wilk z wall street

Martin Scorsese wraca z nowym, długo oczekiwanym, filmem. Po fenomenalnym „Hugo i jego wynalazku” (najlepszy film 2012 roku wg AYWC) Marty znów zmienia gatunek i tym razem uderza w komedio-dramat. Więcej tu jednak komedii. Psychodelicznej i szalonej.

Jedno trzeba powiedzieć na wstępie – to najbardziej pojechany, dziki i nieobliczalny film w karierze Scorsese. Reżyser „Chłopców z ferajny i „Taksówkarza”, znany przecież z nieprzekłamanego i dosadnego obrazowania przemocy, tutaj uderza w „nowe bębny”. Tyle erotyzmu, wyuzdania, narkotyków oraz przekleństw kino jeszcze nie widziało! Faktem jest, że „Wilk” pobił filmowy rekord świata w użyciu słowa „fuck„. To sprośne słówko pada tutaj aż 506 razy! („Kasyno” nabiło ich „tylko” 422, a „Chłopcy z ferajny” skromne 300). Jeśli mowa o seksie to jest go tyle i w takich odsłonach, że z szacunku dla naszych młodszych czytelników nie będę przytaczał żadnych szczegółów. Jednak wszystko to i tak przysłania narkotyczna strona filmu. Scorsese często poruszał kwestię uzależnienia od narkotyków, jego niszczącej natury i związanego z nim upadku człowieka. Nigdy jednak nie zrobił tego w tak komediowy i wariacki sposób. Ilość scen ćpania, halucynogennych jazd i zjazdów jest tutaj praktycznie nie do policzenia. Główny bohater ćpa wszystko, od klasycznej kokainy po przeterminowane o 15 lat i wycofane z obiegu tabletki nasenne o niepokojących skutkach ubocznych. Zresztą tą scena, główny bohater filmu Scorsese kładzie na łopatki „Las Vegas Parano” oraz inne narkotyczne filmowe epopeje. Niepokoi trochę fakt, że film jest dozwolony od 15-stego roku życia.

Opowiadający prawdziwą historię życia Jordana Belforta film, trwa równiutkie 3 godziny. Jest to najdłuższy film Marty’ego w karierze. Uspokoję Was jednak – szaleńcze tempo opowiadanej historii w połączeniu ze znakomitą stroną warsztatową nie pozwoli się Wam nudzić. Takiego rollercoasteru w kinie dawno już nie było! Pomyśleć, że autorem filmu jest 71-letni reżyser! Dodam, że scenarzystą filmu jest Terence Winter (główny scenarzysta „Rodziny Soprano”)

Wszystko to jednak by się nie wydarzyło, gdyby nie doskonała obsada „Wilka”. Z jednym wyjątkiem, nietypowa jak na Scorsese. Jonah Hill, który już w ‚Moneyballu” udowodnił, że potrafi grać na wysokich obrotach, tutaj tylko utwierdza Nas w przekonaniu, że jest jeszcze lepszy niż myśleliśmy. Występujący w zaledwie kilku scenach Matthew McConaughey ostatecznie rozsiada się w fotelu pierwszoligowca i daje prawdziwie komediowy koncert. Jeśli ktoś przegapił jego ostatnie 2-3 lata w kinie to może go zupełnie nie poznać (i nie mówię tu o jego wyglądzie). Nawet Jean Dujardin (przereklamowany oscarowiec za główną rolę w „Artyście”) notuje tu rewelacyjny występ, wcielając się w śliskiego, szwajcarskiego bankiera. Wszyscy aktorzy tańczą tu jednak do tempa jakie narzuca Leonardo DiCaprio. A trzeba przyznać, że jest to iście demoniczne tempo. DiCaprio ostatecznie wytrąca wszelkie argumenty swoim krytykom i zalicza tutaj najlepszą rolę w swoim życiu. Leo po ostatniej fatalnej roli w Wielkim Gatsbym‚ i tylko dobrej roli w Django”, tutaj odkuwa się z fenomenalną nawiązką. Jordan Belfort w jego interpretacji to istny wulkan energii, który determinuje całą rzeczywistość wokół siebie. Jeżeli nawet nie jesteście zainteresowani samym filmem to uwierzcie, warto go obejrzeć choćby tylko dla samego DiCaprio. Na dokładkę dostajemy absolutnie przepiękną Margot Robbie (debiutującą u Scorsese na dużym ekranie, nie licząc małej rólki w „Czas na miłość”). Cieszy, że oprócz swoich niezaprzeczalnych uroków, radzi sobie aktorsko bez zarzutu, będąc równą partnerką dla DiCaprio.

Mam jednak z tym filmem pewien problem. W warstwie formalnej nawiązuje on przecież bezpośrednio do „Chłopców z ferajny” (mojego ulubionego filmu). Filmy mają niemalże bliźniaczą narrację. Co trzeba powiedzieć, jedną z najbardziej charakterystycznych metod narracyjnych, jakie zna kino. Kto zna twórczość Scorsese ten wie, o co chodzi. Reszcie radzę nadrobić zaległości. Mimo tej nieprzypadkowej asocjacji oraz podobieństw formalnych, „Wilkowi” jednak sporo brakuje do formalnego pierwowzoru. Nie twierdzę, że Scorsese mierzył się tutaj sam z sobą z dawnych lat, ale jednak dostrzegam w „Wilku” nierówne proporcje formy do treści. Więcej tu jednak formy, a treść pozostawia w Nas ciężki do zdefiniowania brak „tego magicznego i legendarnego czegoś”. Historia jest przecież ciekawa, puenta niegłupia, a całość świetnie się trzyma kupy. Naprawdę trudno mi wskazać ten determinujący pewną ułomność faktor. Może po prostu już się nie robi filmów tak jak kiedyś? Wielu pewnie przytaknie głową, ja jednak dalej zachodzę w głowę i ciągle szukam odpowiedzi na to pytanie.

Niemniej polecam wszystkim (pełnoletnim)!

Sobolewski_8

KONKURS !!!

Mamy dla Was 2 wejściówki do Kina Nowe Horyzonty na „Wilka z Wall Street”.
Sami wybieracie dzień i godzinę. Warunkiem przystąpienia do konkursu jest udzielenie prawidłowej odpowiedzi na poniższe pytanie:

„Ile filmów stworzyli wspólnie Martin Scorsese i Leonardo DiCaprio?

Odpowiedzi ślijcie na kontakt@areyouwatchingclosely.pl

Wyniki konkursu w niedzielę o 20.00 na naszym profilu facebookowym.