Kiedy oglądałem w odnowionym wtedy Teatrze Telewizji Boską z Krystyną Jandą, nie wyobrażałem sobie, żeby ktoś mógł zagrać Florence Foster Jenkins lepiej. Cóż…w takich sytuacjach zawsze zjawia się ona. Meryl. Streep.

Florence Foster Jenkins była kobietą wielu talentów – genialnie organizowała przyjęcia, była wspaniałym mecenasem kultury, idealną żoną dla swojego męża. Nawet najlepszą robiła sałatkę ziemniaczaną. Jednej rzeczy nie umiała – śpiewać. Dowód? Posłuchajcie (na własną odpowiedzialność) tego:

Problem w tym, że była przekonana, że jest inaczej, a jej głos magnetyzuje. Z takiej charakterystyki wyłania się biografia, w której łatwo przekroczyć jedną granicę – dobrego smaku. Jak pisali amerykańscy krytycy Boskiej Florence – łatwo współczuć tej kobiecie. Jednak sposób w jaki do jej historii podszedł Stephen Frears, zapobiegł temu. Nie jest nam żal Florence Foster Jenkins, bo ekipie Boskiej Florence nie było jej żal. Oni ją pokochali, wiarygodnie portretując kobietę, która paradoksalnie wcale nie jest w sobie zakochana. Ona jest zakochana w muzyce, na nią przelewa całą swoją życiową pasję. Niestety nie umie je tworzyć, nie potrafi być wykonawcą. W tym miejscu pojawiają się jednak dwa najważniejsi mężczyźni jej życia – mąż St. Clair Bayfield (Hugh Grant) oraz akompaniator Comse McMoon (Simon Helberg).

ffj-08183_d156c922c6

Nie jest to typowa biografia. To bardziej film o prawdziwej, szczerej miłości – do muzyki z jednej strony, do ukochanej osoby z drugiej. Jest to przepiękna historia opowiadająca o bezgranicznym oddaniu, które każdy z trójki bohaterów czuje. Boska Florence nie miałaby szans na sukces, gdyby ten tercet postaci nie został zagrany przez zgraną trójkę aktorów. Został i to jak! O Meryl Streep wspomniałem – nie chcę przewidywać za wcześnie, ale być może 20 nominacja do Oscara właśnie pojawiła się na horyzoncie. Streep miała trudne zadanie uwiarygodnić tak bardzo ekscentryczną postać. Udało się, bo nie tylko sama wspięła się ponownie na wyżyny swojego kunsztu, ale miała też w rękach świetny scenariusz. Pojawia się w nim wiele scen wyciszenia Florence, sekwencji, w których widać, że to co widzieli uczestnicy jej koncertów, było tylko maską dla nie do końca spełnionej, wewnętrznie niezwykle bogatej kobiety, której otoczenie niestety odbierało chęć życia. Znajdowała ją dzięki muzyce i mężowi, którego Hugh Grant zagrał po prostu fenomenalnie! Nie wiem, czy to przypadkiem nie jego życiowa rola. Jeśli ktoś potrafi dotrzymać kroku Streep, wiedz, że musiał się spisać. Znakomicie w tym tercecie sprawdził się też Simon Helberg, genialnie portretujący wycofanego Cosme. Jakby paradoksalnie to nie zabrzmiało, ta trójka zagrała aktorski koncert, zawodowo i z wielkim przejęciem…fałszując.

Meryl Streep gra coraz częściej podobne do siebie postaci. O wielkości tej aktorki świadczy fakt, że każda z nich jest jednak inna, bo ta wielka dama kina potrafi nadać każdej ze swoich bohaterek element osobistego doświadczenia. Czy jest coś czego Meryl nie umie?