1 lutego 2026 roku stała się historia – Steven Spielberg, jeden z największych twórców w historii kina, otrzymał swoją pierwszą statuetkę Grammy (za produkcję dokumentu „Muzyka filmowa: John Williams”) dopełniając tym samym status EGOT w wieku 79 lat. Na swoim koncie posiada również rzecz jasna 3 Oscary, 13 nagród Emmy oraz jedną nagrodę Tony za wyprodukowanie broadwayowskiego musicalu „A Strange Loop”. Nie ukrywam, iż podczas wieczoru Grammy właśnie ta nagroda ucieszyła mnie najmocniej (no może na równi z docenieniem Olivii Dean). Steven Spielberg ma bowiem szczególne miejsce w moim kinofilskim sercu, to między innymi od jego dzieł rozpoczęła się moja przygoda z poznawaniem świata filmu. W wieku dziecięcym Kino Nowej Przygody było dla mnie ucieczką, radością z odkrywania nieznanego, vernowską podróżą do wnętrza Ziemi. Prawdopodobnie gdyby nie Spielberg – zarówno jako reżyser, jak i producent – dzisiaj nie zajmowałbym się pisaniem o X muzie. Dzieła podpisane jego nazwiskiem i z logo Amblin Entertainment natchnęły niegdyś nastoletniego mnie do zgłębiania tajemnicy filmowej materii.
Takim obrazem Spielberga, z którym łączy mnie szczególnie bliska więź jest „E.T.”. Pamiętam swój pierwszy seans na kanapie w domu wraz z całą rodziną. Moi rodzice opowiadali wtedy, iż byli na randce w latach 80-tych na tym filmie w jednym z łódzkich kin. Nigdy nie zapomnę emocji towarzyszących mi podczas oglądania legendarnej sceny z latającymi BMX-ami – tak właśnie wygląda magia kina w czystej postaci. Kilkanaście lat później historia niejako zatoczyła koło podczas seansu na plaży w Cannes w 2022 roku (w ramach 40-lecia premiery). Dla takich emocji warto kochać kino, dla takich przeżyć warto jeździć na festiwale. Aż dziwne, że „E.T.” nie zdobył najważniejszych Oscarów, a na gali triumfował historyczny dramat o Gandhim – który bez wątpienia jest dobrym, solidnym filmem, jednak daleko mu do wybitności spielbergowskiego arcydzieła. Na szczęście muzyka Johna Williamsa została należycie doceniona statuetką. Chyba każdy z nas kojarzy ten muzyczny temat przewodni. Drugim filmem, który ukształtował mnie jako kinomana jest pierwsza część przygód Indiany Jonesa, czyli „Poszukiwacze zaginionej Arki”. Ikoniczna postać grana przez Harrisona Forda stała się moim dziecięcym przyjacielem, to właśnie z nim w wyobraźni wyruszałem na eskapady w poszukiwaniu drogocennych artefaktów – od zaginionej Arki Przymierza, po Święty Graal. Życie za młodu bez Indiany Jonesa z pewnością byłoby mniej barwne.
Ale kino Spielberga nie tylko zamyka się wśród rozrywkowych tematów. Nie bez przyczyny za dwa jego najlepsze filmy uznaje się „Listę Schindlera” oraz „Szeregowca Ryana”. Pierwszy z nich to jeden z najlepszych filmów o Holocauście w historii kina przybliżający osobę, która uratowała ponad tysiąc Żydów przed śmiercią, a drugi poraża intensywnością doświadczenia piekła wojny z wybitnie mocną sekwencją lądowania na plaży Omaha. „Lista Schindlera” postała z potrzeby serca, czuć to praktycznie w każdym kadrze tej poruszającej opowieści. Spielberg, poprzez kino, chciał oddać pamięć swoim żydowskim braciom poległym w Zagładzie, ale także oddać głos tym, którzy zdołali przeżyć dzięki staraniom Oskara Schindlera. Scena ukazująca likwidację krakowskiego getta do dziś pozostaje jedną z najbardziej rozdzierających sekwencji w historii. Takie filmy powinno się obowiązkowo wyświetlać na lekcji historii jako przypomnienie kolejnym pokoleniom do czego prowadzi antysemityzm. Spielberg pokazał to w sposób dobitny i wybitny.
Mam przeczucie, iż ten rok będzie dobrym czasem dla fanów Stevena. Po pierwsze Grammy, po drugie kolejna oscarowa nominacja (jako producent) za film „Hamnet”, po trzecie premiera jego najnowszego filmu o kosmitach – Dzień objawienia – będącego podobno utrzymanym w duchu kina lat 80-tych. Kto wie, może Spielberg po 10 latach ponownie zagości w programie canneńskiego festiwalu? Czerwcowa data premiery zdaje się sugerować taką możliwość. Osobiście trzymam za to kciuki!
Autor: Mateusz Rot