„Uczucia i impresje”. László Nemes o „Schyłku dnia” [WYWIAD]

– Wierzę, że filmowcy powinni dawać widzom różne przeżycia i nie ograniczać się jedynie do opowiadania klasycznych historii. Uważam, że powinniśmy używać narzędzi kina do poszerzania horyzontów kręcenia filmów – mówi László Nemes w rozmowie z Michałem Hernesem o filmie „Schyłek dnia”.

Michał Hernes: Jak ważne jest dla Ciebie myślenie obrazami?
László Nemes: Dobre pytanie. Na etapie pisania scenariusza „Schyłku dnia” nie czułem, że są to obrazy – najwyżej epizody. Trudno byłoby opowiedzieć ten film przy pomocy storyboardów. To zawsze są obrazy, choć odnoszę wrażenie, że widzę nie tyle ruchome obrazki, co uczucia.

To jak znaleźć właściwe uczucia i obrazy?
– Wydaje mi się, że jest to bardzo instynktowne. Ważną rolę odgrywa dla mnie współpraca z moim operatorem, Mátyásem, który jest bardzo istotnym elementem tego procesu. Celowo używam słowa „proces” i mówiąc szczerze nie wiem, w którym momencie to staje się obrazem. Powtórzę: bardziej chodzi o uczucia i impresje – to bardzo impresjonistyczne podejście.

Zastanawiam się, jakie są różnice między scenariuszem a filmem i chętnie przeczytałbym kiedyś jego scenariusz.
– Istotne były dla nas odczucia związane z tym, jak będzie wyglądał zarówno sam film, jak i poszczególne sceny. Ich napisanie nie było łatwe, możesz przeczytać scenariusz (śmiech). Te obrazy narodziły się w trakcie dziwnego procesu współpracy pomiędzy mną a operatorem.

dnia3

Dlaczego współpracujesz właśnie z nim?
– Ponieważ cały czas stawia mi wyzwania. Nie jest osobą, która na wszystko się zgadza, tylko współpracownikiem w pełnym tego słowa znaczeniu i naprawdę dał temu projektowi coś od siebie. Udało mu się uchwycić na kamerze to, nad czym pracowaliśmy. To nie była jedynie transmisja. W tym procesie ważną rolę odegrał również Matthieu, mój montażysta. Gdy pracuję nad filmem, właściwie nigdy nie jestem sam.

Jak wyglądała praca nad muzyką?
– W niej również ważne są uczucia – ma być odzwierciedleniem wewnętrznego świata głównej bohaterki, ale to samo można powiedzieć o obrazach. Zależało mi, żeby była to zarówno muzyka pojawiająca się w prawdziwym świecie, jak i w jej umyśle. W filmie ma miejsce dużo podróży „tam i z powrotem” między rzeczywistością a wewnętrznym światem.

Jak znaleźć tę muzykę?
– Sięgnęliśmy chociażby po „Śmierć i dziewczynę” Schuberta. Mój kompozytor, László zmarł – niestety – pod koniec post-produkcji tego filmu. Wcześniej skomponował utwory bardzo podobne do muzyki z czasów, w których rozgrywa się akcja „Schyłku dnia”, np. do polki. Przede wszystkim jednak stworzył świat wewnętrznej muzyki Irisz, pochodzący z jej mózgu.

„Schyłek dnia” traktuje o bardzo osobistych doświadczeniach jego bohaterki. Skąd wziął się ten pomysł?
– Zawsze chciałem zrobić film o narodzinach XX wieku i spojrzeć na to oczami kogoś, kto nie jest nikim ważnym. Jako dziecko dużo słuchałem historii opowiadanych przez moją babcię. To było dla mnie bardzo ważne – babcia była dla mnie w pewnym sensie przewodnikiem, który tłumaczył mi z perspektywy jednostki, czym były tamte czasy. Chciałem o tym opowiedzieć i zmierzyć się z tym, zamiast podążać ścieżką klasycznych historycznych filmów. Chciałem też, żeby dla widzów było to doświadczenie i przeżycie. Bohaterka „Schyłku dnia” odbywa podróż, także do swojego wnętrza. Pytanie brzmi, czy jest w stanie zrozumieć wszystkie siły, które znajdują się w jej wnętrzu.

To wielkie wyzwanie.
– Wiedzieliśmy, że ten film będzie w pewnym sensie prototypem. Czegoś takiego w kinie jeszcze nie było, choć są w kinematografii bardzo bliskie mi tradycje. Wiedziałem, że „Schyłek dnia” ma być bardzo wewnętrzny. Wyzwanie polegało na tym, żeby zbudować ten świat i wykreować wokół głównej bohaterki wszystkie poziomy rzeczywistości; wszystkie siły, z którymi nie możemy się całkowicie skonfrontować i całkowicie ich zrozumieć.

To było odważne, żeby zrobić tego rodzaju ekscentryczną i dziwną produkcję.
– Czasami trzeba robić dziwne filmy. Wierzę, że filmowcy powinni dawać widzom różne przeżycia i nie ograniczać się jedynie do opowiadania klasycznych historii. Uważam, że powinniśmy używać narzędzi kina do poszerzania horyzontów kręcenia filmów. Naprawdę wierzę, że przez ostatnie 30 lat telewizja miała ogromny wpływ na szkodzenie kinowemu doświadczeniu, stawiając na bezpieczne produkcje, przez które widzowie nie stykają się z wyzwaniami. Wydaje mi się, że esencją kina jest przygoda i odkrywanie. Filmy powinny być wyzwaniem dla kinowego języka. W przyszłości dla filmowców czymś normalnym było robienie zróżnicowanych filmów. Współcześnie nie jest to już takie oczywiste.

