„Programując Shortlistę, chciałbym być trochę jak Armand Duplantis – przy każdym starcie poprawiać rekord o centymetr. Mam wrażenie, że w tym roku znowu się to udało. Zaskoczyła mnie tak duża liczba dobrych filmów – opartych na własnych intymnych dziennikach albo na kreatywnie wykorzystanych archiwaliach – mówiących o pewnym rozedrganiu, zagmatwaniu własnej tożsamości” – mówi nam Piotr Czerkawski, selekcjoner Shortlisty na 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty. Program festiwalu znajduje się TUTAJ.
Michał Hernes: Podczas tegorocznej edycji MFF TAURON Nowe Horyzonty odbędzie się debata pt. „Jak zaistnieć ze swoim shortem na festiwalu filmowym?”. Jak sprawić, byś zwrócił uwagę na krótkometrażowy film i wybrał go do festiwalu?
Piotr Czerkawski: To ryzykowne pytanie, które przypomina mi anegdotę, jaką opowiadał kiedyś Johnny Depp. Gdy był jeszcze mało znanym aktorem, zobaczył na ulicy Iggy’ego Popa, którego ubóstwiał. Pomyślał, że koniecznie musi wejść z nim w interakcję, ale jeśli powie mu po prostu, że go uwielbia, wypadnie banalnie i nie pozwoli się zapamiętać. W związku z tym Depp postanowił podejść do Iggy’ego i… bezpardonowo pociągnąć go z bara. Zdaje się, że po latach obaj wrócili do tej sytuacji i okazało się, że Iggy faktycznie ją zapamiętał… Nie mówię o tym dlatego, że zachęcam kogokolwiek, by na ulicy pociągnął mnie z bara. Chodzi mi raczej o to, że zwykle zapamiętuję filmy możliwie najbardziej niekonwencjonalne, przełamujące schematy, poetycko lub humorystycznie operujące absurdem.
Na co zwracasz uwagę jako selekcjoner shortlisty, jakimi kryteriami się kierujesz?
Mistrz Sobolewski nauczał, że – zgodnie z najkrótszą możliwą definicją – krytyka filmowa to po prostu „racjonalizacja przeżyć”. Z selekcją jest tak samo. Lubię ubierać swoje myśli w słowa i tworzyć dla nowohoryzontowych shortów możliwie najbardziej elokwentne opisy, ale potrzebną do tego refleksję zawsze poprzedza przeżycie, które ma w sobie coś pierwotnego, czasem oddziałuje na mnie wręcz fizycznie. To może być śmiech, wzruszenie, gęsia skórka albo coś subtelniejszego, co jest trudne do nazwania, ale sprawia, że danego shorta nie da się wyrzucić z głowy przez kilka dni.
Czy i jakie masz wskazówki dla twórców i twórczyń shortów?
Trudno powiedzieć. Gdybym znał uniwersalny przepis na sukces, to nikomu bym go nie zdradził i sam pozgarniałbym wszystkie nagrody. Niemniej, myślę, że zawsze warto zadbać o równowagę pomiędzy poszerzaniem swojej wiedzy, oglądaniem filmów, znajomością festiwalowych trendów, a niezatracaniem w tym wszystkim siebie i opowiadaniem o tym, co nas autentycznie boli, bawi czy przeraża.
Żyjemy w czasach, w których youtuberzy przebijają się do kinowego mainstreamu. Czy w shortach, na które warto zwrócić uwagę, dominują te realizowane w szkołach filmowych, czy jest większa różnorodność?
