26. MFF TAURON Nowe Horyzonty. Poszukująca Agnieszka Smoczyńska [WYWIAD]

Na 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty premierę będzie miał „Hot Spot” w reż. Agnieszki Smoczyńskiej. Z tej okazji przypominam mój wywiad, który zrobiłem z nią o filmie „Fuga”.

Jej nowe dzieło to „futurystyczny thriller rozgrywający się w niedalekiej przyszłości, gdzie porządek społeczny wyznacza świadoma sztuczna inteligencja”. Więcej informacji o filmie znajduje się TUTAJ.

Michał Hernes: Czy czuje się pani bardziej opowiadaczem historii czy opowiadaczem obrazami?

Agnieszka Smoczyńska: Opowiadam historie obrazami. Kino to następujące po sobie obrazy rozciągnięte w czasie.

Jak ważna jest dla pani warstwa wizualna?

– Ogromnie istotna, ale tak samo ważny jest dla mnie dźwięk, tzn. sound design. Z każdym realizowanym przeze mnie filmem coraz większego znaczenia nabierają dla mnie zarówno obrazy, jak i cisza i dźwięki. 

W pani nowym filmie zatytułowanym „Fuga” niesamowite są dla mnie kolory. 

To duża zasługa operatora Kuby Kijowskiego, scenografki Jagny Dobesz i odpowiadającej za charakteryzację i kostiumy Moniki Kalety, czyli całego pionu wizualnego, z którym pracowałam nad tym filmem. Staraliśmy się opowiedzieć tę historię kolorami w ten sposób, żeby była to jednolita gamma barwna znajdująca swoje odzwierciedlenie w scenografii, kostiumach i zdjęciach. 

Czy dostrzegła pani te kolory w trakcie czytania scenariusza filmu?

Nie, scenarzystka Gabrysia Muskała dała mi wolną rękę w ich doborze. Pierwotnie „Fuga” miała się składać z dwóch części – warszawskiej i drugiej, której akcja rozgrywałaby się w mniejszym mieście. W dużym mieście byłoby sporo czerwieni, a powrót bohaterki do domu miał być bardziej stonowany, z kolorami niebieskim, żółtym i brązami. 

Dlaczego zdecydowała się pani na takie, a nie inne kolory?

Była to wypadkowa kilkumiesięcznej pracy z operatorem, a potem z Jagna Dobesz i Monika Kaletą. Nie zakładaliśmy sobie, że od początku będziemy operować trzema kolorami. Wyniknęło to z naszych rozmów na temat bohaterki, tego kim była i kim się stała. 

W  kolorach można dostrzec jej emocje.  

Sound designer, czyli Marcin Lenarczyk, chciał przybliżyć widzom jej emocje, a Kuba Kijowski, operator, chciał pokazać, w jaki sposób postrzega ona świat, a także jej alienację względem niego. Wszystko to wywodzi się z emocji, które były zapisane w scenariuszu. 

Kostiumy odgrywają w tym filmie istotną rolę, ich kolorystyka i wygląd.

Bardzo rzadko się zdarza, że jedna osoba odpowiadała zarówno za kostiumy, jak i charakteryzację, a tak było w przypadku Moniki Kalety. Kolory Alicji kiedyś były kompletnie inne, bardziej słodkie i dziewczęce, ale powróciła jako ktoś zupełnie inny. Monika zaznaczyła to bardzo w subtelny sposób.

Kostiumy świetnie pokazały tę przemianę. 

Ogromnie nam na tym zależało. W filmie nie ma scen pokazujących, co się z nią działo pomiędzy tymi wydarzeniami, chcieliśmy więc opowiedzieć historię Alicji poprzez je wygląd, np. bliznę na czole. Te drobiazgi mówią o tym, co się jej przydarzyło. 

Ważną rolę odgrywają również ruch i taniec. 

Gabrysia i Łukasz Simlat pracowali z Kają Kołodziejczyk, żeby poprzez taniec opowiedzieć o relacji i uczuciach między nimi. 

W tym filmie przykuć uwagę może również minimalistyczna muzyka. 