Czyli szukasz nowego języka filmowej narracji?
– (Śmiech) Przesuwam granice, podobnie jak wielu filmowców z przeszłości.

Którzy filmowcy są dla Ciebie najważniejsi?
– Jest ich bardzo dużo i to się zmienia, ale odczuwam specjalną więź z Kubrickiem, Antonionim i Tarkowskim. Czasami wystarczy tylko jeden film, a nie cała filmografia. Jako filmowcy mamy tradycje, z którymi czujemy się związani.

Skoro o przekraczaniu granic mowa, co sądzisz o filmach Christophera Nolana?
– Jest wielkim mistrzem masowej rozrywki i przesuwa jej granice. Jest też oddany postdigitalowemu kinu, podobnie jak ja. Bardzo ważne jest to, co robi, żeby ocalić film jako doświadczenie w czasach post-telewizyjnej estetyki kina.

Czy byłbyś zainteresowany reżyserowaniem wielkich widowisk w stylu Nolana?
– (Śmiech): Chciałbym, ale dla mnie wzorem jest Stanley Kubrick, który dotykał różnych tematów i eksplorował różne filmowe gatunki. Był zarazem bardzo wymagający i przekraczał granice, wypychając widzów poza ich strefę komfortu. Dziś brzmi to jak coś oczywistego, ale kiedy Kubrick kręcił filmy, napotykał na spory opór i niezgodę.

Czy też stawiasz sobie za cel, żeby wypychać widzów z ich strefy komfortu, napotykając na opór i niezgodę?
– Przede wszystkim chcę, żeby ludzie zaakceptowali moje filmy, a nie, żeby podchodzili do nich z uprzedzeniami. Nie jest to łatwe zważywszy na to, co przez ostatnie 30 lat uczyniła z widzami telewizja. Zdaje sobie sprawę, że to trudne i prawie niemożliwe, żeby prosić ich, by nie wyrobili sobie z góry negatywnej opinii. Chcę, żeby byli częścią tego doświadczenia. Nie musi to nastąpić od razu. Nie wierzę w natychmiastową satysfakcję. Powinniśmy wierzyć, że widownia użyje swojej wyobraźni. Zaufanie względem widowni jest dla mnie bardzo ważne.

Wracając do „Schyłku dnia” – wciąż mam w pamięci twarz głównej bohaterki i jej oczy.
– Aktorka stała się Irisz, bohaterką tego filmu. W tym przypadku casting był najważniejszą częścią grania przez nią tej postaci – zanurzyła się w jej tajemniczość. Ta bohaterka jest w pewnym sensie tajemnicza i kryją się w niej różne siły. To wcale nie jest takie oczywiste i szukałem właśnie kogoś, kto nie jest oczywisty. Bohaterka stawia opór wszystkim pokusom, które mogłyby odsłonić jej wnętrze. Irisz nie może być całkowicie odkryta i zawsze jest w niej coś tajemniczego.

dnia1

Nie szukałem do tej roli kogoś, kto zagrałby ją w klasyczny sposób. Wiem, że aktorzy są niczym pralki – oczekują, że skorzysta się z wszystkich ich funkcji. Chcą płakać, śmiać się i są spragnieni różnego rodzaju emocji, które bywają bardzo ekstremalne i czasem zastanawiam się, czy nie pochodzą z tradycji telenowel. Współcześnie aktorstwo bazuje także na czymś więcej. Wierzę, że w kinie jest również miejsce na to, co można zobaczyć w moim filmie i że widownia jest w stanie identyfikować się bohaterem na różnych poziomach, nie tylko tych sprowadzających się do klasycznych ekspresji emocji. Bardzo zależało mi na takim aktorskie w moich dwóch pierwszych filmach – „Synu Szawła” i „Schyłku dnia”.

Co było dla Ciebie największą niespodzianką, gdy zakończyłeś pracę nad tym filmem?
– Kiedy ostatni raz obejrzałem w pracowni „Schyłek dnia”, byłem zażenowany główną bohaterką – zastanawiałem się, kim jest i nad tym, że wie znacznie więcej, niż nam się wydaje. O ile bohater „Syna Szawła” był aniołem życia, to Irisz jest w pewnym sensie aniołem śmierci. Tak to czułem i to mnie zaskoczyło.

Czy jesteś zadowolony z końcowego rezultatu?
– Kręcenie filmu to zawsze podróż i frustracje, które są częścią tego procesu. Podejrzenie budzi u mnie każdy reżyser, który jest w pełni zadowolony ze swojej pracy. Z mojego punktu widzenia mogę powiedzieć, że na początku tej podróży nie znałem wszystkich odpowiedzi. Jestem bardzo dumny ze „Schyłku dnia” – to była przygoda o niewyobrażalnych dla mnie proporcjach.

W tym filmie ludzkość może przejrzeć się niczym w lustrze.
– Opowiada o cywilizacji i o tym, że kierują ją niewidzialne siły, za sprawą których niszczy samą siebie. Widzialne stało się natomiast to, co wydarzyło się podczas drugiej wojny światowej. Chociaż jest już za późno i nie cofniemy czasu, to patrząc wstecz, możemy dostrzec pewne mechanizmy. Właśnie o tym traktuje „Schyłek dnia”.

