Julia Ducournau o „Titane” i body horrorach [WYWIAD]

Michał: Titane ma w sobie cechy nie tylko body horroru – to również musical z intrygującą choreografią.

Julia Ducournau: Dokładnie, widać to chociażby w scenach tańca. Wiedziałam, że nie będzie w nim zbyt dużo dialogów. Nie potrafię rozmawiać o miłości – muszę ją pokazać i poczuć. Jest w tym uczuciu coś organicznego. Już w scenariuszu zawarłam dużo scen tanecznych, ponieważ taniec to forma dialogu z udziałem bohaterów, ale też dialog między bohaterami a widzem. Chodzi o empatię cielesną i to uczucie, gdy widzisz tańczących ludzi. Moim zdaniem żadna rozmowa nie jest w stanie tego oddać”.

Bardzo się cieszę, że pokażemy „Titane” w ramach DKF W DCF | KRADZIEŻ TOŻSAMOŚCI – seans już 21 maja o godz. 19:00 w kinie DCF – Dolnośląskie Centrum Filmowe, a naszym gościem będzie Stanisław Abramik ze Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, dystrybutora tego filmu.

A poniżej fragment mojego wywiadu z Julią, który ukazał się w miesięczniku Nowa Fantastyka.

Michał Hernes: Guillermo del Toro powiedział w jednym z wywiadów, że uczucia to dla niego nowy punk. Dodał, że jego zdaniem we wszechświecie liczą się tylko dwie siły – miłość i strach. Czy zgadzasz się z nim w tej kwestii?

Julia Ducournau: Nie do końca. Jeśli chodzi o kino gatunkowe, na przykład horrory, poniekąd zgadzam się, że emocje to nowy punk, ponieważ ta teza jest w kontrze do całych pokoleń filmów grozy, które w ogóle nie były oparte na uczuciach takich jak miłość czy empatia. Rozumiem więc, co del Toro miał na myśli, ale nie jestem pewna, czy zgadzam się z tym, co powiedział o miłości i strachu. Filozoficznie to może mieć sens, ale musiałabym dłużej zastanowić się nad odpowiedzią.

Jak ważne są dla ciebie uczucia w filmach?

Są dla mnie najważniejsze. Opowiadam historie o ludziach, mając nadzieje, że widzowie będą się z nimi identyfikować i wyruszą wspólnie w tą podróż. Nieważne, jak przerażająca jest ta wyprawa i o jak ekstrawaganckich wydarzeniach opowiadamy. Chodzi mi o to, by odnaleźć w tych bohaterach nasze człowieczeństwo. Uczucia są tym, do czego dążymy – to nasz cel. Lubię, gdy pod koniec filmu w widzach pojawiają się emocje, których nie spodziewali się, gdy rozpoczynali seans.

Podoba mi się, że używasz kina gatunkowego, chociażby horroru, nie po to, by przestraszyć widzów i demonizować swoich bohaterów, tylko żeby odnaleźć w nich humanizm.

To prawda, używam horroru do tego, żeby znaleźć współczucie dla bohaterów, o których myśleliśmy, że nie mamy ze sobą niczego wspólnego albo którzy budzą w nas wstręt. Ważne, żeby być otwartym na osoby, które najchętniej byśmy odrzucili. Kiedy widzę stereotypy, staram się je zabić.

Twoje filmy kojarzą mi się z cytatem z Joe Hilla. Ten pisarz powiedział, że w horrorach nie chodzi o ekstremalny sadyzm, tylko o ekstremalną empatię.

