zniewolony

Czas przyjrzeć się uważnie najgłośniejszemu filmowi sezonu oskarowego. Czy rzeczywiście jest taki dobry, czy może zdecydowanie przereklamowany? Jako, że w naszej blogowej redakcji głosy są trochę podzielone, przedstawiamy Wam „recenzje na trzy pióra” by każdy z nas mógł rozprawić się z dyskutowanym filmem na swoich własnych warunkach.

Jakie miałeś oczekiwania?

Sobolewski: Umiarkowane. Trochę obawiałem się wejścia McQueena na hollywódzki grunt produkcyjny i budżetowy. Zachwyt krytyki już nie zastanawiał, jednak recepcja tego filmu przez wszelkie możliwe kapituły branżowe, ze Złotymi Globami i Oscarami na czele, stanowiła pewne nieoczekiwane novum. Wcześniejsze filmy McQueena, zbierając bardzo dobre recenzje rozbijały się jednak o niemoc dotarcia do szerszej publiki. Tutaj ze wspomnianych już względów produkcyjnych i dużo większej wydanej kasy, istniała obawa, że swoboda artystyczna McQueena zostanie uszczuplona. Z takimi też myślami wchodziłem do sal kinowej.

Stasierski: Nie za wysokie z kilku powodów. Pierwszym była niepewność co do samego McQueena, który zachwycił fenomenalnym, świeżym, przeszywającym „Głodem”, a rozczarował i zniesmaczył „Wstydem”. Drugim, sztampowa i ograna do bólu tematyka amerykańskiego niewolnictwa, o którym ciężko już zliczyć jak dużo filmów powstało. W końcu też wejście McQueena już na poważnie do Hollywood, które robi z niezależnymi filmowcami wiele dobrego, ale i wiele złego.

Samołyk: Wygórowane. Steve McQueen już swoim pierwszym filmem „Głód” zainteresował mnie tak bardzo, że z marszu dołączył do kilkuosobowego grona reżyserów, na których filmy czekam jak na godzinę siedemnastą w każdy piątkowy, pracujący dzień. „Wstyd”, który uważam za jeden z najlepszych filmów ostatnich dziesięciu lat, poruszył mnie inaczej, ale z równą siłą. Trzymam się zasady nieczytania recenzji przed obejrzeniem filmu i staram się – jak najbardziej to możliwe – odizolować od towarzyszącej filmowi medialnej otoczce. Rzecz jasna, nie udało mi się przefiltrować informacji o oskarowych nominacjach dla „Zniewolonego”, czy o pierwszej w historii rezygnacji McQueena z napisania autorskiego scenariusza. Standardowo obejrzałem również zwiastun filmu. Po wszystkich powyższych wiadomościach poczułem się dokładnie tak jak wtedy, gdy tuż przed randką,  jako kilkunastoletni szczun, otrzymywałem nagły telefon od nowo poznanej dziewczyny, w której byłem zadurzony po uszy. Poczułem niepokój.

No i co czułeś po wyjściu z kina?

Sobolewski: Katharsis. Wynikało ono zarówno z mocy samego filmu, jak i z oczyszczenia się ze wszelkich obaw artystycznych dotyczących podjętego przez McQueena wyzwania. Film robi wrażenie narzuconą sobie dyscypliną.
Z prostej historii McQueen wyciska wszystkie soki, aż do suchej skórki. Realia niewolniczego Południa Ameryki przedstawia z charakterystycznym dla siebie pietyzmem. Daleki jest jednak od wyolbrzymień i parabol. Zaprezentowana wizja uderza widza niczym bicz plantatora. Od pierwszej sceny zniewolenia, możemy niemalże na własnej skórze przeżyć, niewyobrażalne dla człowieka XXI wieku, poczucie utraty podmiotowości ludzkiej (fenomenalnie zgrzyt łańcuchów drażni w tej scenie poczucie komfortu widza). Cenie sobie wysoko u McQueena jego manierę wytrącania widza ze strefy komfortu. Filmów o niewolnictwie powstało sporo, jednak żaden nie był tak namacalnie bolesny jak ten.