Czy mimo wszystko jesteś optymistą?
– (Śmiech) Jestem z Europy Wschodniej i gdy spojrzy się na historię XX wieku, to nie mam zbyt wielu powodów do optymizmu, bo wiem, co się stało z naszą cywilizacją. W moim pesymizmie jest jednak szczypta optymizmu i nie dlatego, że tak chcę, tylko dlatego, że tak czuję. Nasze serca są pełne mroku.

Ale mamy kino i sztukę. Może w tym tkwi nadzieja.
– Wierzę, i to źródło mojego optymizmu, że wciąż mogę rozmawiać ze współczesna widownią, ale to ogromny optymizm. Wiem, że realistyczne podejście bywa mądrzejsze.

Rozmawiał: Michał Hernes

READ MORE


„Touch Me Not to dopiero początek”. Rozmowa z Adiną Pintilie

– Wszelkie emocje są mile widziane, a ten film wywołuje w ludziach różne reakcje w zależności od tego, czego w nich dotyka. Wydaje mi się, że Touch Me Not pełni funkcję swego rodzaju lustra destabilizującego strefę komfortu, czyli miejsce, w którym myślisz, że czujesz się bezpiecznie i wiesz wszystko – mówi reżyserka filmu Adina Pintilie w rozmowie z Michałem Hernesem.

Michał Hernes: Skąd wziął się pomysł na zrealizowanie Touch Me Not?

Adina Pintilie: Ten film jest reascherem i od początku miał nim być. W wieku 20 lat myślałam, że wiem wszystko o erotyzmie, ciele i pięknie, o dysfunkcjach, intymności i harmonijnych związkach. Stopniowo zaczęłam sobie jednak uświadamiać, że to jedynie mity wpajane nam przez społeczeństwo, szkoły i rodzinę, a rzeczywistość różni się od tych przepięknych obrazów. Zaraz po rozpoczęciu moich badań poczułam się, jakbym otworzyła puszkę Pandory. Postanowiłam zapomnieć o wszystkim, co wiem na ten temat, i spróbować spojrzeć z otwartym umysłem na różne sposoby doświadczania intymności (oraz na fakt, że te różne sposoby mogą być sprzeczne; wzajemnie się wykluczać). Negatywne emocje – takie jak nienawiść czy zazdrość – są naturalną częścią miłości: oto pierwsze odkrycie, które mnie wówczas zaskoczyło. Młody człowiek ma zupełnie inne spojrzenie na miłosne uczucia. Tak naprawdę wszyscy zmagamy się z podobnymi problemami, tylko rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona.

Dlaczego zrobiłaś research w formie filmu?

Równie dobrze można by zapytać, po co robimy filmy. Przygotowując się do tego projektu, nie zorganizowałam klasycznego castingu, tylko poszukiwałam ludzi zainteresowanych konkretnymi zagadnieniami. Touch Me Not narodził się z potrzeby rozmowy, ekspresji i dzielenia się doświadczeniami z widownią. W trakcie pracy nad tą produkcją pojawiło się wiele pytań –  czym jest „artystyczny” research? Dlaczego robimy rzeczy, którymi dzielimy się z innymi? Czemu nie zrobiłam tego sama? Odnoszę wrażenie, że każdy z nas kierował się, być może podświadomie, emocjonalnymi motywacjami, by podzielić się tym procesem i wejść w dialog z widzami. Dla niektórych osób, jak Hanna, był to długi proces poszukiwania tożsamości, przełamywania własnego tabu. Kiedy ludzie widzą jej doświadczenia, dowiadują się, że ma tak harmonijną relację ze swoim ciałem mimo jego odmienności – daje im to wielką siłę. Sporo widzów podchodzi do nas po seansie z podziękowaniami. Daje nam to poczucie ulgi i jest to im potrzebne.

touch2

Domyślam się, że są także osoby, które po seansie mają mieszane uczucia albo odczuwają gniew.

Wszelkie emocje są mile widziane, a ten film wywołuje w ludziach różne reakcje w zależności od tego, czego w nich dotyka. Wydaje mi się, że Touch Me Not pełni funkcję swego rodzaju lustra destabilizującego strefę komfortu, czyli miejsce, w którym myślisz, że czujesz się bezpiecznie i wiesz wszystko. Zauważałam, że istotną rolę odgrywają w tym procesie reakcje emocjonalne, które nie zawsze łatwo się werbalizuje. Konsultantem naszego projektu była 70-letnia kobieta, jedna z pionierek psychoanalizy w Rumunii, która przepracowała w zawodzie 40 lat. Niedawno wreszcie obejrzała nasz film i po sensie tłumaczyła, że prawdopodobnie ludzie reagują na niego na niewerbalnym poziomie, ponieważ Touch Me Not wchodzi w reakcję z naszym systemem limbicznym, a konkretnie –  mózgiem gadzim. To jedna z pierwszych części mózgu, która uformowała się w trakcie naszej ewolucji wraz z emocjami i wspomnieniami sprzed pojawienia się słów. To zapewne bardzo indywidualne, ale niektóre fragmenty filmu mogą uruchomić to w widzach. Przykładowo na jego włoskiej premierze do dyskusji włączył się mężczyzna, którego ta produkcja bardzo poruszyła i przez dziesięć minut opowiadał historię swojego gniewu. Dokonywana w Touch Me Not eksploracja –  to, że przyglądaliśmy się sobie jak w lustrze – była dla niego bardzo ważna, bo czuł się jak potwór i miał problem z tym, jak oceniają go inni. Odczuwał wielki gniew, szczególnie względem bliskich mu osób z matką na czele, tymczasem dzięki temu filmowi poczuł ulgę. Uświadomił sobie, że gniew jest bardzo ludzki i inni również się z nim zmagają. Uśmiechał się i odczuwał potrzebę podzielenia się z pozostałymi ludźmi swoimi przeżyciami.

