Western? Tak. Romans? Też. Najlepszy film LGBT w historii? Można byłoby się zastanawiać. Na pewno jeden z najwybitniejszych. Wszystkie i wiele więcej określeń pasują do filmu Anga Lee, który zmienił postrzeganie kina LGBT. Zmieniłby bardziej, gdyby Akademia Filmowa się nie skompromitowała.
Pamiętacie ten rok i tę scenę z Oscarów, kiedy Jack Nicholson otwierał kopertę:
Jeden z najbardziej zaskakujących werdyktów Akademii, jeden z tych, których wyjątkowo wybronić się w żaden sposób nie da. Miasto grzechu było co prawda porządnym, świetnie napisanym filmem. Jednak Tajemnicy Brokeback Mountain nie dorasta nawet do pięt. Ang Lee stworzył film wymykający się schematom – wzruszającą, uniwersalną historię miłosną w konwencji męskiego, westernowego kina. Nie można na ten obraz spoglądać jak na kino LGBT, bo on też poza ten gatunek wyrasta. Nie ma tutaj schematów o dojrzewaniu emocjonalnym, trudnym dzieciństwie i tym podobnych sprawach. Są bohaterowie z krwi i kości, którzy w sposób zupełnie przypadkowy odkrywają coś, co przeczuwali od dawna. Jednak czas i miejsce nie są sprzyjające. Jeden z nich przepłaca to życiem. Scena finałowa, pożegnanie kochanków, życiowych partnerów, należy do najbardziej wzruszających, poruszających tego typu sekwencji w historii.
Lee wybrał do ról Ennisa i Jacka aktorów stosunkowo mało doświadczonych. Jak się okazało lepiej wybrać nie mógł – szczególnie Heath Ledger jest tutaj wybitny, lepszy nawet niż w swojej oscarowej roli w Mrocznym rycerzu. Także Jake Gyllenhaal w roli tego teoretycznie bardziej zdecydowanego Jacka bryluje. Trzeba dziękować Angowi Lee za to, że pozwolił tym aktorom wreszcie w pełni zaistnieć na dużym ekranie (nie zapominajmy o genialnej Michelle Williams), a tematom LGBT w pełni wybrzmieć w zrobionym z rozmachem hollywoodzkim dramacie. To była dla tego gatunku duża sprawa. Gdyby tylko ta Akademia…
Na koniec jeszcze trochę muzyki – wspaniały temat Gustavo Santaolalla: