Jak Kapitan Faggotron odmienił życie Harveya Rabbita [WYWIAD]

– Film „Kapitan Faggotron ratuje świat” pomógł mi odnaleźć moją drogę, a dwie osoby z ekipy filmowej w trakcie zdjęć do tej produkcji zrobiły coming outy i okazało się, że są niebinarne – mówi z rozmowie z Watching Closely Harvey Rabbit, reżyser filmu „Kapitan Faggotron ratuje świat”, który będzie można zobaczyć w trakcie 23. MFF mBank Nowe Horyzonty w ramach sekcji Nocne Szaleństwo, której jesteśmy patronem medialnym. Program festiwalu znajduje się TUTAJ.

Michał Hernes: To zabawne, że spotkaliśmy się na ten wywiad w Boże Ciało.
Harvey Rabbit: W co?

To katolickie święto.
Rozumiem. Jestem Żydem, to więc dziwne, że bohaterem mojego filmu jest ksiądz. Nie jestem na bieżąco z kościelnymi świętami, ale w Niemczech także mamy ich sporo i nagle okazuje się, że różne miejsca są tego dnia nieczynne.

Skąd w takim razie wziął się ten bohater?
Dlaczego zdecydowałem, że bohaterem filmu będzie ojciec Gaylord? Mówiąc szczerze, nie wiem, skąd się wziął i dlaczego jest księdzem. Postacie Kapitan Faggotrona i Queen Bitch stworzyłem w oparciu o grające je osoby – są częścią mojej społeczności, to moi przyjaciele. W tych bohaterach jest coś z ich osobowości. Scenariusz filmu zacząłem pisać w 2016 roku. Jestem transseksualną osobą, ale nie dokonałem wtedy jeszcze coming-outu. Mieszkałem wówczas w Berlinie i dowiedziałem się, że doszło do strzelaniny w nocnym klubie Pulse w Orlando. Byłem tym bardzo przygnębiony i zaniepokojony, to mnie paraliżowało. Możliwe, że spotykałem się wówczas z osobą o katolickich korzeniach.

Captain Faggotron Saves the Universe

W każdym razie napisałem pierwszych dwanaście stron scenariusza i tak zarysował się szkielet tej opowieść. Jednym z jej bohaterów jest ojciec Gaylord. Jak mogłeś się domyślić w trakcie seansu, kocham filmy Johna Watersa. Z mojej perspektywy katolicyzm jest bardzo kampowy – jest w nim coś przegiętego. Mam na myśli wszystkie te rytuały i kostiumy. Gdy byłem dzieckiem to miałem bardzo dużo katolickich przyjaciół i chodziłem z nimi na msze. Sceneria dużej katedry, odbywające się tam obrzędy, ich oprawa, cała ta etykieta i grana w katedrze muzyka w jakiś sposób wywarły na mnie wpływ. Wydały mi się interesujące, choć nigdy nie wyznawałem tej religii.

Pochodzę ze Stanów Zjednoczonych, a w USA to nie katolicyzm jest problemem, tylko fundamentalni ewangeliccy chrześcijanie, którzy kompletnie przekręcają i wypaczają słowa Jezusa. Jezus to gość, który tak naprawdę był niczym queerowy hipis – chciał, żebyśmy wszyscy byli dla siebie mili. Dostrzegam w tym sprzeczność – religijne osoby wyznają nienawistną ideologię będącą przeciwieństwem tego, czego uczy ich religia. Ja z kolei kocham epokę baroku, a dzieła sztuki, muzyka i katolicyzm z wszystkimi ich niuansami wydają mi się bardzo barokowe.

Mój najlepszy przyjaciel z czasów, gdy chodziłem do szkoły podstawowej był meksykańskim katolikiem. To coś, czego nie mamy w Europie – Meksykanie dołożyli do katolicyzmu swoich świętych i obrzędy. Dla mnie katolicyzm jest niczym matka – z jednej strony jest kochająca i ciepła, ale z drugiej dusi cię i zahamowuje.

Rzuciło mi się w oczy, że w „Biblii” nie ma informacji o seksualności Jezusa.
Tak naprawdę dysponujemy tymi informacjami. Jezus spędzał cały czas z dwunastoma mężczyznami, a jego jedyna żeńska przyjaciółka była pracowniczką seksualną. Czy nie mówi ci to, że był gejem? Nikt nic nie wie o seksualności Jezusa, ponieważ w biblijnych czasach nie było podziału na osoby homoseksualne i heteroseksualne. Pojęcia i idee homoseksualizmu i heteroseksualizmu są bardzo współczesnym wynalazkiem.

Wcześniej ludzie po prostu robili to, co chcieli. Mam na myśli chociażby antycznych Greków – to byli uczeni mężczyźni, a ich żony były niewykształcone. Kobiety rodziły potomstwo, sprzątały, gotowały i wykonywały obowiązki żon, mężczyźni wychodzili zaś na rozmowy, w trakcie których wchodzili ze sobą w głębokie relacje. Starsi uczeni mieli romanse z młodszymi studentami. Przypominało to związki z tatuśkami. Z kolei kobiety zostawały na całe dnie same i spędzały ten czas we własnym gronie, również wchodząc ze sobą w głębokie emocjonalne związki. Jestem przekonany, że uprawiały ze sobą seks, podobnie jak mężczyźni. Całe społeczeństwo antycznej Grecji było więc bardzo gejowskie.

Captain Faggotron Saves the Universe

Seks niekoniecznie jest zawsze podstawą intymności i miłości. Często jest tak, że kiedy odczuwasz dużo miłości to chcesz to wyrazić w fizyczny sposób. Jak wspominałem, starożytni Grecy nie znali słów „homoseksualność” i „heteroseksualność”, po prostu tak się zachowywali. Powtórzę – jestem Żydem i Jezus dla mnie istniał; był bardzo mądrym i dobrym człowiekiem, był także Żydem i ludzką istotą, był po prostu osobą. W moim filmie zagrała go Peach, która jest niebinarną transową osobą używającą zaimka „ona”. Grana przez nią postać początkowo miała się nazywać napakowany Jezus. Wszystkie osoby, które obsadziłem w „Kapitan Faggotron ratuje świat” pochodzą z mojej społeczności, a budżet całego filmu wynosił 20 tysięcy euro. Jak więc widzisz – był bardzo mały.

W twoim filmie pojawiają się animacje. Dlaczego zdecydowałeś się na ten zabieg?
Stworzył je Rory Midhani, mój ulubiony berliński artysta. W początkowej wersji scenariusza chronologia tej historii była zupełnie inna niż widać to w filmie. Potem zastanawialiśmy się, jak zrealizować muzyczne, teledyskowe fragmenty. Pierwotnie wyobrażałem sobie, że „Kapitan Faggotron…” będzie hybrydą animacji i filmu aktorskiego, ale nie byłem pewien, jakiego rodzaju miałaby to być animacja. Rory specjalizuje się w animacji poklatkowej i zacząłem sobie wyobrażać, jak jego prace wyglądałyby w moim filmie.

Mamy w Berlinie przepiękną, niesamowitą, energiczną, tętniącą życiem queerowską i transseksualną społeczność. Mam zaszczyt żyć w tym mieście, mocno angażuję się w działalność aktywistyczną związaną z sytuacją w Ugandzie. Jestem w kontakcie z kilkoma mieszkającymi tam queerowskimi osobami i to, co się tam dzieje jest przerażające.

