Cienie przeszłości
Ostatnimi czasy weneckie Jury nie rozpieszcza nas swoimi wyborami. Dwa lata temu Złoty Lew poszedł w ręce Pedro Almodóvara z letnio przyjętym „W pokoju obok” pokonując okrzyknięte przez krytyków arcydziełem monumentalne „The Brutalist”, w zeszłym zaś, ku zaskoczeniu ogółu, za najlepszy film uznano nowelowe „Father, Mother, Sister, Brother” Jima Jarmuscha, które spotkało się raczej z kiepskim odbiorem. Podczas tegorocznego festiwalu Jury pod przewodnictwem Maggie Gyllenhaal chyba wzięło sobie za punkt honoru kultywowanie nowej tradycji nagradzając dramat historyczny „Woman Unknown” wyreżyserowany przez May el-Toukhy (twórczyni „Królowej Kier”), który nie zbudził jakichś przesadnie wielkich emocji podczas swoich pokazów, a także nie był wymieniany w gronie faworytów do wygrania jakiejkolwiek nagrody. Podobno werdykt ten był owocem burzliwej dyskusji, podczas której członkowie musieli pójść na kompromis wybierając film, który najmniej ich podzielił (plotki mówią, iż spora część chciała, żeby Złotym Lwem nagrodzić reżysera filmu „Możliwa miłość”, a druga lobbowała za docenieniem reportażu „NAZA”). „Woman Unknown” w ich oczach stało się najmniej kontrowersyjnym wyborem, dodatkowo przyznając mu jeszcze Puchar Volpiego dla najlepszej aktorki, odtwórczyni głównej roli Mathilde Arcel. Wybór ten ciężko inaczej określić niż mianem absolutnie zachowawczego oraz zwyczajnie nietrafionego, bowiem w żadnym momencie film duńskiej twórczyni nie wychodzi poza standard solidnego kina historycznego, które co roku mamy w nadmiarze w naszym gdyńskim konkursie.
Fabuła filmu rozgrywa się w Danii tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. Marie (Mathilde Arcel) pracuje jako opiekunka i służąca w domu zamożnego, będącego wdowcem, Christiana (Carsten Bjørnlund). Między nimi rodzi się silne uczucie skutkujące planami małżeństwa. Marie skrywa jednak ciemny sekret jej przeszłości. Podczas okupacji miała bowiem romans z niemieckim żołnierzem, który doprowadził ją do tragedii poronienia. W powojennej Danii taki związek mógł zostać uznany za dowód zdrady wiążący się z publicznym upokorzeniem ścięcia włosów oraz fizyczną przemocą. Obraz May el-Toukhy przedstawia zatem kobiecą perspektywę na powojenne rozliczenia Duńczyków często krzywdzące je niesprawiedliwością szybkiego linczu oraz chęcią natychmiastowego wymierzenia kary. Marie na swojej drodze przypadkowo spotyka starego znajomego Karla (Thorbjørn Hedegaard) znającego jej historię przeszłości. Szantażuje ją wykorzystując przewagę do osiągnięcia swoich, czysto seksualnych, celów.
Film duńskiej reżyserki odhacza praktycznie każdy możliwy schemat kina historycznego. Jest solidną, ale niepozbawioną klisz, opowieścią o wiszącym nad swoją bohaterką fatum determinującym jej życiowe wybory. Jego tonacja pozostaje mroczna (choć całe szczęście May el-Toukhy nie nakręciła go w czerni i bieli), a przytłaczający i wszechogarniający brak nadziei wprost wylewa się z ekranu. Nie ukrywam, iż film ten podziałał na mnie w przeciwny sposób od jego zamierzenia. Tam gdzie powinienem współodczuwać trudy oraz znoje Marie zwyczajnie pozostawiało mnie obojętnym nadmierne uciekając się do prostych, może wręcz banalnych, chwytów mających na celu tylko i wyłącznie szokowanie widza. Szkoda, bowiem poprzedni obraz tej reżyserki korzystał z filmowej „terapii szokowej” w bardziej świadomym kluczu, lepiej puentując swoje obserwacje. „Woman Unknown”, w moim odczuciu, to jej reżyserski krok wstecz, kino bierne, pozbawione werwy, korzystające z prostych trików. Klasyczny przykład niewykorzystanego potencjału ciekawej historii przedstawiającej dylematy moralne kobiet w powojennej rzeczywistości. Choć, jak widać, wnioski te wystarczyły Jury, żeby nagrodzić go główną nagrodą festiwalu. Zaiste, niezrozumiała decyzja…
Autor: Mateusz Rot