nauka spadania

Nick Hornby miał do tej pory sporo szczęścia do dobrych adaptacji swoich książek. Niestety kiedyś ta passa musiała się skończyć. Nieuchronny finał nadszedł wraz z pojawieniem się na ekranach filmu Nauka spadania, ekranizacji powieści Długa droga w dół.

Wszystko zaczyna się jak typowy dla Hornby’ego ironiczny komediodramat – na dachu budynku spotyka się czwórka nieszczęśliwych ludzi pragnących popełnić samobójstwo. Jest sylwester, a więc dzień w których takich aktów odwagi lub jak kto woli desperacji i tchórzostwa jest ponoć najwięcej. Nasi bohaterowie jednak zamiast zginąć, trafiają na pierwsze strony gazet jako grupa ludzi, którzy zawiązali specyficzny pakt o niezabiciu się do Walentynek. Do tego momentu fabuła Pascala Chaumeila jeszcze jako tako się układa. Zawiązanie akcji i ekspozycja bohaterów wyszła w Nauce spadania najlepiej. Potem jednak narracją zaczął rządzić głównie chaos, którego reżyser nie opanował. Przez to też Naukę spadania ogląda się z wyjątkowym trudem i narastającą irytacją, z jednej strony skierowaną wprost na przerysowane, nierówne postaci, z drugiej na Chaumeila który nie potrafi zupełnie nimi kierować, w końcu także na aktorów którzy swoimi kreacjami jeszcze bardziej odrealniają swoich bohaterów. Szczególnie mam tutaj na myśli Imogen Poots grającą Jess, która mogłaby spokojnie rywalizować z Llewynem Davisem o miano najbardziej nieprzystającej do rzeczywistości, denerwującej kreacji tego roku w kinie. Nie lepiej wypada Pierce Brosnan, który na szczęście już dawno przestał być Jamesem Bondem, co jednak nie oznacza że na dobre stał się wiarygodnym aktorem. Pod Polańskim czy Bier się udało, tutaj nie. Szczęśliwie wielce utalentowany Aaron Paul i szczególnie świetna Toni Collette (której wątek też jest najlepiej dramatycznie skonstruowany) ratują sytuację i to dla nich, jeśli dla kogokolwiek, warto obejrzeć ten gatunkowo przedziwny, niekonsekwentny, a jak na Hornby’ego ubogi w mądre myśli film. Chaumeil serwuje bowiem banał za banałem, kończąc film zgrabnym, ale niespodzianka, banalnym finałem. Robi to w formie zupełnie dla mnie niezrozumiałej i niemożliwej do skatalogowania. Pewnie ktoś powiedziałby, że to dobrze, iż filmu nie można przypisać do żadnego gatunku. Niestety w tym przypadku sytuacja jest zupełnie inna. Nauka spadania chce być bowiem komedią, ale jest nieśmieszna i w wielu momentach przeraźliwie poważna, żeby nie powiedzieć smutna. Chce być też dramatem, ale i z tą kwestią reżyser radzi sobie nomen omen dramatycznie – chwile poważniejsze są bowiem przedstawiane bez jakiejkolwiek nawet subtelności, ciężką ręką, dosłownie i do ostatniej kropki. Co zostaje? Niewydarzone, wyzute z emocji kino obyczajowe, które ani nie wzrusza, ani nie bawi. Pozostawia jedynie obojętnym.

Nawet najwięksi, fanatyczni (o ile tacy są?) fani Nicka Hornby’ego nie będą zadowoleni z Nauki spadania. Czy będą jednak rozczarowani? Przy takim nagromadzeniu przeciętności, raczej można mówić o zobojętnieniu, a to niekiedy w przypadku sztuki gorsze niż największy nawet hejt.

Nauka spadania (reż. Pascal Chaumeil)

Stasierski_5