Queerowskie osoby w Ugandzie od dawna są ofiarami przemocy, a kilka dni temu wprowadzono tam antyhomoseksualną ustawę. W tym kraju możesz zostać skazany na karę śmierci za bycie homoseksualistą albo na dożywocie, jeśli chronisz lub masz w mieszkaniu queerowskie osoby. Jeżeli natomiast masz queerowskie dziecko i nie zgłosisz tego to możesz trafić na dziesięć lat do więzienia. Rząd Ugandy zamknął Biuro Praw Człowieka. To potworne i okropne.

Jestem zaangażowany w aktywizm i staram się pomagać osobą mieszkającym w Ugandzie, a potem spaceruję po Berlinie, czasami mam usta pomalowane szminką i ubieram się tak, jak chcę. Żyję w nieprawdopodobnej społeczności i znam mnóstwo innych transseksualnych osób. Wiele z nich przybyło do Berlina z całego świata i są samotne – znają jedną albo dwie transseksualne osoby. Ja mam całą społeczność, chciałem więc zrobić z nią film. Miałem na to mały budżet, ale chciałem przeznaczyć te pieniądze na rzecz mojej społeczności. Zależało mi na tym, żeby pokazać, co się u nas dzieje.

„Kapitan Faggotron ratuje świat” narodził się z potrzeby opowiedzenia o tej społeczności, o tym kolektywnym ruchu, którego celem jest, żeby uczynić świat bezpieczniejszym miejscem dla queerowskich osób. Nakręciłem ten film w Niemczech i niektóre osoby z obsady, niegrające głównych ról, pochodzą z Niemiec, podobnie jak część osób realizujących tę produkcję, ale tak naprawdę jesteśmy zewsząd. Powtórzę – queerowskie osoby przyjeżdżają do Berlina i to niekoniecznie dlatego, że tam, gdzie wcześniej przebywały jest niebezpiecznie. Znajdujemy się tutaj, choć nie jest to łatwe ze względu na gentryfikację, która odcinka piętno na mieście i jego scenie artystycznej. Chciałem tym filmem nas wszystkich wysławić.

Na jego plakacie pojawiło się hasło: „nie bój się”.
Plakat zaprojektował mój niemiecki dystrybutor, Salzgeber, a dokładne tłumaczenie tego hasła z języka niemieckiego to „nie lękajcie się”. Zdecydowaliśmy, że hasło „nie bój się” brzmi bardziej superbohatersko. Powtórzę – jestem niewychowanym na Nowym Testamencie Żydem. Powiedziałem osobie, która zaprojektowała plakat, że nie chcę ubiegać się o zgodę na użycie tego cytatu od Tony’ego Kushnera, bo znałem tę kwestię z „Aniołów w Ameryce”. Salzgeber uświadomił mi, że to cytat z Biblii.

Captain Faggotron Saves the Universe

Uwielbiam, że główny bohater tej superbohaterskiej historii nazywa się Kapitan Faggotron.
Lata temu, zanim zacząłem pisać scenariusz tego filmu, siedziałem z Tvichett w kawiarni nad berlińskim kanałem. Tvichett przymierzała marynarkę i nosiła dzikie okulary przeciwsłoneczne, powiedziałem więc do niej: „Jesteś kapitanem Faggotronem”. Wtedy po raz pierwszy w mojej głowie narodził się pomysł na tą postać.

Początkowo myślałem o tym, że zrealizuję dziwny taneczny utwór muzyczny albo performans, w którym pojawi się Kapitan Faggotron. Tvichett ma taneczne korzenie i pamiętam, jak robiłem w tanecznym studiu dziwny research dotyczący projektu, w którym ja byłem super-dziwką, a ona Kapitanem Faggotronem. Nic z tego pomysłu nie wyszło i na jakiś czas odłożyłem go na bok. Scenariusz zacząłem pisać w 2016 roku i zajęło mi to – z dużymi przerwami – dwa lata.

Lubię to, że „Kapitan Faggotron ratuje świat” to kampowa komedia. Czy powstała w kontrze do kogoś lub czegoś?
My wszyscy – osoby queerowskie, transseksualne i homoseksualne – jesteśmy bohaterami różnych historii, pojawiamy się chociażby w produkcjach Netflixa i nie jesteśmy już postaciami urojonymi, wyimaginowanymi. Nie pokazuje się nas już tylko jako mamisynkowate osoby, które się śmieją. Nieustannie dostrzegam, że ludzie, także osoby queerowskie, są uzależnieni od historii o queerowskim bólu i cierpieniu – o tym, jak ciężkie jest życie, jak rodziny nas odrzuciły i że jesteśmy ofiarami przemocy. To wszystko prawda – nie jest łatwo być queerem. W Stanach Zjednoczonych wprowadzono dużo antytransseksualnych uchwał i to okropne, ale chcę widzieć przyszłość w bardziej kolorowych barwach – chcę widzieć lepsze jutro.

Na początkowym etapie prac nad filmem „Kapitan Faggotron ratuje świat” miałem wielkie szczęście w postaci wsparcia od mojej znakomitej filmowej mentorki, Hanny Slak – jest wielokrotnie nagradzaną filmowczynią, to niesamowita osoba. Hanna nie robi komedii, tylko znakomite dramaty i doskonale rozumie, jak opowiadać historie. Pochodzi z Europy Wschodniej, mamy więc podobne poczucie humoru. Zastanawialiśmy się, jak rozpocząć ten film – z ministrantem siedzącym za biurkiem czy nie.

Hanna zapytała mnie, dla kogo robię ten film – czy robię go dla heteroseksualnego świata, żeby uczynić nas w ich oczach trochę bardziej ludzkimi, czy dla queerowskich społeczności, żeby być naszą cheerleaderką. Sporo o tym myślałem, bo wydawało mi się, że bardziej osiągalną finansowo opcją było zrobienie go z myślą o heteroseksualnym świecie.

Potem pomyślałem o moich ulubionych filmach, zwłaszcza o wczesnych produkcjach z Divane w reż. Johna Watersa, które mocno na mnie wpłynęły. Pomyślałem sobie, że chcę posunąć się z tą wizją najdalej, jak tylko mogę. Podjąłem w moim życiu kilka bardzo ważnych i mocnych decyzji – żadnej z nich nie żałuję, choć wszystkie miały swoje następstwa.

Nie żyję jednak dla komfortu heteronormatywnego świata. Jestem przyjacielski, nie chcę nikogo atakować, ale nie żyję, żeby sprawiać, by inni czuli się komfortowo w związku z tym, kim jestem i kim jesteśmy kolektywnie jako queerowe osoby. W queerowym świecie jest dużo różnorodności i bogactwa. Nie żyjemy wszyscy z sobą w dobrych relacjach, nie wszyscy się ze sobą zgadzamy, ale to jest w porządku. Jednoczą nas queerowość i transseksualność – jesteśmy stygmatyzowanymi osobami, bo w wielu miejscach życie zgodnie z własną naturą jest uważane za zbrodnię, za przestępstwo.

Myślę o wszystkich mieszkankach i mieszkańcach Ugandy – jedyną zbrodnią, za którą trafiają do więzienia jest to, że są homoseksualne. Przypomniała mi się fraza: „miłość jest miłością”. W porządku, miłość jest przyjemna, ale jako osoby queerowe zasługujemy na prawa i równość nie dlatego, że chcemy być kochane i chcemy żyć w partnerskich związkach. Zasługujemy na to, żeby traktowano nas jako ludzkie istoty, równe wszystkim innym ludzkim istotom, ponieważ istniejemy.