Czy wierzysz, że film jest w stanie zmienić ludzi?

Pracując nad Touch Me Not, w pewnym sensie umieściliśmy naprzeciwko widzów lustro. Nasz projekt skłania ich do zadawania sobie pytań, otwierając obszary, do których niekoniecznie chce się zajrzeć, bo albo nigdy tam nie byliśmy, albo się tego boimy. Ten film rozpoczyna proces, który nie zawsze jest świadomy i nie zawsze ma miejsce w danym momencie. Nie chodziło nam tylko o to, by widzowie podążali za eksploracjami czynionymi przez bohaterów, którzy od czasu do czasu dzielili się swoimi doświadczeniami za pośrednictwem moim i kamery. Chcieliśmy przez cały czas być otwarci na dialog i by widzowie ciągle byli częścią tego procesu samo-eksploracji. Ludzkie zachowania, m.in. związane z seksualnością i intymnością, są swego rodzaju kluczem do czytania bardzo głębokich poziomów naszej podświadomości. Ważne jest, by przeanalizować to z otwartym umysłem, bez oceniania siebie. Nawet jeżeli odkryjesz, że pojmujesz swoją intymność inaczej niż zgodnie z przyjętymi normami, nie powinieneś wychodzić z założenia, że jesteś chory i musisz to naprawić. Chodzi o to, by spojrzeć na siebie w otwarty sposób i z akceptacją. Wiele osób wstydzi się albo mówi, że to nienormalne, gdy uświadamia sobie, że przyjemność przynosi im jedynie sadomasochistyczny związek. Jeżeli jednak zajrzysz do własnego wnętrza i otworzysz się na nieocenianie siebie, być może uda ci osiągnąć poziom samoświadomości, który pomoże wielu aspektom twojego życia i wpłynie na twoje relacje z innymi osobami. Nie będziesz oceniać innych, nawet jeśli się od ciebie różnią. Nasz film jest zaproszeniem do tego. To ważne, zwłaszcza we współczesnych nam czasach, gdy na świecie jest tyle agresji, strachu i oceniania innych. Touch Me Not oferuje ci zaprzyjaźnienie się z Innym i zapoznania się z nim. Jest ćwiczeniem z empatii. Wydaje mi się, że może to zainspirować innych i zmiana na lepsze jest możliwa. Odnoszę wrażenie, że przynajmniej niektórzy widzowie potrzebują tego rodzaju doświadczeń i przeżyć. Tak tłumaczę sobie tak wiele podziękowań, które otrzymujemy.

touch3

Ten film to dopiero początek.

Tak, bardzo długiego procesu. To część wieloplatformowego projektu o intymności, który obejmie kolejne pełnometrażowe filmy, instalacje i interaktywne performansy. Limitowana ilość widzów będzie miała okazja pójścia do labiryntu i wybrać jeden z pokojów, gdzie nadarzy się okazja, by wejść w interakcje z bohaterami naszego filmowego uniwersum. Dlatego właśnie to przepiękne, że festiwal Nowe Horyzonty zaprosił nas do przeprowadzenia warsztatów. Była to jedna z naszych pierwszych okazji, by wejść w bezpośrednią interakcję z ludźmi, dzieląc sie z nimi wiedzą, doświadczeniami i researchem.

READ MORE


Szczery kłamca i plotkarz. Rozmowa z Jane Magnusson o Bergmanie

– Podziwiam Bergmana za to, jak bardzo był szczery. Powinniśmy brać z niego przykład. Jednocześnie kłamał, np. o swoich relacjach z tatą – tak naprawdę był jego ulubieńcem – mówi Jane Magnusson, reżyserka filmu Bergman – rok z życia, nagrodzonego Europejską Nagrodą Filmową w kategorii film dokumentalny.

Michał Hernes: Od dawna zastanawiam się, czy możliwe jest zrobienie dobrego filmu o tak złożonej osobie jak Ingmar Bergman. Czy traktowałaś to jako wyzwanie?

Jane Magnusson: Każdy film jest wyzwaniem, ale wiedziałam, o czym chcę opowiedzieć – o roku 1957.

Bergman był tyloma osobami i zastanawiam się, która była prawdziwa.

Zrealizowałam już o nim telewizyjny serial dokumentalny i portretujący go filmowy dokument Więcej niż Bergman. Nie obawiałam się więc tego tematu. Wiele osób boi się o nim mówić, ponieważ jest swego rodzaju bogiem, ale nie uważam, by było to aż takie trudne. Tym razem zdecydowałam się opowiedzieć o 1957 roku, w którym odbyły się premiery dwóch jego wybitnych filmów – Tam, gdzie rosną poziomkiSiódmej pieczęci (którą zrealizował rok wcześniej). Zaimponowało mi to, a przy okazji odkryłam, że wyreżyserował też wtedy spektakle teatralne. Co prawda wiedziałam o jego licznych związkach z kobietami – o tym, że spotkał się m.in. z Bibbi Anderson, kiedy był w związku małżeńskim z Gun Grut. Podczas researchu odkryłam, że romansował wówczas również z Ingrid von Rosen.

year4

Jak wyglądał research do filmu Bergman – rok z życia?

