behind-the-candelabra05

Ustalmy sobie najważniejsze: tytułowym Wielkim Liberace jest niejaki Władzio Valentino Liberace. Warto zwrócić uwagę i zastanowić się nad tym, dlaczego do polskiego obiegu przeszło określenie „Władzio” a nie np „Władysław”. Steven Soderbergh – reżyser przedmiotowego filmu – daje nam odpowiedź. To historia o milutkim Władziu oraz jego świcie.

Główną osią filmu jest historia Władzia (Michael Douglas), który na jakiś czas zaanektował umysł i ciało Scotta Thorsona (Matt Damon). Opowieść ta jest pełna lekkiego i niezbyt górnolotnego humoru, trochę postępowego LGBT-czadu oraz fajowskich gadżeczików z szafy i garażu Władzia. Na całość patrzy się raczej w kontekście niezobowiązującej rozrywki. Emocjonalnie nie współuczestniczymy we wzlotach
i wzruszeniach dramatycznych losów głównego bohatera. Mnie tam problemy Władzia raczej śmieszyły, niż poruszały. Na pewno najważniejszą rzeczą, którą należy wyraźnie podkreślić jest (naprawdę bez milimetra przesady) fenomenalna rola Michaela Douglas’a. Jest on w niej zabawny, wiarygodny i na swój sposób hipnotyzujący – a to powodujący, że przez cały film na Władzia się dobrze patrzy. Co więcej Douglas odrobił lekcje z impersonation, bowiem prawdziwego Władzia:

zrobił tak:

… i choćby dla niego warto iść do kina. Mimo, że słowo „Wielki” w tytule filmu wydaje się raczej zbędne, to „Wielki Liberace” to dobre kino, niezła rozrywka i w efekcie na pewno brak poczucia straconego czasu i wydanych na bilet pieniędzy.

Samołyk_7