Nie jestem zwolennikiem hasła „miłość jest miłością”, ponieważ uważam, że stawia ono heteronormatywne osoby w komfortowym świetle i ujmuje nas w ramie heteronormatywności. „Miłość jest miłością” oznacza, że wszyscy mogą kochać, ożenić się z inną osobą i żyć życiem, w którym mają dzieci i rodzinę – niezależnie od płci to związek rodem z maistremowego, heteronormatywnego społeczeństwa. Niekoniecznie tego chcę, a wiele osób z różnych powodów nie chce albo nie może wieść takiego życia. Podkreślam, że zasługują one na to, by być uwzględniane w równości wynikającej z bycia człowiekiem. Transseksualne osoby nie powinny udowadniać nikomu, że zasługują na to, by istnieć – wszyscy na to zasługujemy.

Captain Faggotron Saves the Universe

Cudowne, że żyjesz w tak wspaniałej społeczności i macie siebie.
Też się z tego cieszę. Zabawne jest to, że gdy zacząłem pisać ten scenariusz w 2016 roku to nie zrobiłem jeszcze coming outu jako transseksualna osoba i nie miałem pojęcia, że nią jestem. Od zawsze jednak wiedziałem, że nie czuję się całkowicie komfortowo z płcią, która została mi przydzielona.

W czasie pisania scenariusza zrobiliśmy kilka różnych filmików z myślą o kampanii croudfundingowej i wtedy zaczęły nachodzić mnie myśli, że poświęcam na to więcej czasu, energii i pieniędzy niż wkładałem przez całe moje życie w realizację wszystkich inne rzeczy. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego to robię – dlaczego poświęcam tyle dla opowieści o gejowskiej osobie, która staje się coraz bardziej queerowska.

Zastanawiałem się, dlaczego to jest dla mnie tak ważne i dlaczego nie poświęcam tyle czasu i energii na kobiece zagadnienia, np. menstruację. Dodam, że traktowało o tym sporo moich wcześniejszych prac. Odczuwałem coraz mniejszy komfort związany z wymawianiem słowa „ona”. Film „Kapitan Faggotron ratuje świat” pomógł mi odnaleźć moją drogę, a dwie osoby w trakcie zdjęć do tej produkcji zrobiły coming outy i okazało się, że są niebinarne. To dla mnie bardzo zabawne. Większość osób z obsady i osób realizujących tę produkcję jest transseksualna i niebinarna.

Czyli ten film ocalił cię i sprawił, że nastąpiła w tobie zmiana?
Tak, uczynił moje życie lepszym i sprawił, że zacząłem rozmyślać nad tym, kim jestem. Nie mam już takich problemów z depresją, jakie miałem wcześniej. Ludzie mówią o testosteronie i o tym, jakie mają przez to problemy z gniewem, tymczasem jestem mniej wściekły niż byłem wcześniej. Umożliwiło mi to życie w Berlinie. To nie jest tak, że znajduje się tam tylko jedna grupa transseksualnych osób – jest ich bardzo dużo i są bardzo zróżnicowane. Odnalazłem moich przyjaciół w postaci transseksualistów i pomogło mi to w zrozumieniu, kim jestem. Czasem mija sporo czasu nim sam zrozumiesz, kim jesteś.

Film „Kapitan Faggotron ratuje świat” zostanie wyświetlony 23. MFF mBank Nowe Horyzonty – największym festiwalu filmowym w Polsce. Czyż to nie ekscytujące?
Jestem tym bardzo podekscytowany. Mój film zostanie też wyświetlony na Outfest w Los Angeles i będzie to nasza północnoamerykańska premiera, ale nie wydaje mi się, żeby Amerykanie byli mną wystarczająco podekscytowani. To Los Angeles – miasto, które ma swoją reputację i nie jestem jego fanem. Ekscytuję się natomiast na myśl o seansie na Nowych Horyzontach. Byłem kilka razy w Szczecinie, odwiedziłem też Poznań. Nie muszę ci mówić, że Polska to bardzo katolicki kraj. Polski dystrybutor był naszym pierwszym dystrybutorem i na myśl o tym pomyślałem sobie: „Polska? Serio? Ok, to wspaniałe”.

Captain Faggotron Saves the Universe

Potrzebujemy takich filmów.
Wiem, że „Kapitan Faggotron…” będzie wyświetlany w ramach Nocnego Szaleństwa i na seansach będą osoby rozumiejące specyfikę tego rodzaju filmów. Zastanawiam się jednak, czy będę potrzebował ochroniarza i jakie będą reakcje widowni. To w końcu film o księdzu, który jest gejem i jest w nim scena z Jezusem, który objawia się jako bardzo biseksualna osoba. Mam też fetysz stóp. Jak wspominałem, jestem bardzo podekscytowany i ciekaw reakcji publiczności.

„Kapitan Faggotron…” będzie potem wyświetlany na mniejszym festiwalu w Poznaniu i został wybrany jako film zamknięcia pierwszego w historii ukraińskiego Queer Film Festival. To niesamowite. Znaleźliśmy się także w sekcji Filmowego Szaleństwa na festiwalu w Karlowych Warach. Wygląda na to, że środkowa i wschodnia Europa nas kocha. Z kolei zachodnia Europa nie wykazuje zainteresowania tym filmem, a Europa południa go nie chwyta. To o tyle ciekawe, że środkowa Europa jest historycznie i tradycyjnie bardzo konserwatywna, ale wygląda na to, że następuje od tego odwrót. To dla mnie interesujące, bo nigdy nie przypuszczałem, że mój film trafi nie tylko na największy międzynarodowy festiwal filmowy w Polsce, ale także na dwa polskie festiwale w tak krótkim czasie. Myślałem, że może weźmie nas warszawski Post Pxrn Film Festival. Powtórzę – to bardzo interesujące i jestem tym ogromnie podekscytowany.

O wrażenia z pobytu we Wrocławiu możesz zapytać Johna Watersa, który był w ubiegłym roku na American Film Ferstival.
Wow. Mój amerykański dystrybutor powiedział mi: „bądź ostrożny!”. Bardziej przejmuję się moim bezpieczeństwem w USA niż w Polsce. W Kalifornii ludzie mają broń, jest bardzo drogo i nie ma publicznego transportu. Będąc w Polsce mogę w każdej chwili wsiąść do pociągu do Berlina. W Berlinie żyłem przez 12 lat, a wcześniej mieszkałem w Kalifornii. Osoby z USA mają inne wyobrażenie o Europie niż wygląda to w rzeczywistości, ale to działa też w drugą stronę. Dlatego dystrybutor martwi się o moje bezpieczeństwo w Polsce jako queerowej osoby. Nie wydaje mi się, żeby „Kapitan Faggotron ratuje świat” to był antykatolicki film. Nie sądzę, że w jakikolwiek sposób obraziłem i upokorzyłem w tej produkcji jakąkolwiek formę chrześcijaństwa.

Na planie była bardzo religijna osoba, która pomagała nam przy oświetleniu. Na dwa dni przed końcem zdjęcia dowiedziała się, że zawrzemy w „Kapitanie Faggotronie…” scenę gejowskiej orgii z udziałem demonów. Ta osoba nie była pewna, czy będzie w stanie przy niej pracować. Uszanowałbym każdą jej decyzję, ale pogadaliśmy, o czym jest film i zdecydowała, że zostanie na planie. Pod koniec zdjęć powiedziała mi, że to w ogóle nie jest antychrześcijański film i że cieszy się, że przy nim pracowała.