Stasierski: Emocjonalne zmasakrowanie mieszające się z zachwytem. McQueen powrócił do stylu znanego z „Głodu”. Zrobił film absolutnie poruszający do głębi, trudny, z wydźwiękiem dla Amerykanów którego nie mogli się spodziewać. Co najważniejsze po raz kolejny udowodnił swoją bezkompromisowość, czyli cechę która zaprowadziła go poprzednio zarówno do tryumfu, jak i do porażki. Tym samym McQueen pokazał, że jest filmowcem konsekwentnym, ale też świadomym, że nie jest to wystarczająca do sukcesu cecha. Potrzeba jeszcze warsztatu, który Anglik ma niewątpliwy, czego dowodem niech będzie fakt, że mimo ogrania historii, swoistej jej przewidywalności, widz ani przez chwilę nie jest znużony, nie czuje jej powtarzalności. Czuje za to wydźwięk historii Salomona Northupa, w której splatają się w sobie bezsilność głównego bohatera na przeciwności losu z jego nieprawdopodobną determinacją z jaką dąży on do uwolnienia. Czuje też, i to chyba najbardziej porażające, jakby się samemu wpadło w niewolę tej wizji którą roztacza McQueen – nieprzyjemne to, ale i niesamowicie satysfakcjonujące uczucie.

Samołyk: Poczułem to, co czuje się gdy twoja partnerka w trakcie randki kręci nosem, przebiera nogami, jest niepokojąco zamyślona, smutna i zbiera się jej na frazes „chce ci coś powiedzieć”. Po wyjściu z kina poczułem się tak, jakby zadzwoniła i powiedziała, że musimy się rozstać. Smutek, niedowierzanie, zawód. Moim zdaniem McQueen popełnił zasadniczy błąd, który rzutował na mój osobisty odbiór filmu: wybór historii. Czego spodziewalibyście się po filmie o niewolniku? Plantacji bawełny, batów, złych i dobrych białych, płaczu, nadziei i happy endu? To wszystko i nic więcej od McQueena dostaliśmy. Nie potrafię zrozumieć dlaczego reżyser zdecydował się na taki temat i dlaczego po raz pierwszy zrezygnował z napisania swojego scenariusza. Portretowana przez McQueena rzeczywistość jest tak odległa, przeszła i obca, że z straszliwą tęsknotą wspominam historie i emocje moje z nimi związane, przedstawione w „Głodzie” i „Wstydzie”. Film nie pozostawił mnie jednak w rozpaczy. Nie jest tak zły, jak może wynikać z tego co mówię. Wypełnia mnie po prostu osobisty gniew. Bo przecież zawsze – mimo wszystko – wspomina się również i te miłe chwile przeżyte z partnerką: że nie było tak źle i że jest szansa, że do ciebie wróci. Musi tylko parę rzeczy przemyśleć.

Co Ty na te 9 nominacji do Oscara?

Sobolewski: Brawa dla Akademii za odwagę w docenieniu tego filmu. To gorzkie dla Ameryki kino. Znakiem czasu niech będzie fakt, że zaczyna się dostrzegać filmy niewygodne i nie pisane po kluczu wybielenia się z własnych win. Nominacja dla Chiwetela Ejofora nie powinna dziwić, bo to nagłe uderzenia ze strony aktora, znanego dotychczas z drugoplanowych i raczej mało zauważalnych kreacji. I tak jak ‚Django’ Tarantino kulało z powodu przeciętności kreacji Jaimiego Foxxa, to „Zniewolony’ posila się ze znakomitym skutkiem kreacją Ejofora. Docenić należy (dla niektórych kradnącego show) Michaela Fassbendera, który z nawiązką odbija się tu za swój wybryk w „Adwokacie”. Aktorsko wrażenie robi także demoniczny Paul Giamatii jako handlarz niewolników oraz niepodrabialny Brad Pitt w epizodycznej, acz bardzo ważnej dla opowiadanej historii, roli. Kolaboracja Hansa Zimmera z McQueenem stanowi pewne kuriozum, które jednak wychodzi filmowi na duży plus. Podniosłe i enigmatyczne brzmienia charakterystyczne dla Zimmera mieszają się tutaj z dynamicznymi przerywnikami oraz gospelowymi pieśniami. Niezrozumiałym pozostaje jednak fakt, że Akademia pominęła przy nominacjach Seana Bobbita (zdjęciowa poprzednich filmów McQuenna). To właśnie wysmakowane zdjęcia opowiadają dużą część historii. Dla przykładu mogę tu wskazać sekwencje przejścia kompozycyjnego z młynem napędowym parowca na początku filmu, czy też scenę palenia się listu Salomona, na który patrzymy aż do wypalenia się ostatniej iskry kończąc ostatecznie w zupełnej ciemności.

