Bękarty kina: psychoseksualna energia Blue Velvet

Niewinna piosenka przekształcona przez Davida Lyncha w ponury fetysz – uwielbiam!

Bękarty kina – są przeciwieństwem mainstreamowych filmowców. Najlepiej wychodzi im wkurzanie widzów i krytyków, wzbudzanie w nich niepokoju, a czasem najlepiej wychodzą im… porażki. To oni są bohaterami mojego cyklu o podtytule „Napluję na wasze gusta filmowe”.

EF8CEY KYLE MACLACHLAN BLUE VELVET (1986)

Klimat i sceneria niczym z kina noir, romans młodego chłopaka ze starszą kobietą- fatalną (a nie odwrotnie!) i psychoseksualna energia, o której pisał James Hoberman. Nie ukrywam, że mam słabość do filmu Blue Velvet.

Michael Aktinson podzielił się taką oto refleksją na jego temat:

„Wydaje się, że bohater szuka sceny pierwotnej, jak gdyby próbował podglądać rodziców w zakazanym rytualne seksu”.

Sam Ishii – Gonzales dodał zaś:

„Problemem człowieka – wilka nie była scena pierwotna, której był świadkiem, mając półtora roku; problem powraca z zupełnie innego powodu”.

Blue Velvet kręci się wokół fantazji i tajemnicy pożądania. David Lynch unika widoku genitaliów i teatralną scenę pełną seksualnej przemocy buduje wokół niewidzialnej obecności. Przedstawiając seks, jednocześnie go zakrywa.

Ponoć w latach 90tych wielu młodych Amerykanów (i pewnie nie tylko) oglądało ten film sekretnie na kasetach wideo jako zakazany owoc traktujący o brutalnym seksie. Było to dla nich dzieło przełomowe, wyznaczające granice ich dorosłości.

Kto wie, być może racje miał Michel Foucault, gdy napisał:

„Perwersyjność nowoczesnego społeczeństwa nie występuje wbrew jego purytanizmowi ani jako przeciwwaga hipokryzji; to społeczeństwo jest perwersyjne prawdziwie i bezpośrednio”.

O tym m.in. opowiada to filmowe arcydzieło, które wciąż niesamowicie działa na moją wyobraźnie!

 

READ MORE


Bękarty kina: Erotyzm szalonej miłości w „Imperium zmysłów”

Film Nagisy Oshimy łączy pornograficzną dosadność z erotyzmem szalonej miłości. Bardzo to szanuję.

Bękarty kina – są przeciwieństwem mainstreamowych filmowców. Najlepiej wychodzi im wkurzanie widzów i krytyków, wzbudzanie w nich niepokoju, a czasem najlepiej wychodzą im… porażki. To oni są bohaterami mojego cyklu o podtytule „Napluję na wasze gusta filmowe”.

„Imperium zmysłów” można było zobaczyć na dużym ekranie w czasie tegorocznej edycji MFF T-Mobile Nowe Horyzonty. To klasyk kina zaliczający się do tak zwanego erotyzmu hardcore’owego. Film został zakazany w wielu krajach, ponieważ zarzucano mu epatowanie pornografią. Co ciekawe, z kolei jego obrońcy kontrargumentują, że do pornografii mu daleko.

Empire_des_sens_-_Photo_3.jpg_max

Reżyser powiedział natomiast:

„Pojęcie obscenów można poddać w wątpliwość, jeśli spróbuje się spojrzeć na coś, co jest naszym zdaniem zakazane, a mimo to ogromnie, niebywale interesujące. Kiedy uznamy, że widzieliśmy wszystko, co nas pociąga, pojęcie obsceniczności zniknie, a razem z nim wszystkie zasady; powstanie miejsce dla wyzwolenia (…) W ten sposób filmy pornograficzne stają się poligonem pojęcia obsceniczności. Wychodząc z tego założenia, możemy przyjąć, że pornografia przynosi oczywiście korzyści. Powinna jak najszybciej otrzymać należne jej miejsce”.

