26. MFF TAURON Nowe Horyzonty. Wywiad z Łukaszem Rondudą

„Chcę, żeby widz wszedł w daną historię emocjonalnie, w pełni się na nią otworzył i zapomniał, że ogląda film, tylko prawdziwie się wzruszył i skontaktował ze swoją kruchością. Takie kino mnie interesuje i takie chcę robić filmy” – mówi nam Łukasz Ronduda.

Jesteśmy partnerami medialnymi retrospektywy jego filmów, która będzie prezentowana w ramach 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty (23 lipca – 2 sierpnia we Wrocławiu, online do 9 sierpnia). Więcej informacji o wydarzeniu znajduje się TUTAJ.

Michał Hernes: Na 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty odbędzie się retrospektywa twoich filmów. A czy ty masz w pamięci filmy z tego festiwalu, które cię ukształtowały?
Łukasz Ronduda: Nowe Horyzonty to bardzo ważny dla mnie festiwal, który traktuję niemal jak uniwersytet. Uczę się na nim kina – tego, jak tworzy się filmy, jakie podejmuje się w nich tematy i jakie pojawiają się nowe estetyki. Właśnie po to tu przyjeżdżam – aby się rozwijać jako reżyser. Poza tym, często byłem także obecny w produkcyjnej sekcji Polish Days, gdzie spotykają się osoby z branży i omawiane są projekty dopiero będące w produkcji. To odegrało bardzo ważną rolę w przypadku kilku moich projektów. 

Które obejrzane na festiwalu filmy najbardziej cię zachwyciły?
Z każdej edycji coś wywożę, jakieś swoje odkrycie. Jednym z nich jest „Blisko” w reż. Lukasa Dhonta. Podobnie jak „La Chimera” w reż. Alice Rohrwacher i „Wśród wyschniętych traw” w reż. Nuri Bilge Ceylana. A „Podejrzana” w reż. Chan Park-Wooka i „Titane” w reż. Julii Ducournau to wspaniałe doświadczenie obcowania z bardzo dobrym kinem, którego sam bym nie zrobił. Takie doświadczenie wyjścia poza siebie i turystyka w wyobraźni do zupełnie innego świata, innej wrażliwości. 

Świetne wybory. A w tym roku na festiwalu widzki i widzowie będą mogli obejrzeć wszystkie twoje filmy. Czy odświeżysz je sobie przed festiwalem albo w trakcie?
W trakcie. Chcę je sobie przypomnieć na Nowych Horyzontach, bo nie mam zwyczaju oglądania swoich filmów. Są to filmowe pamiątki po różnych momentach w moim życiu, moich zainteresowaniach i emocjach. Zawsze wybieram tematy, które są mi bliskie w danym momencie. Ciekawi mnie, jak będą się razem prezentowały i w co się ułożą, co mówią o mnie samym.

Czy proces wyboru bohatera i tematu przebiega u ciebie intuicyjnie? 
Musi być mi bliska emocja, jakiś dramat osoby, która jest inspiracją. Zawsze punktem wyjścia jest dla mnie relacja z człowiekiem – nie tylko w filmach fabularnych i dokumentalnych, ale też w dziedzinie sztuki współczesnej, gdzie jestem kuratorem. 

Jak łączysz te dwie funkcje – kuratora i reżysera – gdy pracujesz nad filmami?
To bardzo dobrze się ze sobą łączy. Lubię o sobie myśleć, że moja tożsamość nie jest zwarta i jednowymiarowa, ale zawiera w sobie różne części. Że to taka rodzina wewnętrzna. Dwie z tych części – kuratorska i reżyserska – często wchodzą w konflikt, ale równie często bardzo się nawzajem napędzają. To różne światy – także instytucjonalnie – i odmienne punkty odniesienia. W realizacji filmów bardziej chodzi mi o opowiadanie historii przez człowieka, bohatera, o to, by opowiadać ważne dla mnie osobiście humanistyczne historie o emocjach. Z kolei w sztuce współczesnej kluczowe jest dla mnie, by opowiadać historie poprzez przedmioty, obrazy i bardziej chodzi o dyskurs. Nie wyobrażam sobie pracowania tylko w jednej z tych profesji. Bycie reżyserem wzmacnia mnie jako kuratora, i odwrotnie. 

A jak scharakteryzowałbyś swoje filmy? Czy to gatunkowe hybrydy? 
Tak, każdy z nich jest przetworzeniem konkretnego filmowego gatunku. Dla mnie „Serce miłość” to science fiction, a „Wszystkie nasze strachy” jest westernem. „Powiedz mi, co czujesz” filmem romantycznym coming-of-age. Na bohatera tego filmu trafiłem jako kurator. Obserwowałem najmłodsze pokolenie artystów, takich jak Patryk Różycki. Bardzo mnie ujęło, jak opowiadał o swoich doświadczeniach w bardzo dojrzały emocjonalnie sposób, mocno eksponując swoją wrażliwość i kruchość. Zafascynowała mnie ta emocjonalna mądrość i szlachetność. Patryk i generalnie jeszcze młodsze od niego pokolenie, w relacjach komunikują się nie językiem opartym na dominacji, tylko bardziej starają się łączyć przez autentyczność, szczerość. Środowisko młodych ludzi – gen Z – proponuje świat, w którym nie boimy się odkrywać siebie przed innym człowiekiem.

