Czy miłości da się nauczyć?
Festiwal w Locarno powoli dobiega końca, a dziś na słynnej Piazza Grande miała miejsce premiera najnowszego filmu francuskiego reżysera Martina Provosta – „Love Lessons” z Fabricem Luchinim w roli głównej. Szwajcarski festiwal od lat jest wydarzeniem, na którym zderzają się skrajności kina. Z jednej strony w sekcji konkursowej mamy ambitne, eksperymentalne i nierzadko prowokujące projekty, z drugiej zaś na wspomnianej Piazza Grande prezentowane są przystępniejsze filmy dla szerokiego widza przyciągające tłumy wczasowiczów wypoczywających w malowniczo położonym miasteczku nad jeziorem Maggiore. Czy jednak francuski komediodramat o nauczycielu, któremu w dniu przejścia na emeryturę wywróciło się życie do góry nogami, okazał się dobrą rozrywką na piątkowy wieczór? Mam co do tego spore wątpliwości…
Głównym bohaterem jest Émile (Fabrice Luchini), nauczyciel literatury, który właśnie przechodzi na emeryturę. Podczas swojego ostatniego wykładu opowiada uczniom o miłości i literaturze, zachęcając ich, by sami stali się „poetami własnego życia” i odważyli się żyć pełnią życia. Jedna z uczennic zadaje mu pytanie czy on sam kieruje się tymi zasadami, on jednak pozostawia to bez odpowiedzi. Kiedy po uroczystym zakończeniu pracy wraca do domu, czeka go szok, okazuje się, że po latach małżeństwa jego żona go opuściła. W tym momencie musi skonfrontować teorię miłości, którą przez lata karmił młodzież z rzeczywistością tu i teraz.
Film Provosta niestety wpada w każdą możliwą pułapkę „niedzielnego” kina. Jest to wręcz kino zrobione według schematu bezwstydnie wykorzystując gatunkowe klisze pragnąc jak najbardziej gładko wskoczyć w gusta szerokiej publiczności. W efekcie „Love Lessons” stało się nomen omen lekcją dla innych reżyserów jak nie należy traktować widzów. Provost nie zostawia ani centymetra miejsca na interpretację tylko krok po kroku wykłada, niczym nauczyciel Émile, co widz powinien w danej chwili myśleć i odczuwać. Szkoda, bo po francuskim reżyserze (autorze przecież nagrodzonej Cezarami „Serafiny”) spodziewałem się czegoś dojrzalszego i mniej narzucającego się. Jednak Provost na szczęście nie zatracił jednej cechy, która wyróżnia go przez całą swoją karierę. Posiada on doskonałą rękę do prowadzenia aktorów, czy to Yolande Moreau we wspomnianej już „Serafinie”, czy choćby wspaniały duet Deneuve/Frot w „Dwóch kobietach”. Tym razem pięknie poprowadził Fabrice’a Luchiniego, który w dość średnio napisanej postaci potrafił odnaleźć aktorską głębię. Natomiast królową drugiego planu jest tutaj Chiara Mastroianni, która z tajemniczym błyskiem w oku partneruje Luchiniemu. Te dwie kreacje z pewnością zostaną ze mną na jakiś czas.
„Love Lessons” pozostaje dziełem niewykorzystanych szans, zarówno tych życiowych, jak i stricte filmowych. Zabrakło mi w tym wszystkich reżyserskiej powściągliwości i poczucia wiary w inteligencję widza. Jednakże z pewnością znajdzie swoich fanów, to film wprost idealny na weekendową ramówkę popularnych stacji telewizyjnych. Klasyczny seans do popijania popołudniowej kawy i ulubionego herbatnika.
Autor: Mateusz Rot