Czy dosadne przedstawienie seksu i artyzm mogą iść ze sobą w parze? Ten film dowodzi, że jak najbardziej.
Owe dosadne akty seksualne mocno przypominają pozy z obrazów shunga („oblicza wiosny”, tradycja erotycznych drzeworytów robionych ręcznie przez najlepszych japońskich artystów i wychwalająca seksualne praktyki z dzielnic rozkoszy, przeżywała okres świetności aż do połowy XIX wieku. Później do akcji wkroczyli cenzorzy). Manipulując pozami i ustawieniem postaci podczas scen seksu, Oshima odnosi się w tym filmie właśnie do sztuki shunga.

Empire_des_sens_-_Photo_8.jpg_max

Jak słusznie zauważyła filmoznawczyni Linda Williams, „Imperium zmysłów” kultywuje nowy, jak na tamte czasy, rodzaj erotyczno-pornograficznej fantazji:

„Kobiecy rytm ekstazy wyznacza standard, do którego musi aspirować orgazm mężczyzny. Właśnie ten element decyduje o odmienności dzieła Oshimy”.

To opowieść o miłości, która opiera się na metaforze walki byków, a reżyser, przedstawiając wizję prawdziwie hardcorowego erotyzmu, wykazał się wielką odwagą. Szacunek.

READ MORE


Bękarty kina: „Synekdocha Nowy Jork”

Kiedy oglądałem Synekdochę… po raz pierwszy, śmiałem się dość nieśmiało i mało entuzjastycznie. Nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby Kaufman wraz ze swoim bohaterem wręcz umierali w trakcie seansu ze śmiechu.

Bękarty kina – są przeciwieństwem mainstreamowych filmowców. Najlepiej wychodzi im wkurzanie widzów i krytyków, wzbudzanie w nich niepokoju, a czasem najlepiej wychodzą im… porażki. To oni są bohaterami mojego cyklu o podtytule „Napluję na wasze gusta filmowe”.

Chciałbym, żeby powstał kiedyś film w reżyserii Charliego Kaufmana, w którym Tom Waits zagrałby neurotycznego Rona Perlmana próbującego wcielić się w Toma Waitsa w filmie Kaufmana.

Jestem fanem Adaptacji, Być jak John Malkovich, ale przede wszystkim Synekdochy Nowy Jork. Ostatni z tych filmów jest niezwykły, odważny i bardzo wyjątkowy. W swojej strukturze przypomina labirynt, a inspiracją dla jego powstania były m.in. recenzje nieistniejących książek autorstwa Stanisława Lema. Coś czuję, że Kaufman podziela też lemowski pesymizm. Nie ukrywam, że zagubiłem się w tym filmie bez reszty i bez pamięci.

syn

Główny bohater tego filmu wydaje mi się zarazem bardzo kafkowski, będąc swego rodzaju nagim człowiekiem w tłumie ubranych. Jako widz przyglądałem się w trakcie seansu pracy i codziennemu życiu tego metafizyczno- tajemniczego artysty, u którego – jak u Kafki czy Zbigniewa Cybulskiego – wszystko jest zbyt późno. Zarówno film, jak i spektakl lokują się poza granicami teatru, kina i literatury, a przede wszystkim świetnie wyrażają alienację współczesnego człowieka (wraz z kafkowsko – kaufmanowskim metafizycznym uśmiechem).

Nie jestem pewien, czy w pełni zrozumiałem, o co w filmie Kaufmana chodzi. Kiedy oglądałem Synekdochę… po raz pierwszy, śmiałem się dość nieśmiało i mało entuzjastycznie. Nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby Kaufman wraz ze swoim bohaterem wręcz umierali w trakcie seansu ze śmiechu.

Wielcy twórcy teatralni i filmowi są czasem skłonni wystawić się na ryzyko porażki, szukając nowych środków wyrazu. Podobnie postępuje bohater Synekdochy… (a może także jej reżyser?), który, dokonując destrukcji teatru (i filmu), zabrał mnie w rejony, o których wcześniej mi się nie śniło. Nurzając się w bezlitosnej dramaturgii własnego „ja”, niesamowicie trafił w punkt i mnie poruszył.

