Gdy sztuka komunikuje się poprzez dziecko
Historia zna wiele przypadków kiedy to sztuka zaczęła przemawiać przez kilkuletnie dziecko. W muzyce takim najdoskonalszym przykładem „cudownego dziecka” był Wolfgang Amadeusz Mozart, który pierwszą symfonię napisał w wieku 8 lat, a pierwszą operę skomponował będąc jedenastoletnim młodzieńcem. Do tego grona oczywiście możemy zaliczyć naszego Fryderyka Chopina, który mając 7 lat wydał drukiem swój pierwszy utwór – Poloneza g-moll. W malarstwie natomiast niezwykły talent uwidocznił się u twórcy słynnego – cytowanego ostatnio w teledysku Taylor Swift – obrazu Ofelia, czyli Johna Everetta Millais’go, który jako jedenastolatek dostał się do Royal Academy Schools stając się tym samym najmłodszym uczniem w historii tej szkoły. Będąca w tegorocznym konkursie Berlinale „Nina Roza” w reżyserii kanadyjskiej twórczyni Geneviève Dulude-De Celles bierze na tapet historię ośmioletniej, bułgarskiej malarki oraz specjalizującego się w sztuce współczesnej Mihaila, który na zlecenie kolekcjonera musi orzec czy obrazy są rzeczywiście namalowane ręką Niny, czy może sfałszowane przez jej rodziców w celu rozgłosu i potencjalnego łatwego zarobku.
Fabuła skupia się na dwóch głównych tematach – z jednej strony sztuka wyzwalająca się w obrazach małej Niny, z drugiej zaś opowieść o mężczyźnie wracającym po latach do Bułgarii, z której, po śmierci żony, uciekł do Montrealu wraz ze swoją córką. Dziecięca malarka przypomina Mihailowi pierwsze lata życia jego córki Rozy oraz konieczności ucieczki z ojczyzny. Targają nim sprzeczne emocje, a w głowie kłębią się pytania. Czy dobrze postąpił wyjeżdżając na drugi koniec świata? Czy skupiając się na zawodowej karierze nie zaniedbał czasu, który powinien poświęcić dziecku? Ukojenia duszy i sumienia szuka w kontakcie z Niną i jej obrazami. Dzięki rozmowom z niezwykle bystrą na swój wiek dziewczynką dochodzi do wniosku jak dużo stracił w relacjach z Rozą. Sztuka przemawiająca przez ośmiolatkę staje się dla niego terapią, a także natchnieniem do podjęcia próby poprawy swojej postawy względem (już dorosłej) córki. Kanadyjska reżyserka umiejętnie połączyła wątek cudownego dziecka z osobistą historią Mihaila tworząc poruszającą opowieść o terapeutycznym działaniu sztuki.
„Nina Roza” miejscami przypominała mi dokonania mojego mistrza Terrence’a Malicka. Momenty, w którym bohater wspomina lata młodości nakręcone są w bardzo podobnym stylu – najazdy kamery, użycie muzyki oraz ogólna natchniona aura przywodzi na myśl „Drzewo życia” oraz inne dzieła legendy amerykańskiej kinematografii. Poza tym aspektem na uznanie zasługuje również dojrzałość w kreowaniu świata, w którym sztuka stanowi najwyższą wartość. Osobiście uwielbiam gdy filmowcy podejmują się tematu malarstwa jednocześnie używając kamery jako pędzla, a taśmy jako płótna. Coś podobnego zrobił Jacques Rivette w „Pięknej złośnicy”, Julian Schnabel w „Van Gogh. U bram wieczności” czy Víctor Erice w „Słońcu pośród liści pigwy”. Do tego zacnego grona dołącza teraz Geneviève Dulude-De Celles, której filmowa malarskość pięknie dopełnia się w treści historii ośmioletniej Niny i targanego wyrzutami sumienia Mihaila. Mam nadzieję, iż kanadyjska reżyserka nie wyjedzie z Berlina z pustymi rękoma. Kino, które nieskrępowanie wierzy w moc sztuki potrafiącej leczyć niezabliźnione rany przeszłości. Artyzm jako plaster, jako balsam dla poranionej straconymi szansami duszy.
Autor: Mateusz Rot