Rozmawiałam o nim z wieloma wybitnymi filmowcami – była to dla mnie cenna i wartościowa lekcja. Sporo materiałów znajduje się też w archiwum Bergmana. W dużej bibliotece w jego domu na jednej ścianie leżą książki tylko o nim – napisane zarówno przez niego, jak i przez szwedzkich krytyków. Przeczytałam dużo książek i obejrzałam sporo filmów. Zajęło mi to trzy i pół roku.

Gdybyś go spotkała, o co chciałabyś go zapytać?

O rok 1957 i dlaczego ten okres był tak szalony. Bergman lubił tylko Personę i nie przepadał za mówieniem o swoich filmach. Rozmawianie z nim na te tematy było więc bezcelowe. Jeden z dziennikarzy powiedział mu, że był to dla niego najlepszy rok, ale szwedzki reżyser nie chciał się do tego odnieść. Był natomiast wielkim plotkarzem i uwielbiał rozmawiać o serialach. Nie wyglądał na kogoś, z kim prowadzi się długie i poważne rozmowy o sztuce.

Jak myślisz, kim byłabyś dla niego, gdybyś miała szansę lepiej go poznać?

Nie chciałabym być jego przyjaciółką. Znający go ludzie wspominali, że w niedzielne popołudnia zdarzało im się godzinami rozmawiać z nim przez telefon, bo wydzwaniał do nich –  taka była jego fanaberia. Potrzebował dużej przestrzeni, ale odsłaniał się w swoich filmach –  mówił w nich, kim tak naprawdę jest. Jeśli nie zauważysz tego w trakcie ich oglądania, tym bardziej nie zrozumiałbyś tego podczas rozmowy z Bergmanem.

Czy czujesz, że po zrealizowaniu tego filmu bardziej go zrozumiałaś?

Myślę że tak. Jeśli spojrzy się na jego filmowe produkcje, to widać w nich, że opowiadają o tym, jak bardzo był złym ojcem i mężem. Odnoszę wrażenie, że to najbardziej szczery reżyser ze wszystkich filmowców, a filmy traktował jako swoją nieustanną spowiedź. Być może wynika to z faktu, że jako syn pastora musiał się przed nim w dzieciństwie spowiadać i obawiał się surowych kar. Nie jestem jednak psychologiem, mogę się więc mylić. Uważam, że najlepszy sposób na poznanie Bergmana to oglądanie jego filmów.

fanny

Lubisz go, czy nie?

Kocham jego filmy i podziwiam go za to, jak bardzo był szczerzy. Wszyscy powinniśmy wziąć z niego przykład. Mówił i pisał o wszystkim poza tym, co opowiedział jego brat. Zaskoczyło mnie (i sporo osób w Szwecji), gdy odkryłam wywiad przeprowadzony z jego bratem. Wielu z nas ma obraz Bergmana nakreślony w filmie Fanny i Aleksander, który oglądamy w każde Boże Narodzenie. Wiemy, jak wymagający był jego ojciec i jak Bergman z tego powodu cierpiał. Tymczasem z relacji jego brata wynika, że wyglądało to zupełnie inaczej i że to Ingmar był ulubieńcem taty.

Jak trafiłaś na ten wywiad?

Pewna starsza pani, która przeczytała w szwedzkiej gazecie, że robię o nim film, powiedziała nam, że jej mąż zrobił wywiad z bratem Bergmana. Okazało się, że był szczerzy, a zarazem sporo kłamał. Był bardzo złożoną postacią.

Żyjemy w czasach „metoo”. Jak myślisz, czy Bergman miałby współcześnie z tym problem i należałoby go z pewnych spraw rozliczyć?

Mój film opowiada o wydarzeniach z 1957 roku, gdy miał 39 lat. Nie sądzę, żeby zachowywał się tak samo, gdyby we współczesnych nam czasach był w tym samym wieku. Trudno kogoś oceniać, patrząc na niego przez pryzmat przeszłości. Sporo aktorek było od niego zależnych, ale żadna z nich nie narzekała. Poza tym, był traktowany niczym rzymski cesarz.

Domyślam się, że trudno być takim filmowym bogiem jak Bergman.

W latach 90-tych miał w Szwecji zbyt dużą władzę. W moim filmie postanowiłam wrócić pamięcią do 1957 roku, kiedy był niczym gwiazda rocka i pamiętać go również takim. Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że sporo Szwedów o tym zapomniało. Niedawno miała miejsce kolejna rocznica jego urodzin i jesteśmy już w Szwecji zmęczeni tymi celebracjami. Bergmana jest za dużo.

Czy w takim razie Szwedzi często oglądają jego filmy?

Odczuwamy względem niego narodową dumę, ale pamiętajmy, że nie zmarł aż tak dawno temu – był to 2007 rok. Odnoszę wrażenie, że tyle rzeczy wciąż się wokół niego dzieje, że ludzie nie zdążyli jeszcze za nim zatęsknić.

year6

Czego jeszcze dowiedziałaś się o Bergmanie, rozmawiając z różnymi filmowcami?

Chociażby o jego niesamowitym słuchu – niewiele dźwięków i odgłosów mu umykało! Był też bardzo punktualny – potrafił na ciebie nakrzyczeć, jeśli spóźniłeś się 5 minut.

