W tym roku wydarzyło się coś, co jeszcze niedawno wydawało się mało prawdopodobne, bo bracia Safdie po raz pierwszy od dawna poszli własnymi drogami i każdy z nich zrobił swój film osobno, przy czym znamienne jest to, że obaj wylądowali w podobnym obszarze tematycznym, bo jeden i drugi opowiada historię sportowca, choć robi to w sposób niemal całkowicie odmienny. Film Josha Safdiego, Marty Supreme, został przyjęty z dużym entuzjazmem i trudno się temu dziwić, bo jest to kino niezwykle sprawne formalnie, pełne energii, świetnie zmontowane, intensywne kolorystycznie i w ogóle takie, które daje widzowi natychmiastową przyjemność oglądania, trochę jak popis reżyserskiej wirtuozerii. Sam również oglądałem go z dużą satysfakcją, jednak zaraz po wyjściu z kina pojawiło się we mnie dziwne pytanie, które z czasem wracało coraz częściej, a mianowicie o czym właściwie był ten film. Im więcej czasu mijało od seansu, tym mniej pamiętałem z niego konkretnych emocji czy myśli, a tym bardziej zostawało ze mną wrażenie, że oglądałem po prostu bardzo dobrze zrobione kino. Po pewnym czasie dotarło też do mnie, że jednym z problemów jest to, iż głównemu bohaterowi wszystko przychodzi zaskakująco łatwo, przez co trudno poczuć prawdziwą stawkę jego historii, jakby oglądało się rozgrywkę na najłatwiejszym poziomie trudności, gdzie kolejne przeszkody pojawiają się tylko po to, żeby zaraz zostać pokonane.
Z tym doświadczeniem w głowie sięgnąłem po drugi film, czyli The Smashing Machine w reżyserii Benny’ego Safdiego, który w Polsce przeszedł niemal niezauważony, mimo że wcześniej w Wenecji zebrał bardzo dobre reakcje i kilkuminutowe owacje. Co ciekawe, nie pomogła mu nawet obecność Dwayne’a Johnsona w roli głównej, którego zawsze z sympatią nazywam Skałką, bo choć jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów współczesnego kina, to jednak film nie zdołał przebić się w europejskiej dystrybucji tak, jak można było się tego spodziewać. Obejrzałem go w dużej mierze z ciekawości porównawczej, chcąc zobaczyć, jak oba te filmy będą ze sobą rezonowały, skoro powstały równolegle, w tej samej rodzinie twórczej, ale już w zupełnie osobnych reżyserskich światach. I tu pojawiło się zaskoczenie, bo choć The Smashing Machine jest filmem w wielu sensach słabszym i mniej dopracowanym, to mam poczucie, że zostanie ze mną na dłużej niż bardziej efektowny film jego brata. Rzeczywiście można mu zarzucić pewną niekonsekwencję narracyjną, bo sprawia wrażenie historii, która próbuje opowiedzieć kilka rzeczy naraz i do końca nie decyduje się, który z wątków jest naprawdę najważniejszy, przez co żadnego nie eksploruje w pełni. Jest to realny problem tego filmu i trudno go ignorować. A jednak jest w nim coś, co sprawia, że łatwiej mi mu to wybaczyć. Może dlatego, że jest to kino dużo spokojniejsze, bardziej przyziemne i w pewnym sensie bliższe temu, jak rzeczywiście wygląda życie.
Dużą rolę odgrywa tu sam Johnson, który w tej roli naprawdę mnie zaskoczył. Nie chodzi tylko o to, że ma włosy i wygląda inaczej niż zwykle, choć ta wizualna zmiana od razu ustawia go w trochę innym świetle, ale przede wszystkim o to, że gra tutaj zupełnie bez charakterystycznych dla siebie mrugnięć okiem i komediowych odruchów, które zazwyczaj towarzyszą jego ekranowej personie. Jest w tym występie coś poważniejszego i bardziej dramatycznego, a jednocześnie bardzo fizycznego, bo mimo że pozostaje ogromnym, muskularnym facetem, to potrafi pokazać kruchość postaci, która powoli zaczyna pękać pod ciężarem własnego życia. Cały film ma zresztą bardzo charakterystyczny klimat, który momentami przypomina stare nagrania z kaset VHS, zarówno przez sposób filmowania, jak i przez muzykę, która nadaje mu lekko nostalgiczny ton. Szczególnie zapadł mi w pamięć utwór Take Me In Your Arms Lil Suzy, który od czasu seansu zdarza mi się włączać zupełnie bez powodu, jakby był małym portalem do atmosfery tego filmu. To nie jest opowieść zbudowana wokół wielkich, dramatycznych kulminacji ani klasycznych scen triumfu czy porażki, które zwykle kojarzymy z filmami o sportowcach. Zamiast tego dostajemy historię, która rozgrywa się trochę na zapleczu całego spektaklu, w przerwach między walkami, w chwilach zmęczenia, w relacjach, które są jednocześnie bliskie i kruche.
Dobrze wypada też Emily Blunt, która gra partnerkę bohatera i tworzy z Johnsonem relację mającą w sobie coś autentycznego, trochę nieuporządkowanego, trochę zmęczonego codziennością. W ich wspólnych scenach jest pewna życiowa prawda, która sprawia, że film momentami przestaje wyglądać jak kino biograficzne, a zaczyna przypominać obserwację realnych ludzi próbujących jakoś poukładać swoje sprawy. Być może właśnie dlatego The Smashing Machine bardziej mnie poruszył, mimo że obiektywnie jest filmem mniej imponującym warsztatowo niż produkcja Josha Safdiego. Tamten zachwyca formą, tempem i energią, ale pozostawia po sobie głównie pamięć świetnie wykonanej roboty. Film Benny’ego Safdiego jest nierówny, czasem nawet trochę nieporadny, lecz ma w sobie coś cichszego i bardziej ludzkiego. To kino, które nie próbuje zamienić życia w legendę, tylko pokazuje je w jego nie do końca uporządkowanej postaci. A ja, być może z czystej sympatii do takich historii, zawsze mam ochotę kibicować właśnie tym filmom, które stoją trochę w cieniu i które, mimo swoich niedoskonałości, próbują powiedzieć coś prawdziwego.
Autor: Dominik Sobolewski