 

 

 

READ MORE


Bękarty Kina: Crimson Peak – emocje to nowy punk

Być może film Crimson Peak rozczarował tych, którzy oczekiwali, że obejrzą horror, tymczasem to przepiękny gotycki romans, który stawiam w jednym rzędzie z Draculą Francisa Forda Coppoli.

Bękarty kina – są przeciwieństwem mainstreamowych filmowców. Najlepiej wychodzi im wkurzanie widzów i krytyków, wzbudzanie w nich niepokoju, a czasem najlepiej wychodzą im… porażki. To oni są bohaterami mojego cyklu o podtytule „Napluję na wasze gusta filmowe”.

W tym filmie Guillermo del Toro umieścił wszystko, co kocham – jest przerażający, groteskowy, pełen napięcia, ale przede wszystkim – emocji. To przepiękny gotycki romans, który oczarował mnie w warstwie wizualnej.

crim

Reżyser Crimson Peak nie boi się mówić o tym, jak ważna jest dla niego miłość i że emocje to dla niego nowy punk. Jego zdaniem we wszechświecie są tylko dwie siły – miłość i strach.

„To zabawne, że kocham strach jako gatunek, ale jednocześnie celebruję miłosne uczucie. Uważam, że lęk jest najlepszy, natomiast wiara w miłość daje ci dostęp do przeszłości. Kiedy się czegoś obawiasz, stajesz się zakładaniem przeszłości – lęków, wspomnień i użalania się nad sobą. Ucieczką od tego jest właśnie pokochanie kogoś” – mówi Del Toro.

W pełni się z nim zgadzam. O triumfie miłości opowiadają dwa filmy grozy, które bardzo cenię – Dziecko Rosemary Nieustraszeni pogromcy wampirów Romana Polańskiego.

Obu tych filmowców, poza empatią i umiejętnością budowania suspensu, łączy perfekcjonizm i wyczucie detali. Żeby wzbudzić w widzach grozę i poczucie realizmu, Del Toro wraz z ekipą filmową wybudowali większość dworu, w którym rozgrywa się akcja Crimson Peak. Umieszczenie w tym domu (zainspirowanym, jak mniemam, Mroczną Wieżą z poematu Roberta Browninga), prawdziwych dzieł sztuki, pianina i kominka, ale przede wszystkim kiczowatych i zaskakujących dekoracji dało niesamowity efekt, czyniąc go intrygującym, a zarazem zagadkowym i być może najważniejszym bohaterem filmu. Ogromne rozmiary tego budynku wywołały we mnie smutek i alienację. Wydaje mi się, że mistrz literatury grozy Edgar Alan Poe byłby z tego domu dumny!

crim4

Nie ukrywam, że intryguje mnie również kolorystyka tej produkcji (przypominająca stare fotografie!) i po seansie zastanawiałem się, dlaczego poszczególne duchy mają takie, a nie inne kolory. Moją uwagę przykuły też dźwięki (odgłosy np. pociągów i klaksonów) i elementy nadprzyrodzone.

Crimson Peak to zresztą dla tego reżysera z wielu powodów bardzo osobisty i ważny film. Jednym z nich jest to, że został zainspirowany… przeżyciami jego matki (sam też twierdzi, że spotkał duchy. Swoją drogą, chciałbym choć na chwilę znaleźć się w jego głowie). Nieprzypadkowo na początku tego tekstu przywałowałem cytat z Del Toro o strachu i miłości. Odnoszę wrażenie, że dzięki niemu lepiej zrozumiałem, co reżyser chciał tym filmem powiedzieć. To zarazem przepiękny list miłosny do kina.

crim5

Coś czuję, że w tym filmie kryje się jeszcze sporo tajemnic i zagadek, które aż proszą się o to, by je odkryć. Czy bohaterka nazywa się Edith na cześć pisarki Edith Wharton, która pisała książki o duchach? Czy filmowiec inspirował się także… Wichrowymi wzgórzami?

Wiem jedno – na pewno jeszcze do tego filmu wrócę.

 

 

READ MORE