Dziękuję, właśnie to staram się osiągnąć. Gdy ludzie mówią, że robię horrory, jest to trochę nieprecyzyjne. Jestem wielką koneserką tego gatunku – oglądam wiele filmów grozy i oczekuję od nich, że zostanę przestraszona. W trakcie seansu chcę przeżyć istny rollercoaster emocji, zamykając oczy, gdy bardzo się boję. Nijak ma się to do nowej generacji horrorów, w których ledwie dostrzegam cechy tego gatunku, ponieważ są bardzo metaforyczne. Wydaje mi się, że jestem częścią tej nowej fali. Mimo wspomnianej przeze mnie metaforyczności, te filmy bardzo wyraźnie mówią o nas – ludziach. Mam problem z nazywaniem tych filmów horrorami. Przykładowo „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, którą wyreżyserował Tobe Hooper, jest przerażająca, ale nie postrzegam go jako horroru, ponieważ zawiera w sobie znacznie większą głębię niż tego typu produkcje. To dla mnie nie tyle rozrywka, co bardziej film autorski.

READ MORE


Niezapomniane i zaskakujące spotkania na Millennium Docs Against Gravity

Millennium Docs Against Gravity to dla mnie nie tylko znakomite filmy dokumentalne, ale też inspirujące, niezapomniane i zaskakujące spotkania.

Jestem zachwycony tym, że w trakcie rozmowy z jednym ze zwycięzców wrocławskiej edycji tego festiwalu (Tonislavem Hristovem), mogłem z nim pogadać nie tylko o jego znakomitym filmie „Dobry listonosz” i poważnych sprawach, ale też o larpach, Harrym Potterze, Zamku Czocha, spaghetti westernach i Claudii Cardinale.

To na tym festiwalu rozmawiałem przed laty z Jamesem Marshem, zdobywcą Oscara za film dokumentalny „Człowiek na linie” i nagrody BAFTA za film „Teoria wszystkiego”.

James Marsh powiedział mi, że kręcenie filmu to zmaganie się z niemożliwym. Zapytałem go, czy podejmie kiedyś jakieś wyzwanie z innej dziedziny życia. Odparł:

„Może zacznę pędzić bimber według wymyślonej przez siebie receptury albo hodować własną plantację marihuany”.

Bardzo się cieszę, że było dane mi się spotkać z wybitnym dokumentalistą, Michaelem Glawoggerem („Chwała dziwkom”, „Śmierć człowieka pracy”, „Czeski numer”). Nie zapomnę, jak opowiadał o abstrakcyjnym pomyśle ewentualnego kręcenia filmu wspólnie z Ulrichem Seidlem:

„Jak to by wyglądało? Usiedlibyśmy przy stole i zaczęlibyśmy pić”.

W trakcie festiwalu nie brakuje też rozmów na poważne tematy. Taki był wywiad chociażby z Peterem Mettlerem. W trakcie 21. Millennium Docs Against we Wrocławiu (w kinie Dolnośląskie Centrum Filmowe) będzie można zobaczyć dwa jego filmy – „Trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma” oraz „Hazard, bogowie i LSD”.

Przed laty Mettler powiedział mi:

„Kocham przebywać na świeżym powietrzu. Jako mieszkaniec Toronto wychowywałem się we wspaniałych warunkach, gdzie wystarczy wsiąść do samochodu, wyruszyć w trasę i po dwóch godzinach podróży znaleźć się pośród cudownych jezior. (…) W pierwszych scenach mojego filmu dokumentalnego „Hazard, bogowie i LSD” jest długie ujęcie z jeziorami w roli głównej. Dla mnie to jedno z najukochańszych miejsc na świecie. Czasem lubię po prostu sobie pospacerować, nie mając w ręce aparatu fotograficznego czy kamery. Dzięki temu czuję więź z naturą”. (Wywiad z Peterem Mettlerem – LINK).

Tym bardziej nie mogę się doczekać seansu filmu „Trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma”. Program 21. Millennium Docs Against Gravity znajduje się TUTAJ.

READ MORE


Mroczne oblicze deepfake’ów. Czy ta technologia zrewolucjonizuje kino dokumentalne? [WYWIAD]

„Uważam, że ta technologia ma ogromny potencjał, by zrewolucjonizować branżę dokumentalną i sprawić, że opowiedzianych zostanie wiele historii, które muszą zostać sfilmowane, by umożliwić wielu osobom dojście do głosu”.