Bardzo ważną rolę odegrał Marcin Lenarczyk, który jest nie tylko sound designerem, ale także muzykiem i DJ-em. Muzykę skomponował Filip Micek, młody artysta z Czech. Szukaliśmy środka, żeby w niezbyt nachalny sposób towarzyszyć bohaterce przez całą jej drogę powrotną do domu. Pomógł nam tez Paweł Juzwuk, który dobierał gotowe utwory muzyczne. To dzięki niemu niemal cała muzyka wykorzystana w fudze jest pierwotnie zagrana na „żywych” instrumentach. Dopiero w kolejnym kroku została przetworzona przy użyciu tzw. elektroniki. Sięgaliśmy po brzmienia, które swoimi barwami są w pełni tożsame z tematem najciemniejszych zakamarków ludzkiego mózgu i duszy. Chodziło o to, by odnaleźć w muzyce takie „kolory”, i takie brzmienie, które od razu wyda się być „dziwne” „inne”, nieprzystające w jakimś sensie, uwierające, a nawet kłujące w uszy. Trochę jakby nie z tej ziemi, nie z tego świata. Dźwięki te są niejednokrotnie odrealnione, a jednocześnie staraliśmy się zbliżyć się do tego momentu w trakcie depresji, w trakcie załamania nerwowego, w którym każda muzyka, niemal każdy dźwięk dookoła człowieka chorego – po prostu uwiera, boli, i potęguje stan cierpienia.

Jak wyglądała praca nad scenariuszem? 

Najpierw Gabrysia pracowała nad tą historia sama, a ja dołączyłam na jakiś czas. Potem Gabrysia już sama pisała scenariusz. Trwało to kilka ładnych lat. Późniejsza praca z aktorami, operatorem i resztą ekipy była procesem destylacji z bogactwa do coraz większego minimalizmu. Scenariusz trochę się więc zmienił stylistycznie, ale historia, sceny i bohaterowie pozostali ci sami. 

Skąd się wziął pomysł na tę historię? 

Gdy Gabrysia Muskała oglądała w telewizji program „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, zobaczyła w nim twarz kobiety, która nie wiedziała, jak się nazywa i skąd jest. Wiadomo było tylko, że nie jest z Warszawy i od jakiegoś czasu przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Do programu zadzwonił pewien mężczyzna i powiedział, że jest jej sąsiadem, a ona ma męża i dzieci. Kobieta była tym zszokowana. Kompletnie tego nie pamiętała. Tak bardzo zapadło to Gabrysi w pamięć, że chciała opowiedzieć tę historię i zagrać główną bohaterkę. Wejść w głowę tej kobiety. 

Jak to zrobić? To duże wyzwanie.

To trwało dobrych kilka lat. W trakcie dokumentacji spotkałyśmy się z wieloma osobami, odwiedziłyśmy program „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” i pracujący tam ludzie bardzo nam pomogli, pokazali nam też różne materiały. Rozmawiałyśmy także z psychologami i policjantami. 

Jeśli chodzi o Gabrysię, ona pisze  świetne sztuki teatralne, nie była więc debiutantką, która nigdy nie miała do czynienia ze scenariuszami. Doprecyzowała ten tekst przez wiele lat, dodając do niego elementy komediowe. Scenariusz stopniowo się zmieniał i ewoluował z historii kobiety, które chce odzyskać pamięć w zupełnie innym kierunku, z bohaterką będącą w kontrze do świata, do którego wraca. 

W tym zaskakującym filmie mieszają się elementy różnych gatunków. 

Pierwotnie miał to być dramat psychologiczny z elementami komediowymi, ale dodałam do niego gatunkowość thrillera z elementami fantasy. 

Skąd potrzeba dołożenia tych elementów? 

Chodziło o to, żeby wejść w głowę Alicji po to, by widz mógł więcej poczuć i zobaczyć. Gdy czytałam dialogi ze scenariusza, pomyślałam sobie, że fajnie byłoby to zwizualizować. Interesował mnie zapis stanów bohaterki. 

