And the Oscar goes to…
Są filmy, po których obejrzeniu ma się 100% pewność, iż za parę miesięcy podczas gali oscarowej usłyszysz jego tytuł po wypowiedzianej słynnej frazie. W przypadku „Debiutu” w reżyserii Jesse’ego Eisenberga jest to statuetka dla odgrywającej główną rolę Julianne Moore, która już dzisiaj może napisać sobie swoją triumfalną przemowę. Jej kreacja jest bowiem wręcz skrojona pod nagrody i ciężko sobie wyobrazić sytuację, w której będzie musiała uznać wyższość innej z Pań (szczególnie, że konkurencja w tym sezonie nie jest jakaś wybitna). Mam wrażenie, że Eisenberg już pisząc scenariusz myślał o samej Moore całkowicie podporządkowując dramaturgiczny, i komediowy, trzon jej aktorskim popisom. W musicalowo-surrealistyczno-komediowej formule reżyserowi udało się zawrzeć ciekawe wnioski odnoszące się do procesu twórczego uwalniającego potencjał tkwiący w postaci początkującej aktorki Mony Friedman.
Fabuła filmu przedstawia historię Mony, gospodyni domowej z New Jersey w średnim wieku, której skrytym marzeniem jest kariera na deskach teatru. Pewnego dnia postanawia spróbować swoich sił biorąc udział w przesłuchaniach do roli w musicalu „Nosy Neighbors” w lokalnym teatrze. Jak się można było spodziewać przesłuchanie to okazuje się wielką klapą, a rolę Miss Danielle otrzymuje stara znajoma reżysera, Serena Cherry (grana swoją drogą przez legendę broadwayowskiego teatru Bernadette Peters). Jednak tym razem los uśmiechnął się do Mony; Serena bowiem, z uwagi na epizodyczność roli, postanawia z niej zrezygnować ustępując miejsca niedoświadczonej aktorce.
Pierwsze próby przebiegają fatalnie. Mona nie jest w stanie odnaleźć się w teatralnej rzeczywistości, gubi się w dialogach, jest speszona i emocjonalnie sparaliżowana. Lecz reżyser Jerry (Paul Giamatti) nie daje tak łatwo za wygraną. Proponuje jej przejście przez twórczy proces, którego celem jest otworzenie jej na prawdziwe emocje odczuwane poprzez fikcyjną postać Miss Danielle. Z czasem jednak Jerry’emu coś wymyka się spod kontroli, a Mona coraz to bardziej popada w szaleństwo metody aktorskiej. Zaczyna się zacierać granica pomiędzy tym, co rzeczywiste, a co wynikające z determinacji aktorki do nadania swojej postaci autentyczności. Sceniczna kreacja zaczyna dominować nad jej życiem, co prowadzi do licznych konfliktów nie tylko z reżyserem, ale i całym zespołem.
Jesse Eisenberg w swoim nowym filmie ciekawie łączy konwencje dając upust twórczym ekscesom, których wcześniej nie doświadczyliśmy w jego obrazach. Reżysersko eksploruje zupełnie inne rejony kina znane bardziej z dzieł Darrena Aronofsky’ego czy Davida Lyncha połączone z estetyką rodem z „La La Landu” Damiena Chazelle’a. Pod praktycznie każdym względem jest to dojrzalszy, bardziej świadomy film od „Prawdziwego bólu”; widać jak na dłoni, iż Eisenberg nie boi się zaglądać w nowe zakamarki kina. Jednak największą siłą „Debiutu” pozostają dwie fantastyczne kreacje aktorskie – Julianne Moore oraz Paula Giamattiego. Jak już wspomniałem, Moore prawdopodobnie zostanie za nią ozłocona, ale to Giamatti skradł moje serce. Może to mniej efektowna rola (i pewnie przez to nie zostanie nagrodzona przez różne gremia), jednakże po raz kolejny w jego oczach ujrzałem prawdę. Podobnie jak w „Przesileniu zimowym” czy „Bezdrożach”, tak i tu Giamatti na przestrzeni kilku sekund potrafi przejść przez wszystkie stany emocjonalne korzystając przy tym z minimalnych środków ekspresji. Uzyskał dzięki temu kreację zarówno skromną, ale i wewnętrznie złożoną.
„Debiut” pozostaje dziełem, które daje niezwykłą satysfakcję, a także radość podczas oglądania. Są tu sceny, po których aż chce się wstać i bić brawo (jak to w teatrze). To wszystko za sprawą prawdziwego aktorskiego tour de force. Posypią się Oscary. Oj posypią!
Film obejrzałem w ramach Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego.
Autor: Mateusz Rot