O filmie „Skradzione ciało” opowiedział nam Reuben Hamlyn, jeden z reżyserów produkcji, którą będzie można zobaczyć w trakcie 21. Millennium Docs Against Gravity. Ten film dokumentalny pokażemy 14 maja o godz. 19:00 w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego DKF „Centrum” w kinie Dolnośląskie Centrum Filmowe. Tematem majowego cyklu jest „Kradzież tożsamości”. Program festiwalu znajduje się TUTAJ.

Michał Hernes: Film „Skradzione ciało” opowiada o młodej studentce Taylor (jej tożsamość została celowo zmieniona), która stała się ofiarą deepfake’ów. Pewnego dnia znalazła w sieci film pornograficzny z jej udziałem. Dlaczego zdecydowałeś się opowiedzieć właśnie jej historię?

Reuben Hamlyn: O realizacji filmu dokumentalnego o tej tematyce zaczęliśmy myśleć w 2019 roku, kiedy informacji o deepfake’ach było bardzo mało i skupiano się w nich wyłącznie na zagrożeniu, jakie ta technologia stanowi dla demokracji. Zwróciliśmy uwagę na to, że deepfake jest coraz większym zagrożeniem dla kobiet, a nie zwracano wówczas na ten problem uwagi. Doszliśmy do wniosku, że trzeba to nagłośnić. Zaczęliśmy więc szukać historii, za sprawą której moglibyśmy opowiedzieć o tym, co przeżywają ofiary deepfake’ów.

Jak namówiliście Taylor do tego, żeby wzięła udział w waszym filmowym projekcie?

– Wiedzieliśmy, że kontaktując się z nią, musimy być bardzo delikatni, bo nie mieliśmy pewności, czy jest świadoma istnienia nagrań z jej udziałem. Zdecydowaliśmy, że powinniśmy jej powiedzieć o istnieniu tych filmów. Poinformowaliśmy ją też, z jakich porad prawnych i psychologicznych może skorzystać. Dodaliśmy, że kręcimy film dokumentalny i zapytaliśmy ją, czy byłaby zainteresowana, żebyśmy opowiedzieli jej historię i z nią porozmawiali. Gdy wyjaśniliśmy jej, jak sprawimy, że zachowa w tym filmie anonimowość, to była bardzo chętna, by wziąć w nim udział.

Opowiedz, proszę, w jaki sposób zapewniliście jej anonimowość.

– Wykorzystaliśmy do tego technologię deepfake. Twarz, którą widzimy w tym filmie, nie jest jej prawdziwą twarzą. To dla nas bardzo ważne, że widoczna na ekranie ekspresja jej twarzy oddaje prawdziwe emocje Taylor. Widzimy dokładną geometrię oryginalnego uśmiechu i ruch jej brwi, które zostały przełożone na inną twarz. Zachowaliśmy oryginalną ekspresję Taylor, ale chronimy ją poprzez pokazanie innej twarzy.

Z jakimi technologicznymi wyzwaniami się to wiązało?

– Zależało nam, by zachować głębię i mimikę ekspresji naszych bohaterek. Nagraliśmy materiały z udziałem dwóch kobiet, który użyczyły swoich twarzy Taylor i Julii. Pracowaliśmy nad tym w studiu w Brooklynie i musieliśmy nakręcić każdy wyraz twarzy, który mógłby się pojawić w naszym filmie. W trakcie nagrania Taylor opowiadała nam różne historie, zarówno zabawne jak i smutne, żeby pokazać pełen zakres emocji. Nakręciliśmy ten materiał w różnych oświetleniach i pod różnymi kątami. To był długi i nudny dzień zdjęciowy, a nakręcone materiały przekazaliśmy bardzo utalentowanemu artyście. Najtrudniejszą częścią była praca nad programem, z którego korzystaliśmy tak, żeby „rozumiał” twarze, których używaliśmy. To bardzo inteligentna technologia i gdy uporaliśmy się z różnymi problemami, to zaczęła działać niemal automatycznie.