Mam pytanie – czy w Polsce wciąż są strefy wolne od LGBT?

Niestety tak.
To ludzie wiedzą o Polsce. Pamiętam, jak brałem udział w pierwszej paradzie równości w Szczecinie – była mała i pojawili się tam naziści, ale nie zaczepiali nas i ochraniała nas policja. Gdy z kolei pojawiłem się na tej paradzie rok temu to była gigantyczna. Kiedy zaś spacerowałem po Poznaniu – nigdy nie chodziłem po tym mieście sam – to ludzie śmiali się z nas, bo wyglądaliśmy jak banda queerowych freaków, ale choć się na nas gapili i nas nie rozumieli to nikt nie strzelał do nas w barze. Odnoszę wrażenie, że w USA jest znacznie bardziej niebezpiecznie.

Mam kolejne pytanie – czy twoim zdaniem ludzie będą się modlić przed seansem „Kapitana Faggotrona…”?

Trudno powiedzieć, ale wydaje mi się, że nie.
Nie byłem na warszawskim Post Pxrn Film Festival, ale wiem, że pojawiła się tam grupa kobiet, które codziennie modliły się przed seansami i rozdawały innym różańce. To była największa pamiątka z tego wydarzenia – różaniec od kobiety modlącej się za nasze dusze. Taka forma protestu jest w porządku. Wolę modlitwy od strzałów.

Rozmawiał: Michał Hernes

Z kolei wywiad z Brandonem Cronenbergiem o filmie „Infinity Pool”, który będzie można obejrzeć na MFF mBank Nowe Horyzonty w ramach Nocnego Szaleństwa, można przeczytać TUTAJ.

A nasze festiwalowe polecajki znajdują się TUTAJ.

READ MORE


Poezja replikanta i „Blade Runnera” [WYWIAD]

„Dostrzegam coś artystycznego i zabawnego w tym, że programując sztuczną pamięć replikanta, w którego się wcieliłem, uwzględniono poezję” – powiedział mi Rutger Hauer. A David Webb Peopls, scenarzysta „Blade Runnera”, opowiedział o tym, jak do jednej ze scen z udziałem tego aktora również dodał szczyptę poezji.

Finalną wersję reżyserską filmu „Blade Runner” będzie można zobaczyć w sobotę (22 lipca 2023 roku) o godz. 22:00 na plenerowym pokazie na wrocławskim Rynku w ramach 23. MFF mBank Nowe Horyzonty. Wstęp wolny. Szczegóły znajdują się TUTAJ.

Rutger Hauer powiedział mi przed laty w wywiadzie dla portalu Stopklatka.pl:

„Dostrzegam coś artystycznego i zabawnego w tym, że programując sztuczną pamięć replikanta, w którego się wcieliłem, uwzględniono poezję. To nie ma sensu, ale dlatego tak mi się to podoba. Kilka z tych kwestii wymyśliłem sam, ale większość była zapisana w scenariuszu. Wszystkim zainteresowanym polecam poszukać na Youtube nagrania pod tytułem <Rutger Hauer Blade Runner Talks>. Postanowiłem go nagrać, żeby chociaż częściowo odpowiedzieć na pytania internautów związane z tym filmem”.

Wywiad z Rugerem Hauerem można przeczytać TUTAJ.

Z kolei w Nowej Fantastyce ukazał się mój wywiad z jednym ze scenarzystów „Blade Runera”, Davidem Webb Peoplesem („Bez przebaczenia”, „12 małp”, „Zaklęta w sokoła”, „Przypadkowy bohater”.

Michał Hernes: Jak to się stało, że został pan zaangażowany do pracy nad tym arcydziełem kina SF?
David Webb Peoples: Polecił mnie Tony Scott, z którym pracowałem nad scenariuszem filmu „My Dog’s on Fire”. Gdy dostałem propozycję angażu do „Blade Runnera” byłem bardzo podekscytowany, bo w branży filmowej sporo się mówiło się o tym projekcie. Choć nie przeczytałem wcześniej ani książki Philipa K. Dicka, ani scenariusza autorstwa Hamptona Fanchera, to zdecydowałem się podjąć to wyzwanie. Scenariusz mnie zachwycił, ale Ridley chciał, bym dokonał w nim pewnych zmian, nie sięgając do literackiego pierwowzoru.

Co prawda moje zmiany są dobre, to głównym powodem, dla którego ludzie oglądają „Blade Runnera” jest wizja pochodząca od Philipa K. Dicka, Hamptona Fanchera i Ridleya Scotta. Ten świat powstał za sprawą ich wyobraźni i nie było w tym mojej zasługi. Wykonałem za to bardzo dobrą robotę, jeśli chodzi o bohaterów tego filmu – dzięki mnie stali się bardziej interesujący. Przykładowo uznałem, że lepiej, by grany przez Rutgera Hauera Roy Batty nie zginął od razu, tylko uratował Ricka Deckarda, w którego wcielił się Harrison Ford. Zmieniłem też nieco wypowiadane przez Roya kwestie.

Co jeszcze zmienił pan w dialogach?
Do sceny, w której Roy Batty rozmawia z twórcą jego oczu, dodałem szczyptę poezji. Ridleyowi Scottowi bardzo się to spodobało, aczkolwiek nie przypadł mu do gustu wiersz, który pierwotnie wybrałem. Poprosił, bym poszukał utworu Williama Blake’a, który by do niej pasował i tak też zrobiłem. Zdecydowałem się na poemat „Ameryka: proroctwo”, ale trochę oszukałem, zmieniając jego fragment.

W jednym z wywiadów przeczytałem, że Ridley Scott nie był zwolennikiem użycia w „Blade Runnerze” słowa android.
Tak, zacząłem się więc zastanowić, jak inaczej nazwać sztucznych ludzi. Z pomocą przyszła moja córka Risa, która zajmowała się wtedy biochemią i mikrobiologią. Zapytała mnie, czy słyszałem o replikacji, czyli podwajaniu DNA w jądrze komórkowym. Odparłem, że nie, ale spodobał mi się ten pomysł. Właśnie stąd wzięło się słowo replikant. Kluczową rolę w scenopisarskiej pracy nad tym projektem odegrał jednak Hampton Fancher.

Rozmawiał: Michał Hernes

Na koniec zacytuję kolejny fragment mojego wywiadu z Rutgerem, w którym podzielił się refleksją na temat roli w filmie „Sin City: Miasto grzechu”:

„Kiedyś pacynka udawała człowieka, a teraz człowiek udaje pacynkę. Podoba mi się ta koncepcja. To szalona rzecz, która pozwala człowiekowi poczuć przez chwilę trochę wolności. To tak jakbyś na kilka minut porzucił własne ciało”.

Z kolei wywiad z Brandonem Cronenbergiem o filmie „Infinity Pool”, który będzie można obejrzeć na MFF mBank Nowe Horyzonty w ramach Nocnego Szaleństwa, można przeczytać TUTAJ.

A nasze festiwalowe polecajki znajdują się TUTAJ.

