Billie Eilish: Hit Me Hard and Soft – The Tour (Live in 3D) – efektowna intymność

W ostatnich latach coraz częściej mamy do czynienia z filmami koncertowymi wyświetlanymi w kinach na całym świecie. Po sukcesie „Renaissance: A Film by Beyoncé” oraz bijącej wszelkie rekordy „Taylor Swift: The Eras Tour” (która zarobiła w kinach ponad 260 mln $) przyszła pora na nagranie koncertu z trasy promującej album Billie Eilish „Hit Me Hard and Soft”. Młoda amerykańska piosenkarka do współreżyserowania projektu zaprosiła samego Jamesa Camerona, który jak nikt inny zna możliwości technologii 3D. Od samego początku Eilish miała bowiem wizję nakręcenia immersyjnego doświadczenia przy wykorzystaniu kamer 3D. Nie dziwi więc fakt, iż pierwszym twórcą, który przyszedł jej na myśl był, słynący z poszerzania technologicznych możliwości kina, kanadyjski król filmowego box-office.

„Billie Eilish: Hit Me Hard and Soft – The Tour (Live in 3D)” to filmowy zapis z koncertu, który odbywał się w hali Co-op Live w Manchesterze w ramach trasy piosenkarki. Cameron spędził z Eilish kilka dni obserwując jej przygotowania, treningi, a także zadając szereg pytań odnoszących się do jej spojrzenia na muzykę, show biznes, a także stosunek do fanów oraz ogólną koncepcję trasy. Dzięki temu film nie tylko ukazał samo wydarzenie, ale zyskał dokumentalną wartość, bowiem rozmowy pomiędzy amerykańską piosenkarką, a kanadyjskim reżyserem pięknie dopełniają przekaz tekstu piosenek Eilish. Dla mnie takim najbardziej emocjonalnym fragmentem był segment poświęcony fanom. Cameron wyszedł z kamerami do ludzi pytając ich o więź ze swoją idolką. Padały tam niezwykle poruszające historie o tym jak twórczość Billie pomogła im w zaakceptowaniu samego siebie, przepracowaniu trudnych doświadczeń braku akceptacji czy uleczyła ból egzystencjalny. W tych kilku wypowiedziach zawarta jest cała moc oddziaływania muzyki na człowieka potrafiąca oczyszczać nas z wszelkich trudnych emocji.

Za każdym razem kiedy myślimy, że 3D to już przeżytek przychodzi James Cameron i po raz kolejny udowadnia, że jesteśmy w błędzie. Kreatywne wykorzystanie tej technologii cały czas zachwyca i otwiera kino na nowe doświadczenia. Ekranowa głębia sprawiała wrażenie jakbyśmy namacalnie byli na środku sceny tuż obok Billie Eilish. W takich momentach czuć było prawdziwą magię kina i sens wykorzystania 3D. A wyskakujące pod koniec z ekranu konfetti tylko dopieściło tę immersyjną karuzelę atrakcji.

Wspólne dzieło Camerona i Eilish to z jednej strony doskonale naoliwiona, efektowna maszyna z drugiej zaś popis skromności i delikatnego wyrażania emocji w intymnym wymiarze sztuki. Amerykańska gwiazda nie potrzebuje ze sobą mnóstwa tancerzy na scenie by zapełnić ją w pełnej skali. Wystarczy kilkuosobowy band, dwie Panie w chórkach, mikrofon i ona by zaczęły dziać się cuda. A największy cud stał się gdy na scenie była tylko Billie oraz jej zabawa z loopem. Piękno w prostocie w najlepszym wydaniu. „Billie Eilish: Hit Me Hard and Soft – The Tour (Live in 3D)” to film, który koniecznie trzeba obejrzeć na kinowym ekranie i poczuć go wszystkimi zmysłami. I wcale nie trzeba być fanem piosenkarki, żeby go docenić. Emocje to sprawa uniwersalna, która nie potrzebuje przewodnika. Dla mnie póki co najlepszy film jaki zobaczyłem w tym roku.

Autor: Mateusz Rot

Start typing and press Enter to search