Praca nad tym filmem wiązała się z ryzykiem, bo nie mieliście pewności, jak dalej potoczy się ta historia.

– Tak, ale  po rozmowach z Taylor wiedzieliśmy, że idealnie nadaje się do udziału w naszym filmie, ponieważ jest elokwentna, wrażliwa, zmotywowana i silna. Śledziliśmy jej historię i reagowaliśmy na przebieg wydarzeń, ale nie wiedzieliśmy, w jakim kierunku to wszystko się potoczy. To, co jej się przydarzyło, jest przerażające. W filmie „Skradzione ciało” pokazaliśmy, jak niewielkie wsparcie dostała od policji i że sama musiała pójść na spotkanie ze sprawcą. To historia obrazuje to, czego doświadczają osoby z całego świata, które spotkało coś podobnego. Różnica polega na tym, że większość ofiar nie jest i nie będzie tak zdeterminowana jak Taylor, która posunęła to śledztwo do przodu. Kolejnym problemem jest duża mizoginia u wielu policjantów, którzy nie traktują cyfrowych przestępstw przeciwko kobietom bardzo poważnie i nie wierzą w powagę sytuacji związanej z upublicznieniem intymnych zdjęć kobiet bez ich zgody. Policjanci nie bardzo rozumieją nowe technologie. Funkcjonariusze policji z całego świata nie są przeszkoleni do tego, jak sobie radzić z przestępstwami popełnianymi w Internecie. Wielu policjantów nie traktuje przestępstw przeciwko kobietom poważnie, bo to technologia, której nie rozumieją, a to przestępstwo jest dla nich bardzo trudne do zbadania. Skutkuje to pełnymi apatii reakcjami funkcjonariuszy policji. Przypadek Taylor jest reprezentatywny dla tego, czego doświadcza wiele kobiet, które próbują skontaktować się z policją. Ofiarami tych nadużyć są wyłącznie kobiety.

Pytanie brzmi, dlaczego ofiarą tej technologii stała się właśnie Taylor.

– Niektórzy robią to dla pieniędzy. Gdy udostępniasz w internecie deepfake z udziałem celebrytów, możesz na tym sporo zarobić. Są też tacy, którzy czują, że zostali zlekceważeni przez konkretną kobietę lub kobiety w ogóle i dlatego się na nich mszczą. Czasami atakują kobiety będące osobami publicznymi, z których opiniami się nie zgadzają i chcą je w ten sposób uciszyć. Wszystkich mężczyzn, którzy to robią łączy to, że są seksistami i mizoginami. Czują się uprawnieni do wykorzystywania wizerunku i ciał kobiet bez ich zgody, próbując je zawstydzić i upokorzyć.

Czy poza kręceniem filmu dokumentalnego próbowałeś ingerować w tę historię, np. doradzając Taylor czy podpowiadając jej pewne rozwiązania?