READ MORE


Brandon Cronenberg „Zostawić miejsce do dyskusji i polemiki” [WYWIAD]

„Uwielbiam filmy, które wytrącają mnie z równowagi – odnoszę wrażenie, że gdy zostajesz wypchany do miejsca, gdzie nie czujesz się dobrze to wtedy kino staje się to transformatywnym medium. Kiedy nie odczuwasz komfortu, tylko dyskomfort, to bardzo zmienia twoją perspektywę” – mówi Brandon Cronenberg, reżyser „Infinity Pool”. Nowy film reżysera „Possessora” będzie można zobaczyć w trakcie 23. MFF mBank Nowe Horyzonty w ramach sekcji Nocne Szaleństwo, której jesteśmy patronem medialnym. Program festiwalu znajduje się TUTAJ.

Michał Hernes: Dlaczego torturujesz bohaterów swoich filmów i sprawiasz, że cierpią?
Brandon Cronenberg: (śmiech) To po prostu szczerość. Jesteś Polakiem i prawdopodobnie rozumiesz cierpienie. Moje filmy są satyryczne, a w satyrach chodzi o to, by spróbować uchwycić w nich prawdę o świecie i o ludzkich doświadczeniach. Dla wielu osób cierpienie jest ważną częścią tego doświadczenia.

Alfred Hitchcock mawiał, że humor i suspens to najlepsze połączenie. Dlaczego zdecydowałeś się, żeby film „Infinity Pool” był satyrą zrealizowaną w konwencji kina grozy?
Horror, a w szczególności horror z elementami SF, jest bardzo użytecznym gatunkiem do dyskusji nad kondycją świata – można nieznaczenie zmienić rzeczywistość i dzięki temu spojrzeć na nią z innej perspektywy, przyjrzeć się pewnym problemom świeższym okiem. Za sprawą horroru możemy zgłębiać emocje, takie jak lęk i strach, których na co dzień unikamy. Podobnie jest z satyrą – umożliwia spojrzenie na świat w karykaturalny sposób, dzięki czemu można wyraźniej przyjrzeć się pewnym zjawiskom.

Jak narodził się pomysł na „Infinity Pool”?
Najpierw napisałem opowiadanie o bohaterze przyglądającym się egzekucji dokonywanej na jego sobowtórze. Bardzo podobny do niego sobowtór wierzy, że jest winny dokonania zarzucanych mu przestępstw. To tekst traktujący o tożsamości i karze, a także o naszych odczuciach związanych z pojęciem sprawiedliwości. Chciałem rozwinąć te rozważania w pełnometrażowy film, dlatego zdecydowałem się osadzić go w scenerii turystycznego kurortu. Odnoszę wrażenie, że to idealne środowisko dla opowieści o ludziach działających poza konwencjonalnymi konsekwencjami.

Materiały prasowe/MFF mBank Nowe Horyzonty

Jak przebiegały prace nad scenariuszem do tej produkcji?
Napisałem go między zrealizowaniem mojego pierwszego i drugiego filmu, kiedy to miałem ośmioletnią przerwę od kręcenia. Wynikało to z typowych problemów związanych z realizacją niezależnych filmów, takich jak zdobycie funduszy i skompletowanie obsady. W tym czasie każdego roku wydawało mi się, że w końcu ruszą zdjęcia do „Possessora”, ale nie udawało się to, bo sypał się budżet albo mieliśmy problemy ze skompletowaniem obsady. Scenariusz „Inifinty Pool” powstał w ciągu kilku miesięcy po tym, jak po raz dwunasty nie udało mi się rozpocząć zdjęć. Odnoszę wrażenie, że właśnie dlatego wprowadziłem do tego filmu autoironiczne elementy. James, główny bohater, co prawda nie jest mną, ale tworząc tą postać zasadniczo śmiałem się sam z siebie – z moich lęków i braku pewności siebie jako pisarza, ponieważ upadałem mnóstwo razy próbując rozpocząć kręcenie filmu albo rozkręcić jakiś pomysł. Ten bohater odzwierciedla także moje lęki związane ze starzeniem się, wizerunkiem samego siebie i jałowością wynikającą właśnie z procesu starzenia.

Czy twoim zdaniem powinno się cierpieć dla sztuki?
Nie wydaje mi się, żeby to było konieczne. Często cierpię dla sztuki, bo w branży filmowej bardzo trudno jest cokolwiek zrealizować. Nie sądzę jednak, żeby cierpienie artystów było konieczne, ale być może w sztuce chodzi o to, żeby nie ukrywać pewnych swoich doświadczeń i przelać je na papier, nawet jeśli są co najmniej niekomfortowe.

Jak wyglądał research do „Infinity Pool”? Czy odwiedziłeś turystyczne kurorty?
W tym filmie są dwa aspekty. Pierwszy z nich to swego rodzaju filozoficzne pytanie o tożsamość – o to, co czyni z nas daną osobę i co to znaczy być trwającym cały czas bytem. Zgłębiając to zagadnienie poświęciłem sporo czasu na czytanie napisanych przez filozofów esejów o tożsamości i o zachodniej filozofii. Nie pojechałem do research do kurortów, ale częściowo inspirowałem się moimi doświadczeniami sprzed dwudziestu lat, kiedy to wybrałem się na wakacje all inclusive do kurortu znajdującego się w Republice Dominikany. To było bardzo surrealistyczne doświadczenie, ponieważ pojechałem tam autobusem w środku nocy i w trakcie tej podróży nic nie widziałem. Trafiliśmy do kurortu otoczonego przez laserowe ogrodzenie. Podobnie jak w filmie znajdowała się tam imitacja miasta, gdzie robiliśmy zakupy i chodziliśmy do chińskiej restauracji, ale nie mogliśmy opuścić tego miejsca.

Pod koniec pobytu przetransportowano nas w ciągu dnia na lotnisku i dopiero wtedy mogliśmy obserwować wiejskie obszary tego kraju. Uświadomiłem sobie, że poza płotem znajduje się tam wielka bieda. Ten kontrast wydał mi się ogromnie potworny, a zarazem niewiarygodnie dziwny. Zrozumiałem, że tak naprawdę nie byłem w Dominikanie, tylko w miejscu zbudowanym z myślą o zagranicznych turystach, w swego rodzaju innym wymiarze, który rozprzestrzenia się w takich krajach niczym rak. Powtórzę – ta sceneria wydała mi się właściwym miejscem do opowiedzenia o ludziach, którzy mogą unikać konsekwencji swoich działań dzięki temu, że posługują się alternatywnymi wersjami samych siebie i robią to w miejscu oddalonym od prawdziwego świata.

Jak stworzyć takie postacie?
Zaczynasz od ludzi, którzy wydają ci się być realni. Choć żadna z tych postaci nie została oparta na osobach, które znam, to inspirowałem się trochę własnymi doświadczeniami i rozmowami, które odbyłem. Następnie zacząłem eksplorować ten temat – zagłębiłem się w psychologię tych bohaterów i zaangażowałem się w akt fantazji. Pochłonęło mnie rozmyślanie o tym, co się stanie, jeśli bohater będzie przeżywał i doświadczał różnych absurdów.

Praca nad tym scenariuszem tak naprawdę poszła mi dość łatwo i był to prawdopodobnie najszybszy proces pisania, przez jaki kiedykolwiek przeszedłem. Inspirowałem się trochę utworami J.G. Ballarda – Ballard napisał serię książek o zwykłych ludziach, którzy znajdują się w luksusowych okolicznościach, a skutkuje to tym, że zaczynają się zachowywać bardzo źle i podle. To nie są powieści SF, ale są pokrewne z klimatem „Infinity Pool”. Dotyczy to zwłaszcza „Super-Cannes” i „Kokainowych nocy”. Możliwe, że dlatego, że mi się podobały, pisanie scenariusza poszło mi tak sprawnie.

