Michał Marczak, reżyser „Wszystkich nieprzespanych nocy”, powrócił z nowym filmem! „Bez końca”/„Closure” – podobnie jak „Wszystkie nieprzespane noce” – miał premierę na festiwalu Sundance. A już w maju będzie go można zobaczyć na Millennium Docs Against Gravity Wrocław i Millennium Docs Against Gravity. Czy warto obejrzeć tę produkcję? Zdecydowanie tak!
„Bez końca”/„Closure” to przykład filmu dokumentalnego, który został zrealizowany z myślą, by pokazywać go w kinach i na dużym kinowym ekranie robi kolosalne wrażenie. Ten film bardzo mocno rezonował we mnie zwłaszcza w kontekście innej tragicznej historii, którą do niedawna żyła cała Polska. Zwłaszcza że w czasie seansu dostrzegłem pewne punkty zbieżne. Nowa produkcja Marczaka to poruszająca „opowieść o Danielu, który po zaginięciu nastoletniego syna przeszukuje głębiny Wisły, rozdarty między obawą przed tragicznym skokiem a nadzieją, że jego syn wciąż żyje”. Bardzo się cieszę, że reżyser będzie gościem seansu w ramach Millenium Docs Agaist Gravity w DCF – Dolnośląskie Centrum Filmowe i nie mogę się doczekać dyskusji o tym filmie! Oglądając „Bez końca”, rozmyślałem o tym, czy i jakie granice wyznaczył sobie z głównym bohaterem.
Myślałem też o słowach jednego z filmowych nauczycieli Marczaka, Marcela Łozińskiego, że „rzeczywistość okazuje się na ogół o wiele ciekawsza od tego, co sobie wymyśliliśmy”. Łoziński dodał, że „dokumentaliści mają obowiązek nieustannej rejestracji rzeczywistości. Nie mieć pewnych rzeczy na taśmie to zbrodnia”.
Pytanie, co Marczak pokazał, a czego nie pokazał i jak to się ma do powyższych słów Łozińskiego – polecam, byście sami się o tym przekonali.
Przed laty reżyser „Bez końca” powiedział mi w wywiadzie:
„Dla mnie kompletnie płynna jest bariera między fabułą a dokumentem. Mam swoją własną definicję tego medium. Jest bardzo prosta: w dokumencie bohater nikogo nie gra, jest sobą. Mówiąc szczerze, kompletnie nie rozumiałem dyskusji wokół Kapuścińskiego i odebrałem ją jako niesmaczną. To wszystko sztuka i osobista interpretacja. Wiele osób, które wchodzi w takie dywagacje, nie zna się na tym medium. Im się wydaje, że coś jest rzeczywiste, podczas gdy mamy do czynienia z czymś subiektywnym. Pierwszy film dokumentalny w historii został w całości zainscenizowany, więc to absurdalne, że sto lat później musimy wracać do tego tematu. Czasami, aby przywrócić „normalność” wystarczy poczekać, oswoić bohatera z obecnością kamery, w innych przypadkach jest to nie możliwe i trzeba w ten proces włożyć o wiele więcej energii, środków i pomysłowości”.
Autor: Michał Hernes