Wenecja 2026 – Wild Horse Nine

Wspomnienia starego Wertera

Chyba nie było osoby, która nie czekała na wenecką premierę „Dzikiego Konia Dziewięć” Martina McDonagha. Bez wątpienia jest to największy hit tegorocznego festiwalu, który z pewnością będzie jednym z przyszłorocznych graczy oscarowego wyścigu. Po docenionych „Duchach Inisherin” McDonagh idzie o krok dalej tworząc najbardziej spełniony obraz w swojej karierze (a piszę to z perspektywy osoby, która nie do końca lubi styl irlandzkiego reżysera). Jego najnowszy film uwiódł mnie nie tylko przezabawnym poczuciem humoru (który podczas pokazu prasowego wielokrotnie wzbudził brawa oraz salwy śmiechu), ale i medytacją nad przemijalnością życia oraz radzeniem sobie z jarzmem zbliżającej się śmierci z powodu choroby nowotworowej.

Obraz ten otwierają dokumentalne urywki z wydarzeń historycznych w Chile przedstawiające wybranego w demokratycznych wyborach Salvadora Allende oraz euforię panującą na ulicach chilijskich miast. Wybór ten jednak nie spodobał się Amerykanom sprzeciwiającym się komunistycznym zapędom nowego prezydenta. Następnie poznajemy dwóch agentów CIA, Chrisa i Lee, którzy przygotowują podwaliny pod planowany wrześniowy przewrót wojskowy mający na celu obalić rządy Allende. Chris (John Malkovich) to chorujący na raka, ponad siedemdziesięcioletni weteran wielu wojen, a Lee (Sam Rockwell) to tajniak borykający się z problemami nie tylko zawodowymi, ale i prywatnymi (jego żona bowiem wielokrotnie go zdradza). Szef CIA MJ (niezwykle charyzmatyczny Steve Buscemi) zsyła ich na specjalną misję na Wyspę Wielkanocną, by tam dopełnili swoją ostatnią powinność. Podczas tej podróży Chris postanawia napisać wspomnienia z życia agenta spowiadając się przed sobą z wszelkich grzechów i błędów przeszłości.

McDonagh przyzwyczaił widzów do błyskotliwie napisanych dialogów (które w moim odczuciu często pozostawały głęboko nierealistyczne), a tym razem dodał do nich wiele dojrzałych myśli rozliczających bohaterów z życiowych porażek. Na przestrzeni jednego zdania potrafi przeprowadzić trafiający w punkt żart oraz puentę skłaniającą do refleksji. Prawdziwy scenopisarski masterclass! Sercem filmu jednak (podobnie zresztą jak w „Duchach Inisherin”) pozostaje relacja dwójki głównych postaci wybitnie zagranych przez, oby oscarowego, Johna Malkovicha oraz Sama Rockwella.

Kreacja Malkovicha zasługuje na wszystkie nagrody świata, a mądrość życiowa wprost emanuje z jego osoby-postaci. Odnajduje się zarówno w komediowych tonach, jak i dramatycznych chwilach godzenia się ze swoim nieuniknionym losem. „Pamiętaj, że umierasz” – taką karteczkę nosi przy sobie, która przypomina mu o postępującej chorobie nowotworowej. Malkovich na szczęście w żadnym momencie nie popada w przerysowanie i nadmierne epatowanie emocjami. Pojawiają się one w sposób organiczny, prosty, najprawdziwszy. Mam nadzieję, że za rok zostanie ozłocony za to statuetką Oscara.

„Dziki Koń Dziewięć” jest kinem szczerym i na wskroś intymnym. Dotykającym prawdy o nas samych, a jednocześnie podającym myśli w lekki, przepełniony humorem sposób. Czyżby mamy pierwszego faworyta do wygrania Złotego Lwa? Bardzo prawdopodobne.

Autor: Mateusz Rot

Start typing and press Enter to search