– Wciąż jesteśmy ze sobą bardzo blisko, ale w trakcie pracy nad filmem chcieliśmy zachować równowagę między nieingerowaniem w tę historię a zbytnim wpływaniem na jej trajektorię. Odnoszę wrażenie, że gdy jako filmowiec towarzyszysz bohaterce to nieuchronne jest to, że wpływasz na jej zachowania i podejmowane przez nią decyzje. Towarzyszyliśmy Taylor przez sześć miesięcy i chciała, żeby ta produkcja miała satysfakcjonujące zakończenie. Zależało jej na tym, żeby z tej strasznej historii, która jej się wydarzyła, wyniknęło coś dobrego, a jej sposobem na to był udział w tym filmie. Zapytaliśmy ją, jak daleko zaszłoby prowadzone przez nią śledztwo, gdyby nas z nią nie było i gdybyśmy jej nie filmowali. Odparła, że poddałaby się dużo wcześniej niż to zrobiła. Uczestnicząc i mocno współpracując przy tworzeniu tego filmu dokumentalnego, była w pewnym sensie zmuszona do opowiedzenia historii, ale „Skradzione ciało” może pomóc kobietom, które znalazły się w podobnej sytuacji. Gdy robi się film dokumentalny o takiej drażliwej tematyce to ważne jest, by mieć bliską relację z bohaterką i podchodzić do niej z troską. Często rozmawialiśmy z Taylor o tym, jak sobie radzi i zalecaliśmy jej, by poprosiła o wsparcie, jeśli tego potrzebuje. Myślę, że nagrywanie dzienników wideo miało dla niej coś z katharsis. Dzięki temu mogła zastanowić się nad swoimi doświadczeniami i swoim stanem psychicznym. Taylor często mówiła, że nagranie dziennika wideo zmusiło ją do tego, by siedziała w pokoju i zastanawiała się nad różnymi rzeczami, by miała czas na refleksję nad tym, jak sobie z tym radziła i co robiła. Wspaniale jest słyszeć, że jako filmowcy zapewniliśmy jej przestrzeń do tych ważnych dla niej refleksji.

A technologia deepfake okazała się pomocna, bo umożliwiła jej zachowanie anonimowości.

– Tak, dzięki temu mogła to robić z poczuciem bezpieczeństwa, bo wiedziała, że cokolwiek powie, nie zostanie to z nią powiązane.

Czy więc twoim zdaniem deepfake może mieć pozytywny wpływ na kino dokumentalne?

– Wierzę, że tak. Myślę o wielu ważnych historiach, które powinny zostać opowiedziane, ale nie doszło to do skutku, ponieważ dana osoba nie czułaby się bezpiecznie, opowiadając o tym w formie filmu dokumentalnego. Deepfake umożliwia opowiedzenie 90-minutowego filmu dokumentalnego, w którym czujesz silny emocjonalny związek z bohaterem bez ryzyka związanego z tym, że zostanie zidentyfikowany. Uważam, że ta technologia ma ogromny potencjał, by zrewolucjonizować branżę dokumentalną i sprawić, że opowiedzianych zostanie wiele historii, które muszą zostać sfilmowane, by umożliwić wielu osobom dojście do głosu. Jak już wspomniałem, chociaż rysy twarzy bohaterek zostały zmienione, to i tak widzimy prawdziwą ekspresję ich emocji. Niektórzy krytykują stosowanie tej technologii w filmach dokumentalnych, ale moim zdaniem umożliwia ona oddanie w większym stopniu ekspresji danej osoby poprzez przełożenie jej mimiki na inne rysy twarzy.  

W trakcie oglądania filmu zastanawiałem się, czy próbowaliście się skontaktować z oprawcą.

– Zrobilibyśmy to tylko wtedy, gdyby Taylor i Julia tego chciały. Gdybyśmy zrobili to za ich plecami, byłoby to nie fair i potraktowałby to jako zdradę. Na ich prośbę nie skontaktowaliśmy się z Mikiem, czyli oprawcą. Nie moglibyśmy umieścić w filmie jego prawdziwego imienia, zarówno ze względu na konsekwencje prawne, ale także dlatego, że gdybyśmy tak zrobili to ryzykowalibyśmy, że Taylor i Julia zostaną zidentyfikowane, bo chodzili do tej samej uczelni i byli przyjaciółmi. Poznanie jego perspektywy byłoby jednak interesujące.

Zastanawiam się, czy Mike widział wasz film.

– Jestem tego prawie pewny, ponieważ po tym, jak na Twitterze zostało opublikowane wideo na jego temat, już następnego dnia usunął swoje konta z mediów społecznościowych.

Czy wierzysz, że film dokumentalny jest w stanie zmienić kogoś lub coś?