Dominują filmy realizowane w szkołach, bo różnica między nimi a propozycjami bardziej „amatorskimi” wciąż wydaje mi się istotna. W każdej szkole znajdziemy jednak prymusów i outsiderów z oślej ławki. Nie ukrywam, że mam słabość do tych drugich. Często zdarza mi się pokazywać filmy, o których dowiaduję się, że profesorowie się na nich nie poznali i na egzaminach ocenili je nisko. Kiedy za sprawą nowohoryzontowej selekcji mogę trochę pomóc młodym twórcom, którzy nie do końca wpasowują się w schematy, jestem z tego powodu szczęśliwy… To powiedziawszy, chciałbym zwrócić uwagę na jeden tegoroczny film zrealizowany za prywatne środki, całkowicie po outsidersku. To „Kobieta w morzu” Dominiki Gnatek – reżyserki, która dobrych parę lat temu wygrała z poprzednim krótkim metrażem festiwal w Gdyni, a potem odbijała się od systemowej ściany, aż wreszcie wróciła za sprawą zmysłowego i poetyckiego filmem kojarzącego mi się z najlepszymi opowiadaniami Murakamiego.
Czy są jakieś tematy albo estetyki, które rzadko podejmuje się w shortach i jako selekcjoner chciałbyś, żeby to się zmieniło? Jeśli tak, to jakie?
Podobnie jak w pełnych metrażach, brakuje mi zarówno formalnej, jak i treściowej drapieżności. Po młodych twórcach spodziewałbym się większej dezynwoltury, skłonności do ryzyka, podważania obowiązujących norm, ośmieszania absurdów otaczającej rzeczywistości. Na szczęście od czasu do czasu udaje się osiągnąć te cele. Przykładem filmu, który wyrasta z takiego podejścia jest „Długa przerwa” Jana Saczka – fabuła pełna tej samej obyczajowej odwagi i błazeńskiego, karnawałowego humoru rodem ze świata Radu Jude.
Podczas poprzednich debat była mowa o tym, że głównym obiegiem dla shortów muszą pozostać festiwale. Z czego to wynika i czy to dobra/najlepsza droga?
To wciąż najlepsza droga z kilku powodów. Przede wszystkim w festiwalach uczestniczą widzowie głęboko zainteresowani kinem, otwarci również na propozycje spoza utartych szlaków i głównego nurtu. Programerzy mają tą świadomość i dają możliwość oglądania krótkich metraży w dobrych godzinach, nierzadko wręcz w festiwalowym prime time’ie. Telewizja tymczasem rezerwuje dla shortów co najwyżej jakieś perwersyjne pory w pasmach „dla nocnych marków”. Obieg internetowy pozbawia z kolei twórców shortów żywego kontaktu z publicznością i przedstawicielami branży – wiele późniejszych współprac narodziło się przecież podczas intensywnych kuluarowych dyskusji, wytwornych bankietów albo pospolitych popijaw. Festiwale dają przestrzeń na to wszystko, ale nie oznacza to oczywiście, że należy zapominać o innych platformach do pokazywania shortów. Od września w Kinie Kultura SFP, którym mam przyjemność kierować od kilku miesięcy, będziemy regularnie pokazywać polskie krótkie metraże przed wybranymi seansami filmów pełnometrażowych. Wiem, że kilka innych kin ma podobne plany i bardzo kibicuję ich realizacji.
Shortlista to sekcja prezentująca „najbarwniejsze i najbardziej oryginalne filmy krótkometrażowe zrealizowane w danym roku w Polsce lub przez polskich twórców za granicą”. Brzmi jakby poprzeczka była postawiona wysoko. Czy wyselekcjonowane przez Ciebie w tym roku filmy spełniły te oczekiwania?
Oczywiście, że tak. Programując Shortlistę, chciałbym być trochę jak Armand Duplantis – przy każdym starcie poprawiać rekord o centymetr. Mam wrażenie, że w tym roku znowu się to udało. Zaskoczyła mnie tak duża liczba dobrych filmów – opartych na własnych intymnych dziennikach albo na kreatywnie wykorzystanych archiwaliach – mówiących o pewnym rozedrganiu, zagmatwaniu własnej tożsamości. Jeszcze nie do końca wiem jak interpretować ten trend – może dotyka uczucia powszechnego w świecie przepełnionym chaosem i niepewnością? Mam nadzieję, że rozwiniemy ten temat i zastanowimy się nad nim głębiej podczas festiwalu.
Rozmawiał: Michał Hernes