Stasierski: Akademia pokazała, że nie jest jedynie zbieraniną starych ludzi, którzy cenią tylko kino lekkie, łatwe i przyjemne. Podwójne dla niej brawa nie tylko ze względu na to, że potrafiła docenić wielkie kino, bo to jej się w przeszłości zdarzało. Potrafiła docenić też kino uderzające w samo serce amerykańskiej tożsamości, przedstawiające najczarniejsze karty historii ich kraju bez skazy. 9 nominacji więc cieszy, ale też smuci, bo obok słusznie wyróżnionych Chiwetela Ejiofora, który wraz z Balem, McConaughey, DiCaprio i niewidzianym jeszcze Dernem, tworzą najmocniejsze zestawienie tegorocznego rozdania, oraz Michaela Fassbendera, który nie wiedzieć czemu nie należy do grona faworytów swojej kategorii, w najlepszych piątkach zabrakło miejsca dla operatora Seana Bobbita oraz co mnie boli najbardziej dla Hansa Zimmera. Niemiecki kompozytor, jak twierdzi wielu, powtarza się od lat. Mimo to dostawał nominacje za takie ścieżki jak chociażby do „Sherlocka Holmesa”. Tymczasem tutaj udało mu się stworzyć ścieżkę absolutnie fantastyczną, która odstaje mocno od tego co prezentował dotychczas. Za powtarzalność Akademia nagrody przyznaje, za oryginalność nie. Oby to nie była wróżba dla całego filmu, który do czasu wydawał się pewnym kandydatem do Złota. Czy jednak w Akademii nie wygra znowu myślenie o lekkim, łatwym i przyjemnym? Pamiętamy przecież „Argo” czy „Jak zostać królem”. Ja kibicuję „Zniewolonemu”

Samołyk: Wiem, że ocieram się o bluźnierstwo ale… nie znoszę Oskarów. Nie chodzi mi tu o jakieś uber hipsterstwo czy tanią nienawiść do mainstreamu. Chodzi mi np. o to, że nie było jeszcze takiego roku oskarowego (za mojego żywota), w którym wygrałby mój film roku. Ba, bardzo często zdarzało się,  że nie otrzymywał nawet nominacji. Pytam np. gdzie są tegoroczne nominacje dla „Kongresu”, „Tylko Bóg wybacza” albo „Only Lovers Left Alive”? To dla mnie nagrody bez znaczenia. W negatywnym sensie nabierają go tylko wtedy, gdy kuszą i machają rzęsami przed moimi ulubionymi twórcami. Odczuwam wtedy niepokój. Odnosząc to do „Zniewolonego”, moje obawy namacalnie odzwierciedliły się m.in. w na wyrost eksploatowanym motywie muzycznym Hansa Zimmera – którego muzyki nie znoszę, bo kojarzy mi się z amerykańską flagą, powiewającą wśród łez pięknych kobiet lub „dramatycznych” zwrotów akcji, w których uczestniczą eleganccy mężczyźni. „Oskarowy” jest właściwie cały ten film, a szczególnie motyw jego rozwiązania i zakończenia, które w kontekście twórczości McQueena było dla mnie największym zawodem. Wracając jeszcze do porównania lajfstajlowego…. Jak zareagowalibyście gdyby wasza dziewczyna dostała nominację do nagrody za najbardziej fajowo-kiczowatą duszę w mieście? Nie miałoby to dla Was żadnego znaczenia, a jedynie zmartwiło, że ktoś w niej dostrzegł szansę na tę nagrodę.

