6 stycznia 2026 roku odszedł od nas jeden z najważniejszych twórców współczesnego kina – Béla Tarr. Dla mnie osobiście jeden z tych reżyserów, który gdy byłem nastolatkiem pokazał mi czym może być kino, a także jaką moc niesie ze sobą magiczna chwila kontemplacji wszechświata skroplonego w materii filmowej. Dzisiejszy tekst będzie miał charakter osobisty, nie potrafię bowiem inaczej opowiadać o osobie, która (mimo, iż prywatnie nigdy nie dane było mi go poznać) wywarła na mnie tak ogromny wpływ poniekąd definiując moje poczucie estetyki oraz filmowe upodobania. A wszystko zaczęło się od końca, czyli od seansu „Konia turyńskiego” pewnego majowego wieczoru.
Dzieło, które jest zwieńczeniem kariery (później realizował już tylko instalacje muzealne) i zarazem filmowym testamentem Tarra o zbliżającym się końcu świata i o koniu, którego Fryderyk Nietzsche 3 stycznia 1889 roku próbował uratować przed okładającym go batem woźnicą. Pamiętam mój wręcz euforyczny stan obcowania z czymś większym niż tylko materia filmowa – to coś wykraczającego poza ramy kina. Jedno z moich pierwszych tak mocnych doznań medytacji poprzez współodczuwanie ruchomych obrazów wyświetlanych na ekranie. Blisko 10 lat temu tuż po seansie pisałem tak: „po obejrzeniu naprawdę można zobaczyć i usłyszeć więcej”. Zmysły wyostrzone po ponad dwugodzinnej hipnozie sprawiły, iż percepcja codzienności zdała się zwolnić, a odczuwanie ubiegającego czasu diametralnie wyhamowało. W tym właśnie momencie zdałem sobie sprawę, że slow-cinema – nazwane przez prof. Rafała Syskę kinem neomodernistycznym – stanie się moim ulubionym filmowym nurtem.
Spragniony podobnych doznań postanowiłem obejrzeć dwa najbardziej popularne i zarazem wpływowe dzieła Tarra – epickie, ponad 7-godzinne „Szatańskie tango” oraz „Harmonie Werckmeistera”. Co ciekawe oba te filmy są adaptacjami powieści zeszłorocznego laureata literackiej nagrody Nobla László Krasznahorkaia – sam pisarz współtworzył też z Tarrem scenariusze. Nie ukrywam, że seans tego pierwszego trochę nie sprostał moim oczekiwaniom (film w pełni doceniłem dopiero kilka lat później podczas specjalnego pokazu we wrocławskim Kinie Nowe Horyzonty), ale za to Harmonie okazały się strzałem w dziesiątkę. Scena z wielorybem prawdopodobnie znajduje się w ścisłej topce najlepszych sekwencji jakie widziałem w życiu. Podobnie jak w „Koniu turyńskim” czułem dotyk czegoś większego, czegoś nienamacalnego, czegoś co ciężko opisać słowami. Tarr niejako definiuje kino w myśl Susan Sontag, która uciekała od interpretowania sztuki na rzecz większego widzenia, słyszenia i odczuwania. To właśnie odczuwanie zdaje się być największą siłą dorobku węgierskiego mistrza. Jego obrazy przekraczają granice materii filmowej tworząc swój własny, osobny język znany wcześniej jedynie Andriejowi Tarkowskiemu, który w formie – można by rzec – był protoplastą kina spod znaku slow-cinema (kiedyś nazywane kinem kontemplacji).
Niewątpliwie jednym z najciekawszych – i niestety niezbyt znanych – projektów Tarra jest ekranizacja szekspirowskiego Makbeta łączącego ze sobą świat filmowy ze światem teatru. Nakręcony przy pomocy kamery VHS to ponad godzinny mastershot (bez sztucznych, maskowanych cięć) imponujący podejściem do formy określanej w Polsce jako teatr telewizji. Oczywiście przez technologiczne bariery jakość obrazu nie jest doskonała, jednak pomysł, taniec kamery oraz aktorstwo György’ego Cserhalmi sprawiają, że właśnie ten film-spektakl znajduje się w mojej osobistej topce ulubionych obrazów węgierskiego reżysera. Już na wczesnym etapie swojej kariery – wówczas 28-letni Tarr – udowadniał, że w przyszłości może stać się jednym z czołowych twórców współczesnego kina. Podejście do materii filmowej traktował jako pole do formalnego eksperymentowania, poszerzając tym samym jego język. Pięć lat po premierze Makbeta w 1988 roku nakręcił swoje pierwsze wspólne dzieło z noblistą László Krasznahorkaiem, które zdefiniowało jego autorski styl skąpany w melancholijnym klimacie czarno-białych kadrów smutnych spojrzeń ludzi patrzących w dal. Powidoki „Potępienia” widoczne są praktycznie w każdym późniejszym filmie Tarra – to właśnie od tego obrazu na dobre zaczyna się krystalizować styl nie tylko jego reżyserskiej ręki, ale i całego nurtu slow-cinema.
Béla Tarr pozostaje dla mnie jednym z najważniejszych reżyserów, którego dzieła całkowicie ze mną rezonują, a także pokazują, iż szeroko pojęta sztuka nie zna ograniczeń. Jej forma to tylko przekaźnik, a wszystko zależy od wrażliwości oraz wyobraźni twórcy. Tarr potrafił wznieść kino do poziomu gotyckiej budowli, która z jednej strony obezwładnia skalą, a z drugiej niesie ze sobą mistyczną tajemnicę wiary. Mimo, że jego obrazy nie napawają zbytnim optymizmem to paradoksalnie widzę w nich iskrę nadziei. Nadziei, że pozostawiony przez niego dorobek przetrwa wieki. I właśnie w tej cząstce filmowej spuścizny duch Tarra będzie z nami na zawsze.
Autor: Mateusz Rot