Moim zdaniem dobrze, że skupiłaś się na jednym roku z jego życia, bo gdy próbuje się opowiedzieć o wszystkim, istnieje ryzyko, że opowie się o niczym.

Na tym opierał się mój pomysł. Bergman dożył 89 lat i przez całe swoje życie był bardzo aktywny. Wyreżyserował zbyt wiele filmów.

Kiedy zrobisz o nim kolejny film?

W tej chwili pracuję nad filmem o Madeline Stewart, która ma 21 lat i jest jedyną profesjonalną modelką z zespołem downa. Niczego jednak nie wykluczam i może wrócę do Bergmana, jeśli trafię na kolejną ekscytującą historię.

Wspominałaś o tym, że domu tego reżysera jest ściana z książkami traktującym na jego temat. Ciekawe, ile z nich przeczytał.

Nie wiem, ale gdyby ktoś napisał książkę o tobie, na pewno byś ją zachował.

Tak, ale ja nie jestem Bergmanem. Jak myślisz, potrzebował tego?

Chyba tak. W jego archiwum znajduje się pokój z 1700 filmami, które lubił oglądać, a jedyna dokumentalna produkcja, którą można tam znaleźć traktuje o nim samym. Poza tym bardzo lubił Dallas, Blues Brothers, Szczęki i filmy o Bondzie.

Próbuję sobie wyobrazić Bonda w jego reżyserii.

W latach 50-tych wyreżyserował policyjny film akcji zatytułowany This Can’t Happen Here, który jest bardzo, bardzo zły. Bergman nie chciał, żeby go wyświetlano i rozumiem, dlaczego. Ta produkcja powstała przed Wakacjami z Moniką na podstawie cudzego scenariusza i niewykluczone, że początkowo wydało mu się to ciekawe, ale potem zmienił zdanie.

Rozmawiał: Michał Hernes.

Rozmowa miała miejsce podczas festiwalu Nowe Horyzonty.

 

READ MORE


Karolina Bruchnicka: Córka trenera kosztowała mnie dużo energii [WYWIAD]

– Emocje na planie były tak silne, że na ostatnich dublach miałam zdarte gardło. Kosztowało mnie to bardzo dużo energii. Dawałam z siebie wszystko, nie myśląc o konsekwencjach – utalentowana młoda aktorka, Karolina Bruchnicka opowiada nam o pracy nad filmami Córka trenera i Monument.

Karoliną Bruchnicką spotkaliśmy się w Świdnicy w trakcie Festiwalu Spektrum, gdzie promowała Córkę trenera.

Michał Hernes: Jak to się stało, że zagrałaś w Córce trenera?

Karolina Bruchnicka: Łukasz (Grzegorzek., przyp. redakcji) szukał aktorki własnymi drogami i napisał do mnie przez internet. Takie czasy…

Michał: Przez Facebooka?

Karolina: Tak, na szczęście nie przez Tindera (śmiech). Na początku zapytał mnie, czy potrafię grać w tenisa. Nie zdając sobie sprawy, że rozmawiam z byłym zawodnikiem, odparłam, że tak. Ale też go nie oszukałam, grałam w tenisa jako dziecko.

córka3

Maciej Stasierski: Czy po tym, jak do Ciebie napisał, by jakiś casting?

Karolina: Umówiliśmy się, że pójdę na kort i zrobię kilka nagrań tego, jak odbijam, a później zobaczymy, co będzie dalej. Wysłałam mu te filmiki i pamiętam jak oddzwonił rozbawiony, że obejrzał i chętnie by mnie poznał. Przyjechałam do Warszawy, gdzie spotkałam się także z Natalią Grzegorzek, producentką. Od początku poczułam od nich dobrą energię. Później były zdjęcia próbne z Jackiem Braciakiem. Byliśmy umówieni na rano, a tekst dostałam w nocy. Myślałam już, że o mnie zapomniał, ale jak się później okazało był to świadomy zabieg. Nie chciał, żebym się za dobrze przygotowała i myślała ”jak?”. Dzięki temu byłam uważniejsza i działałam intuicją. Kolejnym etapem był dwutygodniowy poligon, kilka godzin dziennie treningu wytrzymałościowego na salce bokserskiej, później tenis. Usłyszałam, że jak to wytrzymam, to będziemy rozmawiać dalej. I tak też zostałam.

Maciej: Długo trwały te tenisowe przygotowania?

Karolina: Tak. Stąd ten poligon na początku, Łukasz chciał mieć pewność, że dam radę fizycznie. Później widzieliśmy się 4/5 razy w tygodniu – miałam treningi na salce z Łukaszem Walczakiem, następnie tenis z Łukaszem Grzegorzkiem, a pod koniec też z Maćkiem Woźniakiem.

córka5

Maciej: Jak długo trwało kręcenie tenisowych scen? Dużo razy trzeba było je powtarzać?

Karolina: Wyglądało to tak, że przez kilka godzin odbijaliśmy piłki. Nie było założeń typu forehand-cięcie-kolejne zagranie. Tak jak nasze dotychczasowe treningi, tyle, że z kamerą i moją świadomością, żeby przypadkiem w nią nie trafić.

Michał: Czyli nikt nie zastępował Cię podczas tych scen?

Karolina: Nie, naprawdę pół roku twardo trenowałam z Jackiem Braciakiem. Nie było ściemy.

Maciej: To dlatego na planie „Kleru” był tak wysportowany i wychudzony.

Karolina: Tak było to widać, bo „Kler” był na zakładkę.

Michał: Jak trenowało się i grało z Jackiem Braciakiem?

Karolina: To był wspólny wycisk, nic tak chyba bardziej ludzi nie łączy. Przez to, że widywaliśmy przez pół roku przed zdjęciami, na planie mogłam się czuć swobodnie. Nie trzeba było niczego udawać. To wszystko było naturalną koleją rzeczy. Przeszliśmy przez to samo i nie czułam czegoś takiego, żeby od pierwszego dnia zdjęciowego cokolwiek się zmieniło. Dla mnie każdy moment od stycznia do września był tak samo ważny, wszystko było pracą. Miałam też dzięki temu dużo czasu, żeby Jacka obserwować i się od niego uczyć.

córka6

Michał: Czy kosztowało to was dużo potu?

Karolina: Tak, ale później dawało mi to jeszcze więcej energii na resztę dnia i życia. Wieczorami wracałam do szkoły do Łodzi. Im intensywniej i im więcej było do roboty, tym lepiej się czułam.

Michał: Masz już dość tenisa?

Karolina: Właśnie nie! Ale wróciłam do niego dopiero niedawno. Po zakończeniu zdjęć przez pół roku nie grałam, bo czułam, że nie umiałabym się odciąć od tej postaci.

Maciej: Każde wejście na kort przypominałoby Ci film?

Karolina: Tak. Mam same dobre wspomnienia związane z ekipą i naszą pracą. Wiedziałam, że muszę odczekać, bo byłoby mi przykro wracać na kort w pojedynkę.

Maciej: A oglądasz tenisowe mecze?

Karolina: Tak.

Maciej: To jaka jest Twoja ulubiona tenisistka?

Karolina: Agnieszka Radwańska.

Maciej: To nie jest dobra odpowiedź.

Karolina: Ale tak jest naprawdę.

Michał: A tenisista?

Karolina: Stan Wawrinka.

Maciej: Obydwoje mają trochę do odrobienia strat związanych z różnymi kontuzjami.

Karolina: Tak, ale to wciąż nie zmieni moich typów. Bardzo lubię też Garbiñe Muguruzę, Novaka Đioković’a, Rogera FedereraGaela Monfilsa.

córka7

Michał: Czy to tenis był największym wyzwaniem w trakcie prac nad filmem?

Karolina: Wbrew pozorom po treningach na salce bokserskiej tenis często był odpoczynkiem.

Maciej: Mimo że trwało to tyle godzin.

Karolina: Dokładnie.

Michał: Czyli nikt na Ciebie nie krzyczał podczas gry i  treningów niczym wymagający trener?

Maciej: Tylko Jacek Braciak.

Karolina: (śmiech) Tak, wystarczył mi Jacek. Oczywiście trochę żartuję, bo Jacek też wylał na salce wiele potu. Nie było tak, że ja trenowałam, a on sobie siedział i mi dyrygował. Taka była jego postać, ale jest różnica między tym, jak się zachowywał na planie, a jak prywatnie.

Maciej: No właśnie, jakie macie metody? Czy poza planem wychodzicie z ról, czy zostajecie w nich niczym Daniel Day Lewis, który przez pół roku był np. „Lincolnem”?

Michał: Czy spałaś z rakietą?

Karolina (śmiech).

córka4

Maciej: Czy jednak Jacek Braciak śmieszkuje poza planem i jest luźnym, zabawnym człowiekiem?

Karolina: Poza planem tak, ale gdy mieliśmy trudną scenę, to Jacek przed lub po niej zamieniał się w skałę i był w swoim świecie. Nie było tak, że po jej nakręceniu wychodził sobie na papieroska i śmieszkował. To co na planie, a to, co w życiu prywatnym to dwie zupełnie różne sprawy. Jeżeli zaś chodzi o to, czy tak łatwo odcięłam się od tej postaci, to nie bardzo. To mój debiut i byłam z nim mocno związana.

Michał: Czy wiązała się z tym także odpowiedzialność i stres, czy uda Ci się, czy nie?

Karolina: Nie było czasu na to, bym o tym myślała. Wiktora bardzo różni się od postaci z pierwszej wersji scenariusza. Łukasz wspólnie ze współscenarzystą Krzysiem Umińskim cały czas zmieniali i przepisywali ten scenariusz. Zdarzało się tak, że Łukasz dzwonił do mnie w nocy i mówił, że przepisują scenę i pytał się mnie, co bym zrobiła i powiedziała w tej sytuacji. Nawet w trakcie zdjęć, zapytali mnie czego jeszcze mi w postaci brakuje, czy bym coś dorzuciła. Wiktoria ma kilka cech zaczerpniętych z mojego charakteru i energii. Łukasz to dobry szpieg.

córka8

Maciej: To jak dużo zostało z tej historii, która jest chyba autobiograficzna, tak?

Karolina: Autobiograficzna jest tylko momentami, nie był to główny zamysł reżysera. Jeśli chodzi o moją bohaterkę z pierwszego scenariusza, to na pewno została jej siła i miłość do ojca, ale w pierwotnej wersji Wiktoria była postacią bardziej ekstrawertyczną, ja szukałam w niej subtelności. Wydaje mi się, że to jest ciekawsze w ludziach i mniej znaczy więcej. Ostatnia scena w filmie była dla mnie najtrudniejsza, bo wiedziałam, że moja postać przez cały film na nią pracuje. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale mam nadzieję, że ten kto obejrzy film, będzie wiedział, co mam na myśli. Teraz, już z perspektywy czasu, mogę śmiało powiedzieć, że to moja ulubiona scena.