– Oglądając filmy dokumentalne możesz doświadczyć prawdziwej historii i identyfikować się z kimś, kto przeżył coś, co w innym przypadku byłoby mu trudno w pełni zrozumieć. Myślę, że wielu mężczyzn po obejrzeniu filmu „Skradzione ciało” pomyślało sobie: „o co tyle hałasu? To nawet nie jest prawdziwy obraz”. Jeśli o mnie chodzi, to odbyłem wspólnie z Taylor tą podróż i zrozumiałem, jak to na nią wpłynęło. Dzięki temu zrozumiałem powagę problemu, który wywołuje ta technologia. Uważam, że filmy dokumentalne są bardzo pomocne w prowadzeniu kampanii społecznych, ale ważne, by obejrzały je osoby decyzyjne, to znaczy politycy, pracownicy film i instytucji. Robimy wszystko, by nasz film był wyświetlany we właściwych miejscach i docierał do osób decyzyjnych. Ważne, by „Skradzione ciało” obejrzeli młodzi ludzie, którzy mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że korzystając w ten sposób z technologii deepfake powodują szkody psychiczne u innych osób. Choć sam film nie rozwiąże tego problemu, to mam nadzieję, że stanie się częścią procesu zmierzającego do pozytywnych zmian. Myślę, że nastawienie ludzi w tej sprawie powoli się zmienia i jesteśmy bardzo dumni, że możemy wnieść w to swój wkład.

Czy zakończenie filmu „Skradzione ciało” cię usatysfakcjonowało?

– Gdyby ten film miał satysfakcjonujące zakończenie, to widzowie mogliby pomyśleć, że problem został już rozwiązany. Z kolei niesatysfakcjonujące i bardziej skomplikowane zakończenie może sprawić, że czujesz, że wciąż jest w tej sprawie dużo do zrobienia. Rozczarowujące zakończenie filmu jest odzwierciedleniem świata, w którym żyjemy. A jeśli jesteś z tego powodu niezadowolony, to możesz do nas dołączyć i spróbować to zmienić. Możesz poczytać o naszej kampanii i organizacji, wyszukać w Google lub znaleźć na Instagramie i Twitterze. Staramy się przekonać firmy technologiczne, które wspierają technologię deepfake, by zrobiły coś w kwestii tych nadużyć. Możemy skontaktować ofiary tej technologii z dziennikarzami, którzy szukają takich historii – ktoś taki może do nas napisać wiadomość. Mamy stronę internetową, na której można anonimowo podzielić się swoją historią i stać się częścią społeczności składającej się z innych osób, które tego doświadczyły. Kontaktują się z nami badacze, którzy szukają świadectw takich historii.

Czy patrzysz na przyszłość technologii z optymizmem czy z pesymizmem?

– Wszystkie nowe potężne technologie mają potencjał, by zrobić dla świata wiele dobrego, ale też, by wyrządzić wiele szkód. Wszystko sprowadza się do tego, jak je regulujemy i kto sprawuje nadzór nad ich rozwojem i zastosowaniem w społeczeństwie. Martwi mnie, że  firmy, które napędzają ten technologiczny postęp, szczególnie w dziedzinie sztucznej inteligencji, mają odmienne motywacje i ważny jest dla nich szybki zysk, a nie dobro konsumentów i całego społeczeństwa. Dużą zmianą technologiczną było wynalezienie smartfona, dzięki któremu w kieszeni trzymasz urządzenie, które umożliwia ci dostęp do wielu informacji i ma w sobie duży potencjał do poprawy warunków życia ludzi. Wiele złego wynika jednak z tego, że osoby decyzyjne nie rozumieją technologii. Jest coraz więcej aplikacji, które w całości opierają się na pozyskiwaniu danych od ludzi i psychologicznym manipulowaniu konsumentami w celu utrzymania ich uwagi w sposób, który wyrządził ogromne szkody psychologiczne wielu osobom na całym świecie. Takich problemów można by uniknąć, gdyby te procesy zostały nieco spowolnione i gdybyśmy mieli pewność, że technologia jest nadzorowana przez osoby, które naprawdę ja rozumieją. Dotyczy to także sztucznej inteligencji – ważne jest, by istniały organy regulacyjne, które rozumieją zawiłości wszystkich tych technologii i zatwierdzają je, zanim zostaną wypuszczone na świat. Problem polega na tym, że te firmy działają zbyt szybko, nastawiając się na szybkie zyski. Potrzebny jest nadzór nad technologiami dotyczący także etycznych konsekwencji wypuszczania ich na świat. Jeśli zrobimy to w inteligentny sposób, to wierzę, że technologie poprawią życie nas wszystkich. Jeżeli jednak osoby decyzyjne podejdą do tego tak, jak to było robione w przeszłości, mogą wyrządzić przez to dużo szkód. Wszystko zależy więc od nas – ludzi. 

