Obejrzałem „Norymbergę” i niestety — jest to filmowy paździerz. Już tłumaczę, o co chodzi. To jest dokładnie ten typ kina, jaki robiło się jeszcze 10–15 lat temu: toporne, hollywoodzkie filmy „na faktach”, o wielkich wydarzeniach historycznych. Tu: proces norymberski. I jasne — takie filmy potrafiły być dobre, jeśli były opowiedziane z pasją, z nerwem, z jakimś pomysłem. Tutaj dochodzimy do ściany. Film jest naszpikowany tanimi hollywoodzkimi chwytami: wizualnie, narracyjnie, w skrótach myślowych. Wszystko jest jakby od linijki, bez powietrza. Oglądając, czuć ten metaforyczny piasek między zębami — nic się do końca nie klei, a całość męczy bardziej, niż angażuje.
Duża w tym zasługa Rami Maleka, który dominuje większość czasu ekranowego. I tu moja osobista refleksja: Malek jest jednym z najbardziej przehypowanych aktorów ostatniej dekady. Niesłuszny Oscar za bardzo przeciętną rolę Freddiego Mercury’ego otworzył mu drzwi do wielkich produkcji, w których niemal zawsze przewraca się o swoje nogi. Nie trzeba daleko szukać — „No Time to Die” jest tego idealnym przykładem. A przecież wiemy, po najlepszych Bondach czy Batmanach, że miarą jakości takiego filmu jest siła antagonisty: jego charyzma, wiarygodność, magnetyzm. Tutaj Malek, grający psychiatrę — de facto główną postać filmu — od pierwszej sceny triggeruje swoją aktorską manierą. Nie budzi ciekawości, nie budzi napięcia. Po prostu źle się go ogląda. Michael Shannon, którego bardzo cenię, dostaje rolę boleśnie jednowymiarową. Jest, mówi swoje kwestie, znika — zero mięsa. Jedynym realnym plusem filmu jest Russell Crowe. Crowe jakby przypomniał sobie, jak świetnym aktorem zawsze był. Jako otyły Hermann Göring ma aparycję, charyzmę i ten charakterystyczny błysk w oku. Nawet wymuszone kaleczenie angielskiego nie brzmi źle, a jego niemiecki — o dziwo — nie razi. Castingowo: strzał w dziesiątkę.
Problem w tym, że nawet przy całej swojej „barowej” potędze Crowe nie jest w stanie unieść tego filmu na plecach. Całość rozkleja się w szwach. Największym paradoksem „Norymbergi” jest to, że najciekawszą rzeczą w całym filmie są napisy końcowe. Informacja o tym, jaki los spotkał filmowego psychiatrę, okazała się dla mnie ciekawsza niż cały seans. I to mówi wszystko. Proces norymberski był już wcześniej lepiej ekranizowany — bardziej teatralnie, z większym naciskiem na sam proces, jego ciężar i dramaturgię. Tutaj potraktowano go po macoszemu. W filmie o Norymberdze procesu jest najmniej, a za dużo niepotrzebnego setupu, wątków pobocznych i scen, które nic nie wnoszą. „Norymberga” to podręcznikowy przykład, jak nie robić filmu o wielkiej historii. Na plus jedynie, że przynajmniej jeden aktor został tu naprawdę dobrze obsadzony. Nie polecam. Szkoda czasu. Lepiej sięgnąć po starsze, mądrzejsze i uczciwsze filmy o procesie norymberskim.
Autor: Dominik Sobolewski