Michał: Ile było dubli ostatniej sceny?

Karolina: Niewiele. To już były tak silne emocje, że na ostatnich dublach miałam zdarte gardło. Kosztowało mnie to bardzo dużo energii. Dawałam z siebie wszystko, nie myśląc o konsekwencjach. Ostatnia scena była zarazem ostatnim dniem zdjęciowym. To się więc wszystko tak idealnie złożyło, że mogłam w sobie gromadzić te wszystkie emocje, żeby później „wystrzelić”.

Maciej: Ten film pokazuje ciekawy, ale straszny obraz małych tenisowych turniejów, gdzie oprócz emocjonalnej walki można dostrzec także ludzką małość i problemy niekojarzące się ze współczesnych sportem zawodowym.  Czy spodziewałaś się albo wiedziałaś, że tak to wygląda? Bo ludziom, którzy oglądają tenisa, ten sport kojarzy się zapewne z pięknie ubranymi ludźmi, którzy latają samolotami i mieszkają w najlepszych hotelach, tymczasem na małych turniejach można dostrzec dużo brudu, smrodu, potu, łez i krwi.

Karolina: Dużo oglądałam tenisa w telewizji, mogłam więc mieć podobny obraz, ale szukałam też wielu informacji innymi drogami. Między innymi poprzez autobiografię Agassiego.

Maciej: On w ogóle nie kochał tenisa.

Karolina: Już wcześniej zwróciłam uwagę na to, jak zawód tenisisty jest powiązany z zawodem aktora. W obu przypadkach zaledwie małe grono da radę wejść na szczyt, a jeżeli coś ci nie wyjdzie, to nie ukryjesz tego i widownia da ci o tym znać. Ciągle jest się na świeczniku, choć ma to także swoje plusy.

córka9

Maciej: Jak byś porównała pracę z Łukaszem Grzegorzkiem i Jagodą Szelc na planie Monumentu?

Karolina: Córkę trenera robiliśmy przed Monumentem. Z Łukaszem pracowaliśmy przez 8 miesięcy i ten kontakt był bardzo intensywny. Widzieliśmy się prawie codziennie. Bardzo dużo dyskusji, treningów i spotkań, podsyłania inspiracji. Naprawdę chciał mnie poznać, dawał mi dużą wolność w pracy. Wiedział, że już wszystko mamy przegadane i, że rezonujemy na podobnych falach. Zarówno w przypadku Łukasza, jak i Jagody to co działo się na planie było naturalną koleją rzeczy wynikającą z naszych spotkań – to była współpraca i współtworzenie, a nie wykonywanie zadań. Jagoda zorganizowała też warsztaty z Anną Skorupką, na których podstawie powstała scena transu.

córka11

Michał: Jak pracuje się z Jagodą?

Karolina: To często było szaleństwo, ale też duże porozumienie. Nie wyglądało to tak, że przyszła do nas reżyserka i powiedziała nam, niczym na zajęciach, że teraz zrobimy film dyplomowy. Zero dystansu z jej strony.  Jagoda miała gotowy scenariusz, ale dorzucała też wiele naszych propozycji czy improwizacji z prób. W obu filmach podobało mi się, że nie czułam, że przychodzę wykonać zadanie, które ktoś mi zlecił, tylko mogę dać do tych postaci dużą część siebie.

Maciej: Gdy oglądałem Monument na Nowych Horyzontach, to pod koniec trochę opadła mi szczęka. Jak podchodziliście do tej historii?

Karolina: Jagoda powiedziała półżartem półserio, że to był obraz końca naszej szkoły i że ostatni raz mogliśmy ze sobą współpracować w tym gronie i że poniekąd umieramy. Coś się kończy i coś się zaczyna.

Maciej: Trafiłaś na dwójkę najciekawszych nowych nazwisk w polskim kinie. Czy dostajesz dużo propozycji?

Karolina: Za tydzień będę miała premierę w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, gdzie gościnnie wystąpiłam, a w przyszłym roku zaczynam nowy projekt w Łodzi. Zobaczymy, co życie pokaże. W moim zawodzie ciężko cokolwiek zaplanować, ale ja lubię takie życie w biegu. Jestem otwarta na nowych ludzi i nowe sytuacje. Ze wszystkiego, co mnie spotyka wyciągam dobre strony i ciągle szukam  wrażeń.

córka10

Maciej: Super! A jaki jest wymarzony reżyser, z którym chciałabyś współpracować?

Michał: Albo reżyserka.

Karolina: Woody Allen.

Maciej: A jednak.

Michał: Niezależnie od kontrowersji wokół niego?

Karolina: Na ten temat też pojawiają się różne głosy. Na przykład Diane KeatonAlec Baldwin mówią, że te spekulacje to nieprawda.

Maciej: A z polskiego poletka?

Karolina: Mam kilku, m.in. pana Smarzowskiego.

Maciej: Czyli jednak. Jaki jest Twój ulubiony film, o ile masz jeden?

Karolina: Mam trzy: „Między słowami”, „Toni Erdmann” i „Moja miłość”. To moja święta trójca.

Maciej: Same dobre wybory! Dziękujemy za rozmowę!

Karolina: Też dziękuję!

 

READ MORE