Ten film skojarzył mi się z hasłem tegorocznych Nowych Horyzontów „Out” i byciem poza sobą. 

To jest bardzo ciekawe i inspirujące. Faktycznie można to odnieść do naszego filmu, w którym bohaterka wychodzi poza siebie, przygląda się swojemu życiu i sobie z perspektywy kogoś kompletnie innego. To właśnie wydało mi się fascynujące w scenariuszu Gabrysi. 

Cieszę się, że zobaczyłem w „Fudze” tylu znakomitych i utalentowanych aktorów.  

Od razu było wiadomo, że Gabrysia zagra główną rolę, a wszyscy ci wspaniali pozostali aktorzy zostali dobrani pod nią –  pod kątem tego, czy jest chemia między nią a jej mężem, ale też wyglądu ich rodziców tak, żeby nie byli prości i biedni. Jej dawną przyjaciółką graną przez Małgosię Buczkowską czy lekarza granego przez Piotra Skibę. Poza tym Klara Brodka, Darek Chojnacki, Asia Niemirska – to dzieki nim udało się stworzyć świat Alicji. 

Jest pani zadowolona z tego filmu?

Bardzo się cieszę, że powstał, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, żebym mogła powiedzieć, czy jestem z niego zadowolona. Wciąż znajduje się w jego środku i trudno mi cokolwiek na ten temat powiedzieć. 

Przejdźmy więc do innego pani filmu, który będzie można zobaczyć na Nowych Horyzontach. Jak to się stało, że została pani zaangażowana do „Atlasu zła”?

Jego twórcom spodobały się „Córki Dancingu” i postanowili zaprosić mnie razem z innymi reżyserami z całego świata do projektu, który składa się z kilku nowel. Każdy z nas miał opowiedzieć legendę ze swojego kraju. Bardzo mi się to spodobało. Poza tym dali nam całkowitą wolność. 

Razem ze scenarzystą Robertem Bolesto stwierdziliśmy, że chcemy to zrobić, Zaprosiłam do współpracy Kubę Kijowskiego, Jangę Dobesz, Marcina Lenarczyka Kasie Lewinska, Wande i Marcin’s Kedzierzawskich, Janka Strumillo, Anne Sophie Puget,Olge Neubaer  i Zuza Wrońska, a film wyprodukował w Polsce Leszek Bodzak wraz z Aneta Hickinbotham producenci  m.in. „Ostatniej Rodziny”. Mieliśmy więc super ekipę która świetnie zarzadzala Ania Chruscicka, a film został sfinansowany przez akcję crowdfundingową. Na świecie to jedna z form dofinansowywania niezależnego kina, która w Polsce jeszcze trochę raczkuje. 

Ze względu na konwencję horroru każdy z twórców mógł wybrać legendę ze swojego kraju i opowiedzieć o lękach, które nas dotyczą. Żyjemy w czasach, w których horror świetnie wpisuje się w globalne i polityczne napięcie, np. lęk przed wojnami. Ciekawe wydało mi się to, jak podobne do siebie są poszczególne legendy, np. niemieckie i austriackie. 

Jeśli chodzi o naszą nowelę, Robert wybrał historię z Warmii i Mazur. Efekt końcowy to kompilacja kilku zebranych przez niego historii. Zebrał je w opowieść o mężczyźnie, który musi zjeść trzy serca dopiero co umarłych ludzi, żeby dzięki temu wygrać wszystkie wojny. Ta opowieść pokazuje, ile zła można uczynić, wykopując naszych zmarłych. 

Jak wielkim wyzwaniem było opowiedzieć tę historię w tak krótkim czasie?

Ogromnym. Jak się później okazało, te etiudy różnią się czasem trwania, a  my ściśle trzymaliśmy się narzuconych nam dziesięciu minut realizując historię, która mogłaby trwać godzinę lub nawet dłużej. Musieliśmy ją opowiedzieć skrótowo, ale był to dla nas ciekawy eksperyment. Oprócz lęku przed wojną, poruszyliśmy też temat bardzo charakterystycznej dla Polaków miłości niemożliwej –  uczucia do kobiety, która nie żyje. To wyolbrzymienie polskiego romantyzmu w pigułce. Relacja Kindlera, którego zagrał Andrzej Konopka i Uli Zerek, czyli Dziewicy, wydała mi się metaforyczna, inna i przez to ciekawa. 

