Wielki Marty – cud życia

Jednym z największych wydarzeń tego sezonu – i to pod względem marketingowym, jak i artystycznym – jest bez wątpienia premiera najnowszego filmu Josha Safdiego „Wielki Marty” z Timothée Chalametem w roli głównej. Już od pierwszego pokazu podczas nowojorskiego festiwalu (będącego seansem-niespodzianką) obraz ten jednogłośnie został okrzyknięty rewelacją, a kreacja Chalameta z miejsca stała się faworytem do wygrania Oscara. Na polskie pokazy przedpremierowe musieliśmy trochę poczekać (do Sylwestra), bowiem studio A24 zablokowało film aż do oficjalnej amerykańskiej premiery kinowej budując tym samym marketingowy szum wokół jednego pokazu. Oprócz tego niekonwencjonalną robotę promocyjną wykonał również sam aktor tworząc atmosferę popkulturowego wydarzenia wykraczającego poza festiwalową bańkę filmową. Jak widać kampania przyniosła pożądane skutki, ponieważ „Wielki Marty” zarobił na świecie już ponad 100 mln $ (w Polsce na samych pokazach przedpremierowych przekroczył 100 tysięcy widzów) i nic na to nie wskazuje, żeby box-office’owy licznik miał się na tej liczbie zatrzymać.

Fabuła inspirowana jest biografią prawdziwego amerykańskiego tenisisty stołowego Marty’ego Reismana, któremu w filmie zmienili nazwisko na Mauser (w tej roli rzecz jasna Timothée Chalamet). Josh Safdie wraz ze współscenarzystą Ronaldem Bronsteinem sprytnie wykorzystali tylko część historycznych wydarzeń – przede wszystkim pojedynek Reismana z Japończykiem Hiroji Satoh (w filmie to postać Koto Endo), który jako jeden z pierwszych zaczął używać nowoczesnej rakietki tenisowej z gumową warstwą – jednocześnie wprowadzając zupełnie fikcyjne wątki tworzące zawiłą, wielowątkową opowieść. Główna oś dramaturgiczna krąży wokół dwóch tematów – nadchodzącego ojcostwa oraz wspomnianego tenisowego pojedynku. Co ciekawe Safdie już w pierwszej scenie doskonale spaja owe tematy prezentując sekwencję zapłodnionej komórki jajowej przechodzącej bezpośrednio w piłeczkę tenisową. Ta z pozoru prosta gra skojarzeń niezwykle trafnie ustawia ton całego filmu sugerując widzowi nadchodzący punkt kulminacyjny, a także przesłanie z niego płynące. Oczywiście poza wspomnianymi motywami mamy jeszcze szereg innych, które dopełniają charakterologiczny rys Mausera będącego z jednej strony odpychający, a wręcz irytujący, ale z drugiej imponujący sprytem bohaterem, któremu uchodzi wszystko na sucho. Nieważne czy to romans ze zgasłą już gwiazdą kina niemego Kay Stone (Gwyneth Paltrow), czy nietypowa przygoda z psem starego gangstera Ezry Mishkina (charyzmatyczny Abel Ferrara). Marty zawsze znajdzie sposób by uciec od odpowiedzialności swoich, często nieprzemyślanych, czynów. Jednak w obliczu zbliżającego się najważniejszego wydarzenia jego życia Mauser będzie musiał zmienić priorytety i nieco uspokoić swój nurt życiowej rzeki.

Dzieło Josha Safdiego jest niczym dobrze naoliwiona maszyna – każdy element jest dokładnie w tym miejscu, w którym być powinien. To perfekcyjnie zaprojektowane filmowe ciało, które oddycha szybkim tempem nowojorskiego krajobrazu. Jednak „Wielki Marty” nie jest wielki tylko ze względu na doskonały scenariusz i reżyserię – jego sercem jest aktorstwo. Nie ma tu ani jednego castingowego pudła. Zaczynając rzecz jasna od Chalameta, który osiągnął tutaj prawdziwy aktorski Olimp (jeśli tym razem nie wygra Oscara to chyba zjem swojego buta…). Szybkiego kroku dotrzymuje mu młodziutka Odessa A’zion prezentując szeroką paletę emocji – od charakternej, a wręcz hardej, dziewczyny po głębokie wzruszenie nadchodzącego momentu macierzyństwa. Na drugich planach mamy jeszcze powracającą do filmowej pierwszej ligi Gwyneth Paltrow oraz castingowy strzał w dziesiątkę w postaci Kevina O’Leary’ego w roli, nomen omen, biznesmena.

Przyznam szczerze, że Safdie zaskoczył mnie przede wszystkim swoją wrażliwością podejścia do tematu ojcostwa. Jego poprzednie filmy w warstwie emocjonalnej raczej nadmiernie nie angażowały – bardziej imponowały tempem i innymi aspektami – a tym razem to właśnie emocje i szczerość wzięły górę (w pozytywnym sensie) przeprowadzając widza od wspomnianej wcześniej zapłodnionej komórki jajowej do narodzin dziecka. Końcowa klamra dramaturgicznie wybrzmiewa w rytm piosenki grupy Tears For Fears wśród płaczących noworodków na porodówce. To zdecydowanie jedna z najpiękniejszych scen tego sezonu, a czułość z jaką Chalamet pokazuje jeden z najważniejszych momentów życia każdego ojca to aktorski tour de force. Oczyszczające kino, które uświadamia nam co w życiu pozostaje niezaprzeczalnie największą wartością – cud nowego życia.

Autor: Mateusz Rot

Start typing and press Enter to search