaktach z żoną Glorią oraz synem Louisem, choć i w przypadku tego drugiego Daniels i jego scenarzysta Danny Strong trochę za mocno „dowalili do pieca”. Louis jawi się bowiem, jako rewolucjonista, członek Czarnych Panter, bliski współpracownik Martina Luthera Kinga. Co prawda zestawienie z konformistycznym, zamkniętym w sobie Cecilem bardzo uwypukla narastający konflikt, jednak z drugiej strony odbiera mu też realizmu.

Przy tych wadach nie sposób odebrać „Kamerdynerowi” jednego – dzięki rewelacyjnej obsadzie, na czelem z Whitakerem i najlepszą ze wszystkich Oprah Winfrey, ogląda się go dobrze i chwilami naprawdę chwyta za serce, nawet jeśli jest to chwycenie w formie najprostszej, sentymentalnej, skrajnie wręcz amerykańskiej.

Zrozumiałe jest dla mnie, że „Kamerdyner” spodobał się publiczności w USA. Wszak bardzo amerykański to film, z jednej strony pokazujący kawał historii kraju, z drugiej mocno uwypuklający najbardziej istotne cechy tego narodu – że można od zbieracza bawełny dotrzeć do Białego Domu. Nie do końca typowy, bo taki na pół gwizdka, jest ten American Dream i może dlatego bardziej zjadliwy także dla europejskiej publiczności.

Stasierski_7