Co jeszcze było wyzwaniem?

Ze względu na niski budżet – wszystko. Film zrealizowaliśmy podczas dwóch dni zdjęciowych, a to naprawdę bardzo mało. Wyzwaniem było stworzenie tego świata. Po raz pierwszy robiliśmy czysty horror z elementami westernu. Dla całej ekipy, w tym kaskaderów i Uli Zerek, wyzwaniem była latająca Dziewica. Dla Andrzeja Konopki było to zjadanie ludzkich serc. 

Ile było dubli?

Niedużo. Podczas zdjęć zerwała się wielka burza i musieliśmy szybko się uwinąć.  Wyzwaniem były również efekty specjalne. Wanda Kędzierzawska i Marcin Kędzierzawski zrobili serca i  wnętrzności mężczyzny, które Kindler musiał rozkrajać. Serca powstały ze specjalnego tworzywa i dzięki temu Andrzej Konopka mógł je zjeść. Mieliśmy na to tylko jeden dubel. Wielkim stresem i wyzwaniem było zrobienie trupa, z którego wyciąga się wnętrzności i jeszcze do tego je się serce. 

Wiele słynnych i kultowych horrorów powstało na wariackich papierach.

Robienie horroru jest chyba najciekawszym doświadczeniem, jakie mi się przydarzyło. To niezła zabawa. Na planie czułam się, jakbym znów była dzieckiem tworzącym świat, gdzie możesz sobie pozwolić na wszystko. Krojenie wnętrzności na planie zabiera bardzo dużo czasu, ale gdy się to udaje, sprawia to wielką frajdę. Bo czujesz, że dotykasz baśni.

Skąd pani wie, że coś jest przerażające i trzyma w napięciu w czasie robienia filmu?

Nie wiem tego. Na początku jest wyobraźnia, a potem testujemy efekty na samych sobie. Dopiero przy okazji montażu widzimy, czy to coś działa, czy nie. 

Filmy „Atlasu zła” utrzymane są w różnych stylistykach. Rozumiem, że to przypadek? 

Tak, ale producenci bardzo na to liczyli, np. że pojawi się pastisz kina klasy b. Wynikało to z wolności, jaką otrzymaliśmy. Do momentu premiery nie widzieliśmy swoich filmów. 

Które historie z tego zestawu pani lubi?

Kazda jest inna i to jest szalenie ciekawe.

Cieszę się, że ten film będzie można zobaczyć na Moico Nocnym Szaleństwie.

Ja także, bo świetnie się do tego nadaje. Pokazano go również podczas nocnego szaleństwa w Austin. 

Mam nadzieje, że jeszcze powróci pani do tej sekcji jako reżyserka.

Bardzo bym chciała i też mam taką nadzieję!

Sporo osób czeka również na bardzo dobry polski horror.

Podobnie jak ja i wierzę, że kiedyś uda mi się zrobić dobry horror, niekoniecznie klasy b. 

Czy obecne czasy są dobre do tworzenia filmów?

Tak, ale pod warunkiem, że będzie się dostawało pieniądze na ich realizację. Patrząc na ostatnie 10 lat polskiego kina, widać, że był to idealny okres i nasza kinematografia się przez ten czas rozwinęła. Ludzie mogli opowiadać historie, które chcieli. Czas zweryfikuje, czy teraz też tak będzie. Boje sie ze coraz wiecej tematow będą robione tylko dlatego że się dostanie na to pieniądze. A to pod względem artystycznym pułapka. Kino nie jest malowaniem obrazu w samotności, tylko machiną z ogromnymi budżetami. Nie ma w Polsce dużo prywatnych inwestorów, którzy zainwestowaliby w niekomercyjne projekty.  

Start typing and press Enter to search