Dzisiejszego wieczoru poznamy laureata tegorocznej Złotej Palmy. O najcenniejszą nagrodę canneńskiego festiwalu walczą 22 filmy w tym oczywiście świetnie przyjęta „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. Niestety w tym roku nie byliśmy na słynnej La Croisette, jednak to nie znaczy, że całkowicie odpuściliśmy najważniejsze filmowe wydarzenie roku. Zapraszam dzisiaj na pierwszy z dwóch canneńskich tekstów, w którym omówię najciekawsze tytuły obejrzane w ramach (domowego) festiwalu w Cannes.
Jednym z kilku polskich akcentów programu była premiera w sekcji Un Certain Regard polsko-łotewsko-estońskiej koprodukcji „Ulya” w reżyserii Viestursa Kairišsa przybliżającej początki kariery Uļjany Semjonovej – prawdopodobnie najwybitniejszej radzieckiej koszykarki w historii. Łotewski reżyser doskonale wyważył balans pomiędzy tradycyjnym kinem sportowym (oczywiście niepozbawionym klisz gatunku), a arthousem odwołującym się do starych mistrzów. Podczas oglądania pozytywnie zaskoczyło mnie połączenie koszykówki z cytatami z Carla Theodora Dreyera, które paradoksalnie bardzo do siebie pasowały. Głównym tematem obrazu Kairišsa nie jest jednak przedstawienie kolejnej historii spod znaku „od zera do bohatera”, a eksplorowanie motywu braku akceptacji ze strony rówieśników ze względu na odmienny wygląd. Uļjana bowiem była znacznie wyższa od pozostałych dziewczyn w dodatku o chłopięcej posturze. Co ciekawe w jej postać wcielił się aktor Kārlis Arnolds Avots, dla którego był to tzw. „passion project”. To właśnie on zaproponował realizację biografii Semjonovej, a także był autorem pierwszej wersji scenariusza. W jego kreacji czuć było tę iskrę chęci oddania hołdu wybitnej sportsmenki. Na duże uznanie zasługują również zdjęcia autorstwa polskiego operatora Wojciecha Staronia. Coś czuję, że znajdzie się w jednym z konkursów Camerimage. Czarno-białe zdjęcia pełne prawdziwych kolorów.
Kolejnym takim małym polskim akcentem (albo raczej wypadałoby powiedzieć akcencikiem) jest jeden z wątków prowadzonych w „La Frappe” w reżyserii Juliena Gaspara-Oliveriego będącego częścią programu Semaine de la critique. Film opowiada historię 19-letniego Enzo oraz jego 20-letniej siostry Carli, którzy od kilku lat muszą radzić sobie sami po wyroku więzienia ich ojca. Po odbyciu kary Anthony (znakomita kreacja Bastiena Bouillona!) próbuje odbudować relacje ze swoimi dziećmi, jednak więzienie odbiło trwałe piętno zarówno w nim, jak i w nich. Nastoletni Enzo nie potrafi poradzić sobie z trudnymi emocjami, które doprowadzają go do pewnego zdarzenia z jego dziewczyną (tutaj polski wątek, bowiem to córka imigrantów z naszego kraju). Francuski reżyser umiejętnie prowadzi zawiłe relacje rodzinne zawieszając swoich bohaterów w skomplikowanej sieci życiowego utrapienia. Na szczęście w żadnym momencie Gaspar-Oliveri nie przekracza granicy taniego szokowania ani emocjonalnego szantażu wprowadzając do narracji delikatny humor puentujący tematycznie ciężki wydźwięk. Natomiast nie do końca uwierzyłem kreacji Diego Murgii, na którego barkach spoczywał cały dramaturgiczny ciężar obrazu. W moim odczuciu wielokrotnie szarżował popadając w przerysowanie przez co trudniej było zrozumieć intencje bohatera. Jednakże całościowo „La Frappe” dostarcza ciekawych tematów do przemyśleń zadając pytania o sens resocjalizacji i systemu więziennictwa odbijającego trwały ślad w psychice nie tylko osadzonych, ale także ich rodzin.
Patrząc na ogólne oceny podczas festiwalu jedną z największych rewelacji była z pewnością animacja „Jim Queen” wyświetlana w ramach sekcji pokazów północnych. Ta queerowa animacja dla dorosłych duetu Marco Nguyen/Nicolas Athané szturmem zdobyła serca canneńskich widzów. Osobiście mam do niej mieszane uczucia, bo z jednej strony bawiłem się świetnie, humor wielokrotnie siedział doskonale, ale miałem wrażenie, iż pomysłu wystarczyło tutaj na jakiś krótki metraż. Scenariusz siłą przeciągnięty został do 85 minut przez co mniej więcej w połowie można było odczuwać pewną powtarzalność żartów, a przesłanie odnoszące się do presji związanej z dokonaniem coming outu równie dobrze wybrzmiałoby po dwudziestu minutach. Jakość samej animacji też pozostawia wiele do życzenia… Wyszła z tego przyjemna, ale jednak pierdółka. Choć podczas Nocnego Szaleństwa bądź na festiwalu Octopus bez wątpienia będzie hitem!
Autor: Mateusz Rot