Rozmawiał: Michał Hernes

READ MORE


Fotografia jak stan zakochania. Wywiad z Peterem Mettlerem

„Operuję obrazami, których znaczenie można interpretować na różne sposoby. Zależy mi na tym, byś nie był pewien, jak je odczytać i zastanawiał się, co przedstawiają” – mówił mi przed laty Peter Mettler – reżyser, fotograf i muzyk. W trakcie 21. Millennium Docs Against we Wrocławiu (w kinie Dolnośląskie Centrum Filmowe) będzie można zobaczyć dwa jego filmy – „Trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma” oraz Hazard, bogowie i LSD”. Link do programu festiwalu znajduje się TUTAJ.

Jesteś reżyserem filmowym, ale twoją wielką pasją jest też fotografia.

– Tak, zajmuję się nią od bardzo dawna. Tworzyć filmy zacząłem w wieku szesnastu lat. W szkole średniej nie za bardzo miałem czas, by się na tym skupić, więc skoncentrowałem się na robieniu zdjęć. Uwielbiałem też grać na pianinie. Wciąż fotografuję i zdjęcia pełnią dla mnie funkcję dziennika. Zdarza się, że wybieram kilka z nich i prezentuję je w galerii. To jednak tylko hobby; rodzaj odskocznia od kręcenia filmów, które jest dla mnie najważniejsze.

Co jest dla ciebie najistotniejsze w fotografowaniu?

– Absolutnie wszystko. Porównałbym to do stanu zakochania i zachwytu nad światem. Jednocześnie nie zmuszam się do organizowania wystaw swoich prac, tak jak to robią inni i jak zapewne robić się powinno. Takiej wystawie przeważnie towarzyszy motyw przewodni. Analogicznie filmy często koncentrują się wokół jednego głównego wątku. Nie traktuję fotografii w ten sposób. Nie mam pojęcia, czy to dobrze, czy źle. Izoluję się od tego i nie obchodzi mnie to. Dla porównania, przed rozpoczęciem prac nad filmem dużo myślę o jego koncepcji i strategii tworzenia danego dzieła. Fotografia jest bardziej przypadkowa, a film – uporządkowany. W filmie wszystko sprowadza się do selekcji, chociaż przyznaję, że dopóki nie wezmę się za montaż, to nie mam pojęcia, jak będzie wyglądał efekt końcowy.

Intrygujące są zdjęcia, które zrobiłeś w Chinach. Przedstawiają chociażby graffiti na tle zniszczonych budynków.

– Powstały w trakcie prac nad filmem „Sfabrykowany krajobraz”. Uwiecznione przeze mnie miasto było niszczone i wysiedlane, żeby podnieść poziom wody. To niejako obrazy z przyszłości, które pokazują, jak pięknie to miejsce będzie wyglądało pod wodą, kiedy zakończy się proces jego erozji.

Co cię ujmuje w uwiecznianiu martwej natury, chociażby kanadyjskich jezior?