Film „Powiedz mi, co czujesz” opowiada również o współczesnych młodych mężczyznach, bardziej otwartych na emocje. 
Tak. Chciałem nakręcić film o męskości – o chłopaku takim jak Patryk, który pochodzi z bardzo zmarginalizowanej społecznie, ekonomicznie i przez to brutalnej rzeczywistości i wybiera świat sztuki, choć to jest w jego przypadku bardzo ryzykowne, „nieżyciowe”. W toku tej drogi uczy się lepszego kontaktu ze swoimi trudnymi emocjami a nie uciekania przed nimi np. w agresję czy restytucję toksycznej, maczo-męskości. Obecnie w Polsce młodzi mężczyźni z podobnego kontekstu, brutalnie doświadczonego przez kapitalizm wybierają inaczej niż Patryk. Wybierają siłę. Dlatego ten jego wybór tak mnie zafascynował. 

Skąd pomysł na film o miłości młodych ludzi w dobie kultury terapeutycznej?
Chciałem nakręcić film o pokoleniu młodych osób, które teraz ma około 20 lat., które w czasie pandemii żyło w zamknięciu. Bardzo dużo nastolatków i dzieci poszło wtedy na terapię. W kulturze terapeutycznej, w której żyjemy, bardzo łatwo wysyła się na terapię dzieci. Skutkuje to tym, że dużo młodych osób, w wieku 20-25 lat, jest mocno nasyconych językiem terapii. Ciekawiło mnie, jak formują się ich pierwsze związki. Te osoby dokładnie wiedzą, w momencie gdy się zakochują skąd pochodzi dana emocja i jakie rządzą nią mechanizmy. Nazywam to dwujęzycznością. Są dwujęzyczni, bo z jednej strony doświadczają języka emocji, czują emocje a z drugiej – przeprowadzają racjonalną refleksję nad tym językiem korzystając z terminów zaczerpniętych z terapii. To powszechne zachowanie w kulturze terapeutycznej, w której żyjemy. Zachowanie łączące pokolenia. Ja też po terapii tak dwujęzycznie podchodzę do doświadczeń emocjonalnych: czuję i od razu mam refleksję quasi terapeutyczną nad tym czuciem. Dzięki tej dwujęzyczności poczułem z młodymi ludźmi bliskość, bo choć dzieli nas dwadzieścia lat, to doświadczenie życia w kulturze terapeutycznej jest podobne. 

Jak ci się pracowało z młodymi aktorami?
Gdy pracowałem z – 21-letnim aktorem Jankiem Sałasińskim czy Karolem Ulmanem, moim asystentem (ma 23 lata), to czułem się, jakbym rozmawiał z bardzo bliskimi mi pod kątem wrażliwości ludźmi. Zaprzyjaźniliśmy się. Janek i Karol byli podczas realizacji filmu, jak sami się nazwali, „detektorami ściemy” – jeżeli w filmie pojawiało się coś niezgodnego z duchem tej generacji, to oni wkraczali do akcji i robili korektę. 

Mówiłeś o tej terapii, a czy film jest dla ciebie pewną formą autoterapii albo wstępu do terapii? 
Generalnie traktuję film i terapie jako narzędzia bardzo pomocne w definiowaniu siebie, opowiadaniu o sobie, w znajdowaniu najautentyczniejszej swojej „narracji tożsamościowej”. Film jako „maszyna empatii” pozwala wejść głęboko w emocje, w różne stany emocjonalne, w których odnajduję siebie. To bardzo wzbogaca mnie jako człowieka i na pewno jest terapeutyczne. Jednak jest podstawowa różnica: w procesie terapii ważne jest, by spojrzeć na pojawiającą się emocję trochę z boku, ale nie negować jej, nie starać się jej odganiać. Samo byciem świadkiem tej emocji sprawia, że przestaje ona mieć nad nami władzę. W pewnym sensie to samo ma miejsce podczas pisania scenariusza i kręcenia filmu – przez cały czas jesteśmy świadkami tych emocji, które pojawiają się w scenariuszu. Niemniej jednak, praca nad filmem i praca terapeutyczna to dwa odrębne kierunki. Jeśli jesteś na terapii, to chcesz być świadkiem swoich emocji z lekkiego dystansu. Kiedy z kolei pracujesz nad filmem, to chcesz zrealizować go tak, żeby widz nie mógł mieć dystansu do emocji, które pojawiają się w filmie. To jest mój cel jako filmowca. Mogę zdystansować się do emocji jako reżyser, scenarzysta i jako człowiek, który podlega terapii, ale nie chcę, by widzowie mieli dystans do moich filmów i pokazanych w nich emocji. To jest paradoks, na którym pracuję. Chcę, żeby widz wszedł w daną historię emocjonalnie, w pełni się na nią otworzył i zapomniał, że ogląda film, tylko prawdziwie się wzruszył i skontaktował ze swoją kruchością. Takie kino mnie interesuje i takie chcę robić filmy.

A na 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty nadarzy się okazja, żeby się spotkać z widzami i o tym porozmawiać. To mogą być ciekawe spotkania. 
Bardzo jestem ciekaw tych spotkań. Pokazaliśmy „Powiedz mi, co czujesz” na festiwalu w Rotterdamie i to było ciekawe doświadczenie. Okazało się, że film działa bardzo uniwersalnie. Czekam na pokazy w Polsce. 

Start typing and press Enter to search