Muszę przyznać, że w trakcie oglądania „Infinity Pool” pomyślałem sobie, że przypomina utwory Ballarda.
Zabawne jest to, że z producentem zdobyliśmy prawa do adaptacji „Super-Cannes”. Po nakręceniu zainspirowanego tą książką filmu zrealizuję więc miniserial na jej podstawie.

To brzmi ekscytująco. Pytanie, jak zekranizować utwór Ballarda. Odnoszę wrażenie, że to spore wyzwanie.
Nie jest to łatwe. Niektóre jego książki można naprawdę łatwo i w spójny sposób przełożyć na język kina, a inne są bardzo abstrakcyjne – mocno traktują o pisaniu i dekonstruowaniu powieści. Wydaje mi się, że „Super -Cannes” jest jednym z tych utworów, które bardzo dobrze przekłada się na język kina. To kompletnie dziwna, ballardowska opowieść detektywistyczna ze znakomitym zakończeniem. Ten projekt jest na etapie developmentu i mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować. Nigdy tego nie wiesz, dopóki nie ukończysz prac, ale jestem bardzo podekscytowany na myśl o zekranizowaniu tej książki.

Co jeszcze zainspirowało cię w trakcie pisania scenariusza „Infinity Pool”? Czy oglądałeś jakieś filmy?
Tak, ale nie pamiętam ich tytułów. Przeważnie wygląda to tak, że zanim zaczniemy kręcić to razem z Karimem Hussainem, autorem zdjęć, oglądamy dużo filmów. Nie potrafiłbym jednak wskazać jednego albo dwóch tytułów, które były dla nas inspiracją. Zainspirowało mnie wiele filmowych produkcji, ale to na ogół dzieje się podświadomie.

Czy horrory są dla ciebie aktem konfrontacji z różnymi tematami?
Mogą nimi być. Horror jest dla mnie laboratorium, gdzie możesz eksplorować pewne aspekty ludzkiej psychologii – zagłębiać się w uczucia takie jak lęk, strach czy obrzydzenie, czyli w emocje, których unikamy w normalnym życiu i gdy znajdujemy się w bezpiecznym miejscu. Odnoszę wrażenie, że horror ma niewiarygodne właściwości zdrowotne – jest witaminą i w pewnym sensie kuracją zdrowotną, bo umożliwia nam zagłębienie się w te aspekty myśli i emocji, które czynią nas bardziej wszechstronnymi.

Horror może też być konfrontacyjny, ale dotyczy to każdej gałęzi sztuki. Konfrontacyjne mogą być wszystkie filmy, zarówno dramaty, jak i komedie. Nie sądzę, żeby konfrontacja była niezbędnym i nieodłączonym element danego gatunku. Ważniejsza jest dla mnie chęć zgłębienia różnych aspektów ludzkiej psychiki.

Widzę po twoich filmach, że lubisz eksplorować różne zagadnienia i testować limity ludzkich zachowań.
Testowanie limitów jest nieodłączną częścią gatunków, które starają się wypchać ludzi poza ich strefę komfortu. Lubię sztukę, która sprawia, że czuję się niekomfortowo. Uwielbiam filmy, które wytrącają mnie z równowagi – odnoszę wrażenie, że gdy zostajesz wypchany do miejsca, gdzie nie czujesz się dobrze to wtedy kino staje się to transformatywnym medium. Kiedy nie odczuwasz komfortu, tylko dyskomfort, to bardzo zmienia twoją perspektywę.

Czy łatwo sprawić, byś czuł się niekomfortowo?
Jestem osobą, która przez cały czas czuje się bardzo niekomfortowo.

Pomówmy więc o czymś przyjemnym. Lubię wizualną stronę twoich filmów. Domyślam się, że myślenie obrazami jest dla ciebie bardzo ważne.
Tak, odnoszę wrażenie, że to jest ważne dla wszystkich filmowców. W trakcie pisania scenariusza jestem bardzo świadomy tego, że tworzę go z myślą o wizualnym medium i że muszę zostawić miejsce dla obrazów. W przypadku moich filmów bardzo długo trwał proces eksploracji, w których uczestniczyłem zwłaszcza z autorem zdjęć, Karimem Hussainem. Pracując nad „Infinity Pool” sporo czasu poświęciliśmy na zgłębianie praktycznych efektów specjalnych i sekwencje halucynacji nakręciliśmy całkowicie w ten sposób, bez korzystania z CGI.

To proces bardzo mocno polegający na robieniu rzeczy samodzielnie. Spędziliśmy miesiące eksperymentując z różnymi rodzajami filtrowych żelów, szkieł, sprężeń zwrotnych i materiałów, które mogliśmy umieścić przed obiektywem, żeby zdeformować obraz. To nie zostało ściśle zaplanowane z wyprzedzeniem. Wiedzieliśmy, że przejdziemy przez ten proces i że będziemy potrzebowali sporo czasu na szukanie wizualnej estetyki poprzez eksperymentowanie. To jeden z powodów, dla których bardzo lubię praktyczne wizualne efekty specjalne – nie jest tak, że szczegółowo coś opisuję i potem zlecam wykonanie tego komuś innemu.

Pracuję nad tym materiałem w bezpośredni sposób i natykam się na szczęśliwe zbiegi okoliczności, które nie były zamierzone, tylko zdarzyły się niespodziewanie i spontanicznie wpłynęły na wizualną warstwę filmu. Pracowałem nad tym m.in. ze scenografką Zosią Mackenzie i specjalizującym się w efektach wizualnych Danem Martinem. Wspólne poszukiwania wizualnej estetyki tego filmu były dla mnie bardzo satysfakcjonujące.

Dlaczego sięgasz w swoich filmach po maski? Pojawiły się zarówno w „Possessorze”, jak w i „Infinity Pool”.
W „Infinity Pool” bohaterowie spotykają dziwne stwory – różne wersje samych siebie, a wszystkie te maski są częścią wymyślonej kultury La Tolqa. To klasyczne wykorzystanie masek, które ma na celu stworzenie alternatywnych wersji bohaterów – ich potwornych jaźni z maskami, pod którymi skrywają swoje tożsamości i dzięki temu mogą dać się porwać swoim animalistycznym instynktom. Te maski zostały zaprojektowane przez Richarda Raaphorsta, który jest nie tylko artystą konceptualnym, ale też filmowcem i autorem komiksów. Chcieliśmy zaangażować go do tego projektu, bo to znakomity artysta, a wiedzieliśmy, że maski będą miały kluczowe znaczenie dla naszego filmu.

W przypadku „Possessora” sprawa wyglądała trochę inaczej, bo to produkcja o wchodzeniu w kogoś innego i noszeniu go niczym maskę. „Possessor” bardzo mocno traktuje o sposobach, w jakich performujemy siebie, zarówno przed innymi, jak i dla samych siebie; opowiada o tym, że ludzka istota jest fikcją – postacią, którą wymyśliliśmy.

W twoich filmach lubię to, że nie wiem, co się w nich wydarzy i nieustannie mnie zaskakują. To dla mnie powiew świeżości. Domyślam się, że taki przyświecał ci cel, prawda?
Dziękuję. Staram się robić filmy, mając nadzieję, że będą miały dla ludzi jakąś wartość. Jedyny sposób, w jaki mogę to zrobić to realizując filmowe produkcje, które mogą być interesujące dla mnie jako widza. Lubię, kiedy filmy odbiegają od normy i nie realizuje się ich w sposób, w jakich tworzy się mainstremowe filmowe produkcje. Chodzi mi o metody, które się sprawdzają, bo filmy przynoszą zyski.

