Jak w przypadku Przebudzenia mocy, tak i w tym długo już eksploatowana seria filmowa złapała nowy oddech. Nie chcę być tym, który wbija szpilę, ale być może dlatego, że udział Sylvestra StalloneCreed ograniczył się jedynie do aktorstwa, zresztą znakomitego. Scenariusz i reżyserię zostawił innym i wyszło to wszystkim na dobre.

Creed opowiada historię toczącą się po Rocky Balboa. Nasz bohater przechodzi na emeryturę, a jego miejsce zajmuje nowy potencjalny mistrz – noszący imponujące imię Adonis (Michael B. Jordan), prywatnie syn zmarłego w 4 części serii Apollo Creeda. Adonis jednak nie chce się podpierać nazwiskiem ojca, które nie znał i szuka pomocy u jego byłego rywal, a potem wielkiego przyjaciela Rocky’ego (Sylvester Stallone).

Jordan dał radę jako młoda wersja Rocky'ego!

Jordan dał radę jako młoda wersja Rocky’ego!

Creed ma bardzo wiele wspólnego z Przebudzeniem mocy. Zarówno ten film, jak i siódmy epizod Gwiezdnych wojen oparty został na tych samych schematach co oryginalne filmy. Creed niemal do złudzenia przypomina pierwszą część Rocky’ego, która otrzymała Oskara za najlepszy film 1977 roku. Nie można więc spodziewać się bardzo oryginalnej historii, a bardziej odkurzenia, a może lepiej powiedzieć wzmocnienia elementów, które stały za sukcesem starego klasyka. Mamy tutaj więc typowego amerykańskiego underdoga, który szuka drogi. Mamy zmęczonego trenera, który za bardzo nie chce się wziąć za trenowanie niepokornego, ale na pewno utalentowanego podopiecznego. Mamy też w końcu dziewczynę, która okazuje się być swoistą odskocznią od problemów głównego bohatera. Ryan Coogler te wszystkie elementy potraktował z pełnym zaangażowaniem i ewidentną empatią. W każdej scenie, w każdym nawiązaniu widać, że reżyser jest jawnym fanem serii. Jednak szczęśliwie dla widzów, nie traktuje swojego filmu jakby chciał zrobić banalny rip-off. Przeciwnie twórczo rozwija schematy, nie poprzestaje na powtórce. Kolokwialnie można byłoby powiedzieć, że Creed to Rocky wersja 2.0 – jeszcze bardziej efektowna, zrobiona w zawrotnym tempie i z wielkim szacunkiem dla oryginału. Oczywiście film John Avildsena, jak na warunki lat 70., był chociażby montażowo rewolucyjny. Creed okazuje się także mocny pod tym względem – sceny bokserskie, szczególnie finałowa, to lepsze kino akcji niż wszystko sekwencje dynamiczne Spectre.

śliczna Tessa Thompson okazała się także niezłą aktorką

śliczna Tessa Thompson okazała się także niezłą aktorką

Z wielką, szczerą nostalgią patrzy się na Sylvestra Stallone, który bryluje w roli zmęczonego życiem, rozczarowanego ostatnimi wydarzeniami Rocky’ego. Od jakiegoś czasu już trwa debata na temat jego szans oskarowych – w tym kontekście powiem tak: Jak nie teraz, to już chyba nigdy. Stallone jest w swojej ukochanej roli znakomity, powiedziałbym że lepszy niż w oryginale. Co ważne Michael B. Jordan dzielnie dotrzymuje mu kroku jako młody Creed, czyli afroamerykańska, młodsza wersja Rocky’ego. Miło się patrzy na tę parę aktorów, przypomina się chemia jaką udało się wytworzyć między Stallonem a Burgessem Meredithem i Burtem Youngiem. Rocky właśnie na tym zbudował swoją siłę, Creedowi udało się ten sukces powtórzyć. Coogler dobrze wybrał swojego głównego aktora, ale też przyznać trzeba, że napisał mu bardzo ciekawą postać. Adonis to trochę inny bohater niż Rocky, z lepszego domu, wykształcony, jednak podobnie jak Balboa zbuntowany i pragnący czegoś więcej. Jordan wszystkie te sprzeczności charakterologiczne potrafił uchwycić w kreacji tyleż stonowanej, co wyjątkowo efektywnej. Drugi plan w osobach Tessy Thompson i znakomitej (wciąż znanej głównie z Bill Cosby Show) Phylicii Rashad także trzyma poziom.

Creed nie jest filmem rewolucyjnym. Jednak dawno nie było w kinie tak satysfakcjonującej rozrywki w starym, dobrym stylu. Wielki powrót Sly’a!

Stasierski_8