Wichrowe wzgórza – skok na bulę

Dzisiaj kolejne olimpijskie zmagania naszych skoczków (do boju!), a w kinach zagościł właśnie nowy film Emerald Fennell, czyli oczywiście „Wichrowe wzgórza” z Margot Robbie i Jacobem Elordim. Bawiąc się sportowymi analogiami postanowiłem połączyć analizę dzieła filmowego z poszczególnymi elementami skoku narciarskiego, który na papierze zapowiadał się na jednego z faworytów do przyszłorocznego oscarowego złota, a wyszedł z tego przerażająco krótki skok na bulę (dla niezaznajomionych z nomenklaturą narciarską „bula” to grzbiet skoczni, najwyżej usytuowana część zeskoku położona tuż za progiem obiektu).

Najazd na próg

Pierwszą fazę filmu stanowi scenariusz – to od niego wszystko się zaczyna. Fennell wzięła na tapet jedną z najbardziej znanych brytyjskich powieści romantycznych autorstwa Emily Brontë. Reżyserka (i zarazem twórczyni scenariusza) postanowiła zaryzykować ponownie adaptując już przeoraną w popkulturze prozę Brontë narażając się tym samym z jednej strony na porównania do poprzednich wersji filmowych, a z drugiej na ataki fanów książki. Każde odstępstwo od pierwowzoru jest niczym stąpanie po rozsypanym zestawie klocków LEGO. Już przed premierą w Internecie wybuchła dyskusja o tzw. „whitewashingu” w obsadzeniu Elordiego w roli Heathcliffa, który w książce opisywany był jako osoba o ciemniejszej karnacji skóry. Fennell na etapie scenariusza na siłę starała się na siłę szokować, jednak jak to często bywa – z dużej chmury wyszedł mały deszcz. W dodatku zaskakująco pruderyjny.

Wyjście z progu

Za drugą fazę naszego filmowego lotu będzie odpowiadała reżyseria i wszelkie techniczne aspekty. I tutaj można powiedzieć, że odbicie było mocne, bo tzw. „production value” – od instagramowych zdjęć Linusa Sandgrena, po imponującą scenografię czy kostiumy – stoją na naprawdę wysokim poziomie, ale reżyseria niedomaga prawie na każdym kroku zmieniając kierunek lotu na niekorzystny. Gdy reżyseria-odbicie szwankuje, wszystkie pozostałe elementy sypią się jak domek z kart. Niestety Fennell nie poradziła sobie z okiełznaniem gatunku melodramatu wpadając w pułapki przedramatyzowania i nieświadomego kiczu. Reżyserka chciała chyba nawiązać do dokonań Douglasa Sirka, jednak nie posiada tego legendarnego melodramatycznego wyczucia niemieckiego reżysera.

Faza lotu

Po nieudanym odbiciu ciężko uratować skok. Z pomocą próbowali przyjść aktorzy – Margot Robbie i Jacob Elordi. Jednak i oni nie dali rady złapać podmuchów wiatru „Wichrowych wzgórz”. Na ekranie ciężko szukać jakiekolwiek chemii, a to jednak najistotniejsze w filmie romantycznym. Między dwójką głównych bohaterów nie pojawia się żadna relacja – aktorzy niczym kukły wypowiadają swoje dialogi. Przez co po prostu ciężko uwierzyć w historię o miłości Catherine Earnshaw i Heathcliffa. Zaskakująco dużo lepiej poradzili sobie nastoletni aktorzy wcielający się w ich dziecięce wersje. Znany z netflixowego serialu „Dojrzewanie” Owen Cooper i debiutująca na ekranie Charlotte Mellington. Tej młodzieńczej relacji potrafiłem zaufać.

Lądowanie

Naszym filmowym telemarkiem niech będą piosenki znanej i lubianej Charli xcx. Brytyjska gwiazda pop od paru lat jest na fali wznoszącej i nie ukrywa swojej pasji do tworzenia filmów. Na potrzeby „Wichrowych wzgórz” napisała kilkanaście utworów, z których wydała też swój album. Jednak w samym filmie miałem wrażenie, iż potencjał piosenek nie został wykorzystany. Tylko urywki, jakieś szczątki kompozycji stanowiące nieznaczące tło można w nim usłyszeć. Tym aspektem Fennell chyba mnie najbardziej zawiodła. Mając na pokładzie taką gwiazdę mogła zaszaleć, odpiąć wrotki i dać się porwać rytmom muzyki Charli xcx. Niestety wyszło, jak wyszło… Widoczny brak telemarku.

„Wichrowe wzgórza” A.D. 2026 to niestety kompletnie nieudana próba podjęcia się adaptacji klasyki. Dzisiaj zepsuła swój „film-skok”, ale mam nadzieję, że na następnych zawodach będzie już w lepszej dyspozycji.

Autor: Mateusz Rot

Start typing and press Enter to search