Jeszcze 15 lat temu dziennikarstwo śledcze miało zupełnie inny charakter. Żeby uzyskać informację, nie wystarczyło poszperać w internecie i wykonać kilku telefonów. Tematów szukało się na ulicy. Tam właśnie znaleźli się bohaterowie Spotlight, filmu opartego na nagrodzonym Pulitzerem śledztwie gazety The Boston Globe.

W 2001 ekipa Spotlight po wodzą Waltera Robinsona (w tej roli znakomity Michael Keaton) ujawniła skandal pedofilski w bostońskim kościele oraz mechanizmy tuszowania procederu przez kurię, w który zaangażowany był bezpośrednio sam arcybiskup Bostonu kardynał Bernard Law. W wyniku ich śledztwa ujawniono kilkadziesiąt przypadków księży, którzy na przestrzeni lat wykorzystywali seksualnie dzieci, za co nigdy nie spotkała ich kara. Większość z nich była wielokrotnie przenoszona z parafii do parafii, nierzadko kontynuując swoje praktyki.

Dziennikarze The Boston Globe napisali na ten temat około 600 artykułów, pokazując proceder niemal do samego dna. Wiele ofiar księży ujawniło się po latach, a arcybiskup Law stracił stanowisko (co z tego, że później trafił do samego Watykanu – tak po prostu działa ta instytucja). Spotlight zatrzymuje się jednak zanim poznajemy efekty działań zespołu dziennikarzy Robinsona. Tom McCarthy w chirurgiczną precyzją i godną wielkiego szacunku rzetelnością ukazuje drogę do ujawnienia prawdy. Ryzyko, że taką historię potraktuje się w sposób nadmiernie emocjonalny i tabloidowy, było ogromne. Jednak McCarthy zna swój fach, wiedział, że pretensje do historii doprowadziłyby do odebrania jej dużo wiarygodności.

Neal-Huff-

Dlatego wybrał drogę odwrotną – Spotlight jest więc konstrukcją niezwykle dokładnie przemyślaną, od początku do końca ułożoną. McCarthy prowadzi fabułę sprawną ręką, dbając o napięcie, a nie o emocje. Wie bowiem, że jeśli uda się wytworzyć wystarczająco tego pierwszego, to drugie przyjdzie samo. Tak właśnie się dzieje w Spotlight. Emocje, przyznam negatywne w stosunku do ukazywanych zjawisk, pojawiają się przy okazji, wraz ze stopniowym rozwojem fabuły. Kontrola to słowo, które charakteryzuje scenariusz McCarthy’ego i Josha Singera. Kontrola nad wiarygodnym, mocnym pokazaniem zjawiska, ale głównie nad jak najbardziej szczegółową prezentacją śledztwa dziennikarskiego, bez dokładania własnych, daleko idących komentarzy czy ocen. Właśnie ten nieoceniający ton, mający mocno dokumentalistyczny charakter, cenię w tym filmie bardzo mocno. Ale też to, że śledztwo w Spotlight ogląda się jak dobrą lekcję historii – tak już nie funkcjonują zespoły śledcze w gazetach.

Jednak głównym atutem film jest jego obsada. Spotlight to idealny przykład tego, co Amerykanie nazywają ensemble acting. Nie ukrywajmy, grają tuzy Hollywood – powracający po latach posuchy Keaton, Ruffalo, Tucci, McAdams, Schreiber, znany dotychczas bardziej z telewizji Slattery. Grają znakomicie, wszyscy bez wyjątku. Każdy z nich ma swoje pięć minut, jednak co najważniejsze każdy też powściąga swoje ego na tyle, aby nikt nie zagarnął tego filmu dla siebie. Oczywiście Ruffalo ma swój genialnie zagrany emocjonalny wybuch, a Tucci bryluje z niemożliwą do ogarnięcia czupryną. Nie zmienia to jednak faktu, że jak ekipa Spotlight, tak i ta aktorska ekipa musi być traktowana jak zespół. Jeden z najlepszych aktorskich zespołów ostatnich lat! Tom McCarthy, poza reżyserią, jest też przyzwoitym aktorem. Widać jak czuje obsadę, jak dobrze wie co im poradzić, a oni co ważne ufają mu. Efekt jest momentami magiczny.

spotlight

Dlaczego w końcu warto ten film bez wątpliwości obejrzeć? Ze względu na tematykę, szokującą, ale ważną, bo tyle lat ile Kościół Katolicki nie wypowiadał się na temat pedofilii wśród księży, tyle samo lat powinien przepraszać za ten proceder i dążyć do reformy w swoich szeregach. Takie filmy, będące nie tylko banalną publicystyką, ale po prostu rewelacyjną filmową robotą, muszą pomóc w tych zmianach.

Stasierski_8