Czy to krok w przód czy w tył dla McQuenna?

Sobolewski: W przód. McQueenowi na dobre wyszło większe zdyscyplinowanie produkcyjne rozwijając u niego, względem poprzednich filmów, silniejszą linię narracyjną. Wcześniej, co nie jest zarzutem, McQueen lepił swoje filmy bardziej w oparciu o samych bohaterów i sposób w jaki zdjęcia i montaż dopowiadały resztę. Tutaj reżyser dołożył jeszcze mądrze napisaną linię narracyjną, która wzbogaca sposób, w jaki ten film został przedstawiony i opowiedziany. Cieszy to, że McQueen znalazł punkt równowagi między niezależnością, a współpracą z dużymi wytwórniami. Niemałą zasługą w wywalczeniu swojego kawałka ziemi jest fakt, że współproducentami filmu są Brad Pitt (Plan B to jego studio) oraz scenarzysta John Ridley, którzy stworzyli finansowy bufor bezpieczeństwa między interesami dużego studia, a niezależnością artystyczną reżysera.

Stasierski: Bezapelacyjnie krok w przód. I nie chodzi tylko o fakt, że „Wstyd” jest filmem, o którym McQueen jak najszybciej powinien zapomnieć, a bardziej o to, że udało mu się zrobić film w Hollywood (bo nie oszukujmy się, że ten klimat czuć w „Zniewolonym”) zachowując przy tym pełnię twórczej suwerenności. Widać tu bowiem specyficzny styl Brytyjczyka, którego nie da się podrobić. Widać też niezmiennie wyborną pracę z aktorami (nawet Paul Dano gra u niego dobrze!). Widać w końcu, że McQueen jest reżyserem, mimo że poruszającym się wokół podobnej tematyki,  rozwijającym się pod względem prowadzenia dramaturgii, kreślenia postaci, pomysłów fabularnych. Przy „Zniewolonym”, „Wstyd” można więc uznać za wypadek przy pracy, która zmierza w bardzo dobrym kierunku.

Samołyk: Pół chwiejnego kroku do tyłu z potknięciem. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że w „Zniewolonym” McQueen zaprzedał duszę Hollywood i naruszył swoją niezależność. Gdzieś między tą sztampową historią reżyser przemyca jednak swój styl, pokazując nam jak pięknie można kino skadrować, uchwycić jego światło i ostrość czy wrażliwie wyczuwać struktury i esencje. W „Zniewolonym” jest też świetna, flagowa dla McQueena, „przedłużana scena”. W „Głodzie” było nią czyszczenie korytarza z moczu, we „Wstydzie” intrygujące przedstawienie biegnącego po Nowym Jorku Brandona Sullivana. W „Zniewolonym” obserwujemy reżyserski popis w scenie, w której szyję głównego bohatera oplata sznur. Jednak z drugiej strony McQueen prowadzi mnie przez historię, dla której nie mam empatii, a rzekome dwanaście lat niewoli przedstawia w taki sposób, że mam wrażenie, że trwa ona rok lub dwa. Mamy też przerysowaną postać Samuela Bassa (Brad Pitt), wyjętego jakby z innej bajki i sprawiającego, że czuję Steve, że coś mocno poszło nie tak… Słowem, kochanie… popełniłaś mała gafę, ale wybaczam ci. Obiecaj tylko, że będziesz taka jak kiedyś.

Sobolewski_8

Stasierski_9

Samołyk_6

KONKURS !!!

Mamy dla Was 2 wejściówki do Kina Nowe Horyzonty na „Zniewolonego”.

Sami wybieracie dzień i godzinę. Warunkiem przystąpienia do konkursu jest udzielenie odpowiedzi na poniższe pytanie:

„Jaka jest Twoja ulubiona rola Michaela Fassbendera w karierze? I dlaczego właśnie ta?

Odpowiedzi ślijcie na kontakt@areyouwatchingclosely.pl

Wyniki konkursu w niedzielę o 20.00 na naszym profilu facebookowym.