– Kocham przebywać na świeżym powietrzu. Jako mieszkaniec Toronto wychowywałem się we wspaniałych warunkach, gdzie wystarczy wsiąść do samochodu, wyruszyć w trasę i po dwóch godzinach podróży znaleźć się pośród cudownych jezior. Ta koncepcja wzięła się właśnie z tego sentymentu. W pierwszych scenach mojego filmu dokumentalnego „Hazard, bogowie i LSD” jest długie ujęcie z jeziorami w roli głównej. Dla mnie to jedno z najukochańszych miejsc na świecie. Czasem lubię po prostu sobie pospacerować, nie mając w ręce aparatu fotograficznego czy kamery. Dzięki temu czuję więź z naturą.

Prezentujesz staroświeckie podejście do życia i pracy. Dla wielu ludzi oglądanie twoich filmów, takich jak choćby „Koniec czasu”, może być sporym wyzwaniem.

– Należy je traktować jako bardzo subiektywne przeżycie. Nie prowadzę widzów za rękę, tylko prezentuję im pewne koncepcje, z którymi sami muszą się skonfrontować. Nie wszyscy czują się z tym komfortowo. Dlatego właśnie lubię pokazywać moje filmy i stykać się z przeróżnymi reakcjami.

Nie przeszkadza ci, kiedy czasami ludzie krytykują twoje dzieła albo narzekają, że są zbyt długie?

– Nie, ponieważ sporo osób ma inne zdanie na ten temat. Paradoksalnie wolę wzbudzać ambiwalentne uczucia, niż satysfakcjonować wszystkich. To drugie byłoby pójściem na łatwiznę. Wiem, jak zrealizować film bardziej przystępny do oglądania, ale nie uważam tego za właściwy wybór.

Patrząc na powolne tempo i kompozycję „Końca czasu”, może nasunąć się skojarzenie z „Drzewem życia” Terrence’a Malicka.

– Co ciekawe, obejrzałem go w czasie montowania filmu, do którego go porównałeś. Niektóre podobieństwa mnie zszokowały, ale jest też sporo różnic. Co prawda są pokrewieństwa w warstwie wizualnej czy w pewnych koncepcjach, jednakże Malick dołożył do tego rozbudowany wątek rodzinnej tragedii. Jego dzieło jest także przepełnione symboliką, a osobiście nie pracuję w ten sposób. Operuję obrazami, których znaczenie można interpretować na różne sposoby. Zależy mi na tym, byś nie był pewien, jak je odczytać i zastanawiał się, co przedstawiają.

Jedna z najpiękniejszych scen „Końca czasu” ma miejsce na szczycie góry, kiedy widać tam tęczę.

– Nakręciłem ją na Hawajach. W tym fragmencie można nawet dostrzec mój cień.

To rodzaj autoportretu?

– Celem było puszczenie oka do widza. Pokazuję, że to tylko film, w którym przedstawiam własny punkt widzenia. Mam na myśli subiektywne doświadczenie. W filmie pokazuję również montażownię.

Specjalizujesz się też w wydarzeniach z pogranicza muzyki, filmu i sztuk wizualnych, pracując nad improwizowanym dialogiem między obrazem a dźwiękiem. Skąd ten pomysł?

– Kiedyś grałem z zespołem muzycznym i miksowaliśmy nagrania z różnych kaset wideo. Improwizowaliśmy przy użyciu instrumentów. Po zrealizowaniu „Hazardu, bogów i LSD” chciałem zrobić to samo, ale wzbogacone o obrazy. Zwłaszcza że miałem wiele przepięknych scen, których nie wykorzystałem w filmie. Do współpracy zaangażowałem multiinstrumentalistę Freda Fritha. Siedem lat temu poznałem programistę, który pomógł mi w stworzeniu programu komputerowego. Dzięki temu programowi miksuję ze sobą zdjęcia, klipy i fragmenty moich filmów. Nie wiem, w jakim kierunku to wszystko pójdzie, ale wydaje mi się, że obserwujemy coś wyjątkowego.

Rozmawiali: Michał Hernes, Justyna Surma

READ MORE