Mainstremowe produkcje są tworzone w taki sposób, że każdy duży blockbuster wygląda poniekąd tak samo – ich narracyjna struktura jest podobna i to przemawia do widowni. Kiedy realizujesz kosztowny film i chcesz jedynie zarobić mnóstwo pieniędzy to studio będzie upierało się, byś trzymał się tej formuły. Gdy zaś pracujesz nad niezależnymi filmami to możesz bawić się formą. Nie zmienia to faktu, że też chcę zarobić pieniądze i nie jest tak, że zamierzam realizować kompletnie niezrozumiałe artystyczne filmy, które nie mają komercyjnej wartości. Bardzo doceniam, gdy film wychodzi poza schematy i mnie zaskakuje. Staram się zaoferować coś takiego widowni.

Jak wygląda praca nad twoimi filmami? Czy w trakcie ich kręcenia dokonujesz zmian w scenariuszu?
Kiedy kręcę film to scenariusz jest w dużej mierze zamknięty. Wcześniej poświęcam sporo czasu na pisanie i przerabianie tego tekstu. Jeśli w ostatniej chwili dokonujemy jakiś scenariuszowych zmian, przeważnie wynika to z budżetowych ograniczeń. Musimy wtedy znaleźć sprytny sposób na to, jak z tego wybrnąć – jak inaczej zakomunikować coś w narracji albo inaczej podejść do kręcenia danej sceny. Jeśli w trakcie zdjęć okazuje się, że scena z jakiś przyczyn nie działa to trochę ją poprawiam i ulepszam. Kiedy kręcisz niezależny film to nie masz czasu na wprowadzanie radykalnych zmian względem tego, co wcześniej zaplanowałeś. Musisz co do minuty trzymać się planu, ponieważ nie stać cię na improwizowanie.

Czy kiedy piszesz i kręcisz film to czy wiesz, że jest dobry?
Nie wiem, czy jest dobry nawet po tym, jak go wypuściłem i gdy ukazały się recenzje. Bardzo trudno mieć taką perspektywę dotyczącą własnej pracy, zwłaszcza jeżeli poświęciło się tyle czasu na rozwijanie projektu i kręcenie filmu. Nie zmienia to faktu, że nie zabieram się za pisanie dopóki nie poczuję, że dany projekt ma jakąś wartość. Wydaje mi się, że robię coś zasługującego na uwagę, ale to bardzo subiektywne odczucie i tak naprawdę nie wiem, czy to jest dobre. Zwłaszcza że różne osoby mają różne opinie – znajdą się tacy, co pokochają ten film, ale też tacy, którzy absolutnie go znienawidzą. Żadna z tych osób się nie myli, bo to bardzo subiektywna i osobista sprawa. Czy film jest dobry w kulturalnym sensie? Odnoszę wrażenie, że to można rozstrzygnąć i ustalić dopiero z 10 albo 20 lat po jego premierze, na podstawie tego, czy wciąż będzie miał jakąś wartość dla naszej kultury, czy wręcz przeciwnie.

Jak reagujesz na opinie, że ktoś nienawidzi twojego filmu?
(Śmiech) Nigdy nie chcesz, żeby ktoś nienawidził twojego filmu, ale musisz się z tym liczyć. Nie da się zrobić filmów, których nikt nie będzie nienawidził, a w szczególności może to spotkać filmy, które realizuję. Nie staram się robić filmowych produkcji, które ktoś znienawidzi – oczywiście chcę, żeby ludzie je lubili, ale gdy kręcisz takie produkcje to nieuniknione, że podzielą widownię.

Na 23. MFF mBank Nowe Horyzonty, w sekcji Nocne Szaleństwo, będzie można zobaczyć pełną wersję „Infinity Pool”. Dlaczego powstały dwie wersje tej produkcji – pełna i skrócona?
Niepełna wersja trafiła do dystrybucji w Stanach Zjednoczonych. Dla filmu bardzo ważne jest, żeby odniósł tam komercyjny sukces. W amerykańskim systemie kategorii wiekowych interesujące i frustrujące jest to, że jeśli zostanie mu przydzielona kategoria NC-17 (tylko dla widzów dorosłych) to niemożliwe jest, żeby miał szansę na komercyjne życie w USA. Gdy tak się stanie to większość amerykańskich kin nie wyświetli twojego filmu, nie odniesiesz więc sukcesu w box office. Jeśli zrealizowałeś film zawierający jakikolwiek ekstremalny kontent, za sprawą którego zostanie tak sklasyfikowany, to aby odnieść komercyjny sukces w USA musisz zaproponować wypuszczenie jego skróconej wersji, którą będzie można grać w amerykańskich kinach. To trochę konserwatywne podejście – dla porównania w UK mogłem wypuścić pełną wersję. W USA nie było takiej możliwości, ale ostatecznie pełna wersja „Infinity Pool” trafi tam na streaming.

Czy łatwo było znaleźć aktorów, którzy zgodzili się zagrać w odważnych scenach?
To nigdy nie jest łatwe. Problem nie polega na tym, czy chcą bądź nie chcą zagrać w twoim filmie, ale żeby zgrać się z ich harmonogramami i różnymi wymogami związanymi z kręceniem koprodukcji. Miałem wielkie szczęście, bo pracowałem z Alexem Skarsgardem i Mią Goth – obydwoje chcieli zagrać w tym filmie, a są aktorami, których kocham i z którymi od dawna chciałem pracować – bacznie przyglądałem się przebiegowi ich karier. Praca z nimi była niesamowita. Bardzo mnie ucieszyło, że obejrzeli mój wcześniejszy film i byli zainteresowani pracą ze mną. Do tego byli bardzo życzliwi i przychyli temu filmowi.

Czyli nie mieli żadnych obiekcji po przeczytaniu scenariusza?
Gdyby nie byli zainteresowani zagraniem w tego typu filmie to nawet by się ze mną nie spotkali. Dyskutowałem z nimi na pewne sprawy, ale nigdy nie mieli obiekcji. Poza tym, że to osoby o statusie wielkich gwiazd, które grają w komercyjnych filmach to są też bardzo wywrotowymi artystami i bardzo lubią angażować się w tego typu produkcje. Kiedy robisz takie filmy to potrzebujesz wykonawców, którzy będą z tobą współpracować. To nie polegało na tym, że próbowałem ich do czegoś przekonać – wnieśli do tego projektu swój artyzm, ponieważ lubią w ten sposób pracować.

Jak przebiega twoja współpraca z autorem zdjęć, Karimem Hussainem? Czy to w dużej mierze zarówno twój film, jak i jego?
„Infinity Pool” to film zrobiony przez wszystkich, z którymi nad nim pracowałem. Reżyserowanie to interesująca forma sztuki – odnosi się wrażenie, że reżyser jest autorem filmu, ponieważ kieruje różnymi aspektami jego realizacji. Z drugiej strony pracowałem nad „Infinity Pool” z wielkimi artystami, którzy mocno ze mną współpracowali i wnieśli do niego swój artyzm. Dotyczy to nie tylko Karima, ale też scenografki Zosi Mackenzie czy montażysty Jamesa Vanderwatera – wszystkie te osoby wniosły do filmu coś od siebie. Podobnie jak – rzecz jasna – aktorzy. W tym sensie „Infinity Pool” to film zrobiony przez nas wszystkich.

