I oto festiwalowy kurz powoli opadł, canneński czerwony dywan został zwinięty i schowany do magazynu na następny rok, a Złota Palma znalazła, tym razem w Rumunii, swój nowy dom. Cristian Mungiu po 19 latach po raz drugi triumfował na francuskim festiwalu, a jego „Fiord” (polskim dystrybutorem jest Gutek Film) z miejsca stał się przyszłorocznym oscarowym graczem (NEON już nie wypuści tego asa ze swoich rąk). Nas jednak szczególnie ucieszyła nagroda za reżyserię dla Pawła Pawlikowskiego, którego „Ojczyzna” będzie miała dolnośląską premierę już w przyszłym tygodniu w kinie DCF. Nie możemy się doczekać, żeby obejrzeć wszystkie nagrodzone filmy! Dzisiaj jednak przybliżę zwycięzców bocznych sekcji festiwalu – Un Certain Regard oraz Semaine de la Critique. Muszę przyznać, iż spośród blisko 30 obejrzanych filmów te dwa zrobiły na mnie największe wrażenie.
Tegoroczną zwyciężczynią konkursu Un Cerain Regard jest dobrze znana nowohoryzontowej publiczności austriacka reżyserka Sandra Wollner. Autorka „Obrazu niemożliwego” oraz kontrowersyjnej adaptacji prozy Emila Ciorana „O niedogodności narodzin” powraca po sześciu latach z artystycznie spełnionym projektem podejmującym tym razem temat przepracowywania traumy po stracie bliskiej osoby. Wollner otwiera „Everytime” w myśl Alfreda Hitchcocka, który kierował się zasadą iż „film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. W tym roku nie widziałem jeszcze lepszej sceny niż pierwsze 15 minut tego filmu. Przepiękne barwy zachodzącego słońca, para zakochanych w sobie nastolatków rozmawiających na dachu, dobrze znanego Polakom, bloku z wielkiej płyty. Jednak chwila beztroski szybko przeradza się w moment prawdziwego szoku, który nadaje ton całemu dziełu austriackiej reżyserki. To właśnie po pewnym wydarzeniu trójka bohaterów wyjeżdża na Teneryfę by stawić czoła życiowej tragedii. Twórczyni idąc w ślady Charlotte Wells podejmuje się podobnego tematu, który doskonale wybrzmiewał w „Aftersun” – arcydziele sprzed kilku lat. Zresztą bezpośrednim pomostem pomiędzy tymi dwoma filmami jest także operator Gregory Oke, który po raz pierwszy współpracował z Wollner. Być może reżyserka chciała uzyskać tym nie tylko podobny klucz tematyczny, ale również wizualny. Wiele sekwencji pozostanie ze mną na długo: niektóre ze względu na potężny ładunek emocjonalny, inne zaś za audiowizualną koncepcję połączenia Minecraftowej estetyki z zachodzącym słońcem. Ów słońce swoimi promieniami spaja całą historię o przygnębiającym poczuciu winy i wszechogarniającej pustce.
Jednakże moim ulubionym filmem obejrzanym w ramach festiwalu (i póki co także ulubionym tytułem tego roku) jest „La Gradiva” debiutującej reżyserki Marine Atlan, która otrzymała główną nagrodę przeglądu Semaine de la Critique. To klasyczny przykład slow burnera, który powoli buduje napięcie, by w ostatniej chwili uderzyć ze zdwojoną siłą. Oto grupka francuskich nastolatków z liceum wyrusza w podróż do Neapolu wraz ze swoją nauczycielką by zobaczyć ruiny starożytnych Pompejów. Podczas edukacyjnej wycieczki dochodzi jednak do konfrontacji nie tylko z pozostałościami po niszczycielskiej potędze Wezuwiusza, ale także odkrycia swojej tożsamości płciowej determinującej życiowe decyzje nastoletnich bohaterów. Dzieło Atlan od początku przypominało mi najlepsze dokonania włoskiej reżyserki Alice Rohrwacher. Podobna wrażliwość oraz delikatna aura realizmu magicznego przywoływało wspomnienia z „La chimery” czy „Szczęśliwego Lazzaro”. Debiutująca twórczyni osiągnęła imponujący balans pomiędzy magiczną atmosferą stylu Rohrwacher, a ciężkim dramatem podskórnie podpowiadającym nam zbliżające się zakończenie. Porażający w swojej prostocie i jednocześnie zostawiający widza w poczuciu przenikliwej bezsilności. „La Gradiva” jest także wezwaniem dla nas wszystkich – reagujmy na każde niepokojące sygnały póki mamy jeszcze czas. Ludzka psychika to krucha materia, która czasami potrzebuje pomocy i opieki. Lepszego, mocniejszego i bardziej potrzebnego filmu w tym roku nie widziałem.
Autor: Mateusz Rot