Przyznam szczerze, że do nowego Avatara podchodziłem z dużą dawką rezerwy – po niezbyt udanej drugiej części, która poza wizualnym zachwytem nie dostarczała zupełnie niczego i po średnich amerykańskich recenzjach trójki spodziewałem się powtórki z rozrywki. Czytając przed seansem o braku dramaturgii, problemach narracyjnych czy zwyczajnej, wszechobecnej nudzie poszedłem do kina bez jakichkolwiek oczekiwań. I oto zaskoczenie – James Cameron pokazał mi, że kino wciąż potrafi imponować skalą i epickością na miarę trylogii „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona.
Tym bardziej nie rozumiem powtarzających się zarzutów. Gdzie nuda? Gdzie brak dramaturgii? Jeśli przez ponad trzy godziny Cameron serwuje nam prawdziwą karuzelę atrakcji, w której aż ciężko wziąć głęboki oddech. Czyżby światu znudziły się wielkie kinowe opowieści? Czy „Władca Pierścieni” gdyby wyszedł dzisiaj też zostałby zgnieciony przez krytykę? Nie wiem, ale naprawdę ciężko mi zrozumieć ten trend negowania epickiego kina…
Fabuła trzeciej części Avatara wprowadza nam nowe plemię zamieszkujące wulkaniczne obszary Pandory. Mangkwan to tzw. „ludzie popiołu”, którzy chcą przejąć kontrolę nad innymi klanami Na’vi. Na ich czele stoi charyzmatyczna przywódczyni Varang (grana przez znakomitą Oonę Chaplin) uosabiająca wszystkie cechy fanatycznej potrzeby podporządkowania sobie świata. Łączy siły z Pułkownikiem Milesem Quaritchem (chcący odzyskać swojego biologicznego syna) by wspólnie pokonać pozostałe klany wprowadzając nowy ład dyktowany przez ogień. Natomiast Jake Sully, który został Toruk Makto (Jeździec Ostatniego Cienia) wraz ze swoją rodziną chcą utrzymać stary porządek, w którym to nie Na’vi, a bóstwo Eywa decyduje o losach Pandory.
Zasadniczą różnicą pomiędzy problematyczną drugą częścią, a nową jest villain który dramaturgicznie trzyma cały film na swoich barkach. Varang z jednej strony emanuje erotycznym napięciem wykorzystując go do manipulacji (którego ofiarą jest Pułkownik Quaritch), z drugiej zaś przedstawia własną filozofię jedności Na’vi z ogniem rodzącym się w wulkanie. Dzięki temu Cameron mógł sobie pozwolić na eksplorowanie zupełnie nowych rejonów Pandory zestawiając ze sobą żywioły ognia i wody. Druga „podwodna” część przypominała nieco przyrodnicze filmy rodem z National Geographic tracąc przy tym narracyjny trzon historii. „Avatar: Ogień i popiół” na szczęście nie powtórzył błędów poprzednika i przestawił wajchę z przyrody na akcję tworząc niesamowity spektakl rozmaitości. Żaden film w tym roku nie zbliżył się nawet w połowie do skali nowego obrazu króla box-office’u. Sceny akcji dosłownie wbijają w fotel pokazując, iż epickość kina nie zna granic. Rozrywka, która nie jest oparta na tik-tokowym montażu (dlatego wg niektórych jest „nudny”?), a inscenizacji oraz technologicznej maestrii.
James Cameron to wizjoner, którego kino potrzebuje. Nie tylko za każdym razem ratuje branżę kinową przynosząc gigantyczne przychody z biletów, ale również wyznacza nowe technologiczne standardy. Dla takich filmów jak Avatar wymyślono kino – imponujący, trzygodzinny spektakl przenoszący widza do zupełnie innego świata.