20 lat temu Diabeł po raz pierwszy ubierał się u Prady i wyszła z tego nominacja do Oscara za ikoniczną rolę Meryl Streep. Dzisiaj do kin powróciła Miranda Priestly z ekipą, i jak wtedy Davil Frankel stworzył ładne, energetyczne, ale ostateczne puste świecidełko, tak teraz do dawnej energii i realizacyjnej sprawności doszła mocna refleksja o współczesnym świecie korporacyjnym i „rozwoju”, w którym pozbawiona kontroli i ludzkiej perspektywy technologia przejmuje władzę nad mediami. Oraz światem w ogólności. Opowiadane jest to z pazurem. Film bez wątpliwości roli krok w przód, którego pierwszej części zabrakło. Tamta bowiem była głównie zabawą, gdzie Meryl Streep miała mnóstwo miejsca na popisy. Tutaj musi się rozpychać, bo reszta aktorskiego kwartetu (Hathaway, Blunt i Tucci) zaznacza mocno swoją obecność. Dlatego Miranda najlepiej objawia się w sekwencjach, w których staje się najbardziej cynicznym przewodnikiem po świecie.
Przez ten cynizm, jest to przewodnik, którego nie chcę się słuchać, ale po chwili zastanowienia, nie da się go zignorować. Dlatego właśnie „Diabeł ubiera się u Prady 2” objawia się jako zaskakująco pełniejszy film, w którym nie chodzi tylko o one-linery i ładne ciuszki. Wyjdziemy z tego seansu tego ze słodko-gorzkim uczuciem, że nawet w najbardziej satysfakcjonujących nas momentach życia, powinniśmy mieć z tyłu głowy pytanie czy naprawdę jest tak dobrze jak myślimy. I czy rzeczywiście doszliśmy do tego sami, czy już jesteśmy w takim momencie, w którym kontrolę ma ktoś inny? Świetna, dobrze zrobiona, inteligentna rozrywka. Jeśli po takich wypadkach przy pracy jak „Nie patrz w górę”, ktoś zaczął mieć wątpliwości, czy Meryl jeszcze potrafi. Oj tak, potrafi. I to jak!
Król jest tylko jeden. Po wszystkich negatywnych recenzjach przeczytanych przed seansem podchodziłem do „Michaela” z dużą dawką rezerwy spodziewając się kolejnej, nudnej i takiej samej muzycznej biografii spod znaku „Bohemian Rhapsody” (zresztą film produkował ten sam producent). Tym większe pozytywne zaskoczenie, iż podczas oglądania autentycznie dałem się porwać obrazowi przede wszystkim przepełnionym ogromnym sercem oraz miłością do największej z największych postaci świata popkultury.
Film w reżyserii Antoine’a Fuquy przybliża nam historię Michaela Jacksona od początków jego kariery kiedy był częścią zespołu rodzinnego The Jackson 5 aż po pierwszą solową trasę (Bad Tour) w 1987 roku. Reżyser skupia się na ukazaniu trudnej relacji Króla Popu ze swoim ojcem (w tej roli Colman Domingo), dla którego nie liczyła się miłość, a sukces. Jego głównym celem było, jak bezpośrednio pada w filmie, stworzenie z niego maszynki do zarabiania pieniędzy. Młody Michael jednak wytworzył w sobie rodzaj pancerza ochronnego uciekając w świat fantasy, a konkretniej do Nibylandii będącej dla niego schronieniem przed przemocowym ojcem. Właśnie na styku brutalności świata niedoścignionego perfekcjonizmu, a magii wyobraźni narodziła się ikona MJ. Sporo osób zarzuca filmowi, iż robi z Jacksona postać niemal świętego niosącego swoim przekazem pokój i zbawienie. A ja na to mówię: wczytajcie się w teksty jego piosenek. Niejednokrotnie znajdziemy tam dokładnie taką naukę. W moim odczuciu twórcy „Michaela” chcieli po prostu przekazać te uniwersalne wartości płynące z twórczości Jacksona. Jeśli krzewienie dobra we współczesnym świecie jest negatywną cechą to ja nie mam więcej pytań…
Na szczególne uznanie zasługuje również kreacja bratanka Michaela, Jaafara Jacksona. Odwzorowanie tańca, głosu oraz wszystkich ruchów w sekwencjach muzycznych to prawdziwy aktorski majstersztyk. Czapki z głów, żeby zaliczyć taki debiut na dużym ekranie. W skrócie nie słuchajcie malkontentów. „Michael” to kawał pięknego widowiska.
Autorzy: Maciej Stasierski/Mateusz Rot