wiezowce

Niektórzy polscy publicyści napisaliby zapewne, że już nawet do polskiego kina dotarła „lewacka” rewolucja, skoro właśnie na ekranach polskich kin zagościły „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego, pierwszy tak poważny fabularny projekt LGBT w naszym kraju. Zostawiając jednak ironię za sobą, trzeba powiedzieć, że film to naprawdę solidny, będący kolejnym dowodem, że mamy do czynienia z dużym reżyserskim talentem.

„Płynące wieżowce” nie odpowiadają oryginalnej historii. Mamy tutaj bowiem stary, dość zgrany już motyw kina LGBT, kiedy główny bohater odkrywa lub w końcu godzi się (jak w przypadku Kuby), że ta druga natura się też odzywa. Mimo jednak narzucającej się sztampowości historii, „Wieżowce” są nie tylko w polskich warunkach filmem istotnym, tyle po prostu bardzo dobrym. Istotnym, bo temat który w Polsce wciąż pozostaje trudny i kontrowersyjny, trzeba oswajać. A oswajanie go filmem, który nie jest beznadziejną publicystyką, a solidny dramatem (momentami przechylającym się niebezpiecznie w stronę melodramatu, przed czym na szczęście ratuje go sprawną ręką Wasilewski), to najlepszy sposób. Dobrze, że reżyser, który ewidentnie zna dobrze środowisko LGBT, nie stereotypizuje. Tworzy katalog niepapierowych bohaterów, którym kibicujemy, martwimy się ich problemami, cieszymy się z ich sukcesów. Historię prowadzi w dobrym tempie, nie narzucając interpretacji, a co najważniejsze tworząc pewne uniwersum, w którym homoseksualizm głównych bohaterów jest mało istotny, bo na ich miejsce można byłoby postawić każdą nieakceptowaną kiedyś lub teraz mniejszość. Wszystko to na dokładkę jest bardzo dobrze zagrane, z świetnym Mateuszem Banasiukiem i rewelacyjną Katarzyną Herman (genialną również w poprzednim filmie Wasilewskiego „W sypialni”), i  niespotykany w Polsce sposób nakręcone. „Płynące wieżowce” to sygnał, że mamy w osobie Wasilewskiego z wielkim stylistą. Czy jego kolejny film będzie podobnej jakości? Liczę na to!

Stasierski_8