Jak ważną rolę odegrał montaż w trakcie pracy nad filmem „Infinity Pool”?
Był bardzo ważny. Na siedem miesięcy zamknęliśmy się z montażystą, Jamesem Vanderwaterem w piwnicy i jakimś cudem nie zakończyło się to tym, że mnie zabił. „Infinity Pool” to bardzo mocno zmontowany film, ale nie w sposób, w jaki może ci się to wydawać. W scenariuszu opowiedziałem tę historię w linearny sposób i w trakcie montażu nie ingerowaliśmy mocno w narrację tej opowieści. Jeśli coś z niej wycinaliśmy to po to, żeby przyśpieszyć i wypolerować ten film. Spędziliśmy z montażystą sporo czasu, analizując każdą kwestię dialogu i każde ujęcie, żeby upewnić się, że wybraliśmy najlepsze wersje występów aktorów i aktorek. Choć nie zmieniliśmy narracyjnej struktury filmu to tygodniami montowaliśmy sekwencje halucynacji. Z Karimem, Zosią i Danem sfilmowaliśmy ogrom materiałów i w niektórych przypadkach montowaliśmy je niemal klatka po klatce – przypominało to niemalże montaż animacji poklatkowej. Przez wiele godzin selekcjonowaliśmy z Jamesem te materiały w poszukiwaniu małych momentów, które nam się spodobają.

W sekwencjach halucynacji można dostrzec, jak wiele jest w nich montażu – czasami są to osobne kadry, które znaleźliśmy i zmontowaliśmy, stosując metody rodem z animacji poklatkowej. Montaż tych sekwencji był niewiarygodnie skomplikowany. W niektórych przypadkach braliśmy oryginalny materiał filmowy, wyświetlaliśmy go na ścianie i kręciliśmy go z Karimem ponownie, używając różnych szkieł i filtrów żelowych, żeby wytworzyć różnego rodzaju deformacje obrazu. Zbieraliśmy z Jamesem te materiały filmowe i montowaliśmy ich różne wersje tak, żeby nadać im wygląd zniekształcenia obrazu. Proces montażu był więc ogromnie skomplikowany, a James wykonał niesamowitą pracę.

Jak szukaliście inspiracji do sekwencji halucynacji?
To był mocno oparty na współpracy proces eksploracji. W scenariuszu przeważnie zapisywałem krótkie akapity, w których opisywałem przeżycia bohatera jako migawki obrazów rodem z koszmarów i jako zdeformowany obraz. Była to wskazówka dla mojej drużyny, że przejdziemy przez bardzo długi proces robienia eksperymentalnego filmu.

Do tego projektu zaangażowałeś polskiego ilustratora, Aleksandra Walijewskiego.
Tak, zaprojektował wygląd tytułu filmu i napisów początkowych, które pojawiają się w początkowej sekwencji w formie bardzo szybkich kartek. Aleksander jest niesamowity, uwielbiam jego plakaty – są swego rodzaju zmodernizowaną wersją polskiej szkoły plakatu i prezentują się naprawdę znakomicie.

Dlaczego zdecydowałeś się zlecić mu to zadanie?
Podobały mi się jego plakaty, zwłaszcza do filmu „Park rozrywki” George’a A. Romero. Był to jeden z pierwszych plakatów Aleksandra, które zobaczyłem i pomyślałem sobie, że jest znakomitym artystą. Okazało się, że projektuje także wygląd tytułów, o czym nie wiedziałem. Wydał mi się więc oczywistym wyborem. To wspaniałe, gdy możesz zaangażować do współpracy artystę, którego prace cię zachwyciły.

Uwielbiam nie tylko wygląd tytułu, ale też sam tytuł – „Infinity Pool”. Skąd wziął się ten pomysł?
Wymyślenie tytułu zawsze zajmuje mi sporo czasu. Zdecydowałem się na „Infinity Pool”, ponieważ to przyziemna i nieciekawa rzecz, która w tym kontekście nabiera innego znaczenia – staje się dziwna i złowieszcza, podobnie jak nieciekawe są osoby będące bohaterami tej produkcji.

Bardzo podoba mi się także zakończenie tego filmu.
Lubię filmy, które kończą się w niejednoznaczny sposób i pozostawiają widzów z pewnymi niejasnościami. Uważam, że gdy tworzysz film to finałowy akt kreacji jest tworzony właśnie przez widzów – w zależności od tego, jak go odbiorą i zinterpretują. Moim zdaniem idealne zakończenie to takie, które pozostawia widzom miejsce do dyskusji i polemiki. Takie zakończenia wydają mi się bardziej interesujące i staram się znajdować je dla moich filmów

Rozmawiał: Michał Hernes

Nasze festiwalowe polecajki można przeczytać TUTAJ.

READ MORE


„The Duke of Burgundy. Reguły pożądania”: więcej niż stylówa

Czytając opis filmu Petera Stricklanda, narastały we mnie olbrzymie wątpliwości. 50 twarzy Greya w wersji lesbijskiej, w trochę lepszej (gorsza być nie może) stylówie? Nie! To jak porównać Shia Labeouf do Roberta De Niro – nigdy nie wolno takich rzeczy robić.

The Duke of Burgundy opowiada historię związku dwóch kobiet, opartego na sadomasochistycznych eksperymentach, które jednak po czasie stają się pewną rutyną dla nich. Rutyną, która męczy obydwie strony. Peter Strickland jest mistrzem wizualnego przekazu. Gdyby kręcił (nie wiem czy tego nie robił) teledyski muzyczne, to oglądałbym je z taką samą przyjemnością jak filmy. Jednak to jest w przypadku The Duke of Burgundy, który rzeczywiście chwilami wygląda teledyskowo (jeszcze ta muzyka Cat’s Eyes!), nieszczególnie istotne. Gdyby bowiem Strickland położył cały nacisk na wizualną stronę filmu, byłby to piękny, ale pusty, a wręcz pewnie chwilami irytujący obrazek.

Sisde Babett Knudsen - wspaniała!

Sisde Babett Knudsen – wspaniała!

W tym miejscu właśnie przychodzi ten element zaskoczenia, na który zawsze w filmach czekam. Trudno jest mi bowiem wyobrazić sobie bardziej odległy temat, niż historia lesbijskiego związku sado maso. Być może Was to rozczaruje, ale tak jest. Tymczasem to co ze mną zrobił The Duke of Burgundy i Peter Strickland poprzez taką opowieść, było niesamowite. Znalazłem w tej historii tyle uniwersalizmu, tyle prawdy na temat związków, które oparte są na ciągłej rywalizacji, w których ludzie się ze sobą nie odnajdują, ale przyznać się do tego nie chcą, w których w końcu przybierają maski tak sobie nieznane, że zaczynają męczyć się z samymi sobą. Jak dobrze musi być skonstruowana ta opowieść, żeby wycisnąć z niej taki uniwersalizm i tyle chwilami bolesnej prawdy? Ja jestem kupiony, szczególnie postacią dominatorki Cynthii, która kompletnie w swojej roli się nie czuje, jednak z powodu swojej wielkiej miłości do Evelyn, nie potrafi się do tego przyznać. Aktorki Sisde Babett Knudsen oraz Chiara D’Anna odgrywają tę relację z niesłychaną sprawnością. Dzięki ich rewelacyjnym rolą, łzy po prostu płyną strugą.

Okazało się, że jestem wrażliwy na lesbijski związek sado maso. Jakby to źle nie zabrzmiało, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy!

Stasierski_8

READ MORE